sobota, 4 lutego 2017

Terapia







































Kiedy zakładałam bloga,
już ponad pięć lat temu,
nie zdawałam sobie sprawy,
że tytułowe słowo 'terapia'
nabierze takiego wydźwięku.

Wtedy nie chodziło o żadne rzeczywiste choróbsko,
a o wentylowanie kumulowanych
we włoskiej rzeczywistości emocji.
Blog był wypiciem wspólnej kawy
z dalekimi wirtualnymi koleżankami.
I choć nigdy nie dążyłam
do podbijania czytalności,
a wręcz gdy widziałam, że słupki rosną,
blokowałam dostęp z obawy przed nagłym zalewem
komentarzy, troli i innych zjawisk internetowych,
były też okresy kiedy sporo się tu działo.

Prawie dwa lata temu opłakiwałam tu J.

Prawie rok temu drżałam o zdrowie Taty.

Prawie dwa miesiące temu zadrżała i moja podłoga.

A od kilku dni, od pierwszego lutego dokładnie,
tydzień po moim zabiegu,
w mojej najbliższej rodzinie
po raz pierwszy
namacalnie,
wyczuwalnie,
realnie,
dosłownie,
technicznie,
opisowo,
werbalbie
i dosadnie
pojawiło się słowo
nowotwór złośliwy piersi.
Ciocia.
Najbliższa.
Siostra Mamy.
Równolegle ze mną niemalże
czekała na biopsję.
Oszczędzę sobie szczegółów.
W środę zaczyna chemię.
Mama jest w letargu
i jak to ujęła 'nie boi się już żadnego telefonu'.
Reszta załogi trzyma się w pionie
i stara się działać.
Weszliśmy na wyższy level.
Już nie jesteśmy tacy spokojni.
Już nie jesteśmi 'czyści'.
W mojej głowie zaczęło tykać słowo 'obiążenie'.
Dzięki mojej Asi Be
w poniedziałek ciocia ma wizytę w Lublinie.

A teraz dopijam mocną kawę
i biegnę na zjazd...
 z muzykoterapii.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz