sobota, 30 grudnia 2017

Exposure....

Była Wawa.
U Wa i Hu.
Ale mają tempo...
Mała Ge ma dopiero 7 miesięcy, a już kolejne w drodze.
I oni tak w tych  kaszkach, bebilonach, wyparzaczach.
Niedospani. Podirytowani.
W szlafrokach. Bez makijażu.
A ja z dziewczynami w dwa dni
3 muzea i galeria sztuki.
I tez poddenerwowana. Momentami.
Na inny sposób...

I znowu wraca do mnie jak bumerang to,
co kiedyś już tu chyba pisałam
w kontekście dzieci i kultury.
Julia Andrews (filmowa Marry Poppins)
zapytana jakiś czas temu,
przy okazji wypuszczania na netflixie
nowego pogramu dla dzieci,
o to jaka jest jej recepta na 'ukulturalnianie' tychże,
odpowiedziała jednym słowem.
Exposure.

I dokładnie tak to widzę.

Bo pewnie, że bolały nas nogi.
W Zachęcie nawet, kiedy podziwiałam Marię Anto,
Młodsza odmówiła wejścia na salę,
i posadzona przez mnie na białej kanapie,
z tej kanapy zwiała do sali z neonami,
a ja zgłosiłam zaginięcie siedmiolatki z blond warkoczykiem....

Bo jasne, że w Polinie Starsza przeleciała wszystkie wieki,
żeby koniecznie zobaczyć Holokaust,
a w Muzeum Powstania Warszawskiego Młodsza zostałaby najchętniej w kanale
i bawiła się tam w chowanego.
W Chopinie usiadły obydwie w przestrzeni dla dzieci
i układały wirtualne puzzle
i słuchały bajek.
Wszystko to jasne i fizjologicznie uzasadnione.

Ale ślad tych wizyt zostanie....
Mocno w to wierzę....










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz