niedziela, 24 września 2017

Mój Bałtyk

Dwa lata temu poczułam nieposkromioną tęsknotę za Bałtykiem.
Nie za morzem jakimkolwiek.
Za Bałtykiem właśnie.
No cóż...
Namawianie męża Włocha, dla którego Włochy zaczynają się
od Bologni w dół, a morze włoskie dopiero od okolic Gargano,
na pobyt w wersji hardcorowej,wiązałoby się z wysokim poziomem frustracji.
A wiadomo,że długa frustracja prowadzi do depresji.
Ja tę tęsknotę czułam tak bardzo,
że postanowiłam wsiąść sama do auta,
spakować te wszystkie walizy, rolki, maty, buty, kosmetyki,
i pojechać z dziewczynami w siną dal.
Rok temu był Sopot.
Z upałami, sinicami, codziennymi przebieżkami przez Monciaka...

W tym roku Jarosławiec.
Inny.
Wiejski.
Kiczowaty.
Z ulicą Bałtycką ućkaną straganami.
Z nieprzemierzoną liczbą sfrustrowanych rodzin,
które wiecznie skonflitowane, żrące, pijące, nadąsane,
korowodami, jak mrówki, zaludniały od rana do późnego wieczora
i plaże, i morze, i przede wszystkim odpustowe sklepiki.
My w tym wszystkim miałyśmy swoją enklawę. Swoje paradiso.
I nie był to wcale wypasiony ośrodek ze skandynawskimi designerskimi domkami
wciśniętymi na 300 metrową działkę.
Ani spa. Ani dom po środku niczego.
Kilka hektarów lasu, z siedem, lub więcej,
z bespośrednim wyjściem na plażę.
Ośrodek z lat może 50-tych.
Niektóre domki, tak małe, że można je było pomylić z dziuplami.
Niektóre z werandą, podrasowane, nowe.
Przestrzeń.
Można się było w tej przestrzeni zamknąć i odizolować od reszty.
Nie wychodzić w ogóle na miasto.
Wyjrzeć tylko za bramę po poranne świeże bułki i drożdżówki.
Ja miałam swoje rytuały.
Tak jak się wychodzi na jednego, na szluga, na fajkę, na kielonka czegoś,
ja wychodziłam na kilka oddechów.
Zostawiałam dziewczyny same.
Dziesięć spokojnych oddechów.
Najlepiej z zamkniętymi oczami, przy brzegu.
Zwykle w pochmurne dni, kiedy plaże pustoszały,
albo po prostu wieczorem, kiedy tłumy żarły już rybę na wagę za 3,99 za sto gram.
Trzy tygodnie wspaniałego samopoczucia.
Energii.
Boże, jak ja się dobrze czuję nad Bałtykiem...
Wystarczy mi trochę słońca.
Mogę siedzieć na tej plaży w bluzie, owinięta szalem lub kocem.
Ba...nawet bez słońca. Byle nie lało strugami.
Choć to też przeżyłyśmy.
To poranne wstawanie z kawką na werandzie i szumem fal w tle.
Tego nie ma na gorącym południu....














































































































































































































































































































































































1 komentarz:

  1. och, a ja byłam nad polskim morzem w tym roku pierwszy raz od 8 lat... Wolę jednak cieplejsze, ale plaże mamy cudowne!

    OdpowiedzUsuń