niedziela, 19 listopada 2017

Wiem, że to głupie, ale....







































Pierwszy raz zrobiłam coś takiego.
Nigdy wcześniej.
Świadomie zrezygnowałam w tym roku z kilku lekcji,
żeby trzy razy w tygodniu
móc wpaść do domu na godzinę,
między 13.15 a 14.15
i naładować akumulator
albo na kanapie pod kocem,
albo na werandzie w słońcu....

W drodze





























Weekend na warsztatach z nm.
Pojechałam autobusem. Tak sobie.
Człowiek to jednak żyje w świecie równoległym.
W ciepełku, dostatku, żeby nie powiedzieć przepychu,
w estetycznej harmonii i miłej pzestrzeni.
W świecie door-to-door.
Bez szpetoty i bez brzydoty.
Mimo to jednak lubię się szwendać....

środa, 15 listopada 2017

Non ci posso credere!







































Nie dowierzam.
Wczoraj wezwała mnie wychowaczyni Młodszej.
Moje 7 i pół letnie dziecko
zostało oskarżone przez kilku rodziców
o spowodowanie u ich dzieci
reakcji lękowej dotyczącej szkoły.
Objawami reakcji były bóle głowy,
wymioty, płacz i ogólna niechęć do szkoły...
Wirus został przez rodziców oczywiście wykluczony.
Winowajcę znaleziono szybko i sprawnie.
Diagnoza postawiona.

Bo obgaduje....

niedziela, 5 listopada 2017

Niedzielnie


































Zamiast terapii Si, pozwalam grzebać w ziemi.
I tak na dobrą sprawę siać będę dopiero na wiosnę.
Odkryłam znowu smak białego wina
i zakurzonej płyty 'Time' Możdżera Danielssiona i Fresco....

we......kend

























Dzieci są fajne.
Dzieci da się wkręcać.
Dorosłych mniej.
Dzieci bardziej.
Wkręciłam Młodszą.
Że jest huśtawka w lesie.
Bo była.
Serio.
Młodsza poszła na moje poranne bieganie.
I zrobiła kilka zdjęć.
Sama...

B jak blog

Lubię tak siąść i przewinąć kliszę czasu.
Klikam sobie wtedy na archiwum i sprawdzam jak to było.
Listopad 2016, 2015, 2014, 2013, 2012, 2011...
Szperam w zakamarkach własnej pamięci.
Wiele rzeczy pewnie już by nie istaniało,
gdybym ich nie spisała, nie ubrała w rozedrgane słowa.
To fantastyczne.
Mój blog trwa.
Bez reklam.
Bez lokowanych produktów.
Bez giveawajów.
Bez napisania książki.
Bez.
Z kilkoma raptem osobami,
których nigdy nie poznałam i pewnie nie poznam.
Bo w zasadzie nie muszę.
Jest mi tu dobrze.
Czuję się tu bezpiecznie.
Dobrze mi tak, jak jest...


niedziela, 29 października 2017

Mój windows







































Prawie dwanaście godzin  na uczelni.
Z oknami, których nie da się otworzyć,
ale przez które można przynajmniej patrzeć.

niedziela, 22 października 2017

Aiuto!

Tydzień temu wpisałam w zakładce koncerty 'Philip Giusiano'.
Tak naprawdę powinnam była wpisać '1/2 Pfilip Giusiano'.
Po przerwie już nie wróciłam na salę.
Na koncert poszłam z mamą.
To miał być nasz wieczór.
Ostatni ciepły jesienny wieczór w Kato.
Może poszłybyśmy po koncercie na herbatę lub spacer.
Nie wiem.
Miałam plan. W głowie.
Zaraz po mszy miałam niespiesznie poćwiczyć ze Starszą na wiolonczeli.
A wyszło jak wyszło.
Dziadkowie zaproponowali naleśniki i kawę w centrum.
Dziewczyny wlot podchwyciły.
A we mnie wystartowała fabryka produkcji kortyzolu pod niekontrolowanym napięciem.
Po co to kawa, skoro przecież rano był omlet.
No tak. Po to, żeby przeciągnąć.
Sprytnie.
Miałyśmy poćwiczyć spokojnie, a teraz będzie gonitwa, żeby zdążyć na obiad.
Niby dospacerowałyśmy spokojnie do domu, nawet coś tam sobie po wejściu ustaliłyśmy,
lub bardziej ustaliłam ja z nią.
Lekki grymas na twarzy. Jeszcze siku. Jeszcze wody.
I ostatecznie przy ' jest mi tu za gorąco' pękła we mnie ostatnia linka
podtrzymująca mnie nad przepaścią zwaną awantura.
Wydarłam, wykrzyczałam wszystko. Że odwleka. Że kłamczucha.
Że robi mnie w bambuko. Że beze mnie to nic a nic sama nie zrobi.
Że każdy zasrany takt musimy wymęczyć. Wlazłam do auta.
Chciałam odjechać, żeby sama wszystko ogarnęła.
Wybiegła za mną.
Bo ona powiedziała tylko, że za gorąco.
Tak?
Już ja tam wiem, po co to było.
Jak zwykle prowokujesz i przeciągasz strunę.
Płacz, wrzask, wyrzuty...

__________

Po kilku godzinach, na koncercie, gdy Giusiano grał chyba Ravela,
mózg zaczął analizować wszystko minuta po minucie.
Natrętne myśli wirowały mi gdzieś w obrębie czoła i zatok.
I poczułam nagle kołatanie serca. Takie, co to się najpierw zaczyna skrzydełkami motyla,
a potem słyszysz jakby młotem ktoś wybijał ostinato na twoje klatce piersiowej.
Wiem, że jak wchodziłam czułam chłód klimatyzacji, a teraz uderzenia gorąca.
Szybko chwytam program, zaczynam wachlować.
Szósty rząd i środkowe siedzenia.
Najgorszy koszmar właśnie się ziszcza.
Wyjść? Wstać? Zemdleć?
Czuję mrowienie w nogach.
Drętwienie żuchwy.
Mamo.... źle się czuję. Serce mi wali.
Przejęta zaczyna nerwowo się wiercić.
Szeptem podpytuje czy wytrzymam.
Nie, chyba jednak nie.
Chyba muszę wstać i wyjść.
To ona, że wyjdzie ze mną.
Już szukamy torebek.
Ale wstyd.
Może wytrzymasz?
Oddychaj.
Oddycham.
Myśli odpływają.
Skupiam się na klawiszach.
Czytam program.
Jeszcze 4 krótkie części.
Okej. Ustało.
Macham.
Przerwa. Zbawienna.
Wychodzimy
Co ci jest?
Mamo... nerwy.
Siadamy na ławce w tym całym tłumie.
Niedziela. Nospr.
Tysiące barw, perfumy, szepty, rozmowy.
Opowiadam jak było. Jak na spowiedzi.
Łzy płyną mi po policzkach.
Mało mnie obchodzi, że ktoś zerka.
Wracamy?
Nie, nie wracamy.
Wystarczy.

________________

Idziemy do auta.
Po raz pierwszy, zamiast mnie zrugać i skrytykować,
mama udzieliła mi kilku cennych rad.
Chyba nieźle się wystraszyła.
Byłam za tą kierownicą znowu małą zagubioną dziewczynką.
Zapłakaną, kompletnie poplątaną.
Przyznałam się po raz kolejny, że nie daję rady. Nie ogarniam. Nie umiem.
Nie potrafię. Że wiem, że ją krzywdzę.
Że najbardziej to się boję, że ona to wszystko będzie pamiętać.
Że chcę dobrze, a wychodzi z tego jakaś potworna masa nieporozumień.
Ta bardzo chcę. Tak bardzo się napinam.

____________________________

Zawołałam o pomoc.
Mamo....




Ok.

Mamo, mogę iść do koleżanki?
Okej, a gdzie?
Na Panewnikach.
A jak tam dojdziesz?
Na piechotę.
Okej. Ostrożnie. Weź telefon. Będę dzwonić.
Ok.

_______

Halo. Z.?
Nie. To ja.
A gdzie Z.?
Wyszła.
Bez telefonu?
Zapomniała....


_______________

Takie i inne śnią mi się coraz częściej...

sobota, 21 października 2017

Odbicie...

Prowadzę warsztaty kulinarne dla dzieci.
Lubię to.
Raz na jakiś czas.
Taka extra spina, ale też i ekstra kasa na tak zwane extrasy,
czyli głównie nietanie eventowe życie....
Zawsze bacznie obserwuję.
Jedna mama robi za dziecko wszystko.
W ogóle przyszła zasadniczo po to, żeby zjeść i sama coś ugotować.
Inna zachęca, nakręca, motywuje. Spina się. Furczy. Trochę krytykuje. Coś tam syknie pod nosem.
Są też takie, co milczą i z bezpiecznej odległości obserwują.
Wszystko i wszystkich. Czuję cały czas ten ich krytyczny wzrok.
Dziecku pozwalają na walkę z ostrym nożem.
A niech się poparzy, niech się przetnie. Inaczej się nie nauczy.
Są też takie, co wszystko od razu w eter, na insta, fesja, dla babci.
Wpatrzone w swoje smarfony. Zalatane. Jedno dziecko gotuje, drugie łazi po sali
i co chwilę zalicza gdzieś dzwona, bo matka musi nacisnąć przecież ten enter, no nie?
I gdy tak latam, sprawdzam piekarniki, doglądam czy pyrkają zupy,
czy wszyscy mają tarki, blendery, chochelki, cedzaki,
i gdy tak latam to zastanawiam się, którą z nich jestem ja.....

czwartek, 19 października 2017

Sogni d'oro

Śni mi się ostatnio dużo
i barwnie.
Dziś miałam na przykład wyjść na scenę,
żeby zagrać koncert z orkiestrą.
W tonacji D-dur chyba.
Miałam już wszystko poukładane.
Gumka w kolorze butów,
rajstopy, czarna sukienka.
Umyte włosy.
Nagle do mojej garderoby
wpadła trąba powietrzna
i wyssała wszystko na zewnątrz.
Koncert chyba się nie odbył....

niedziela, 15 października 2017

B jak błąd

Idę w moje pole i przemyśliwuję.
Od tego je mam.
Chyba bardziej od myślenia i gadania,
niż od biegania.
Myślę sobie głośno,
że ten pęd i niedoczas
u prawie wszystkich
to dlatego,
że nam się z lekka miesza.
Kiedyś były obowiązki
i przyjemności.
Dziś są obowiązki
i obowiązkowe przyjemności.
To co ma być relaksem, improwizacją,
zachcianką, chimerą,
stało się kolejnym punktem w grafiku.
Sorry, ale ja mówię nie.
Idę w pole, kiedy chce mi się iść w pole,
kiedy mam na to ochotę,
kiedy tak mam poukładane w kuchni,
że nie myślę w tym polu o syfie w zlewie i zaciekach na kaflach.
Moje bieganie to nie jest kolejny projekt, plan i zadanie,
bo endomondo, bo maraton, bo kroki, bo to i tamto.
Idę, kiedy chcę.
A że mi się chce tak co prawie drugi dzień to rzecz zupełnie inna.
I tak też nie umiem się od lat spotkać na przykład z jogą.
Piątek 19.45.
Na przykład.
Więc piątek u mnie to zjazd.
Luz. Róbta co chceta.
Nogi na stole, smartfon, tv.
Jest słońce? Fru na ogród!
Praży? Fru choćby na taras.
Zamykam oczy.
Leżaczek.
Słucham turkotu traktora.
Szumu podmiejskich aut.
Potem dwa odcinki seriali z dziewczynami.
Chichramy się w tych samych momentach.
I gdzie tu wcisnąć jogę, ja się pytam,
jak mi tak dobrze.
Mogłabym, ale wtedy znowu byłby grafik, plan, deadline.
A mnie się nie chce.
Mnie się chce tak bezterminowo, chwilowo bez auta, bez zegarka, bez początku i końca.
To jest dla mnie relaks.

Nie podoba mi się tak.
Relaks na akord, nawet kiedy w głowie spina.
Uśmiech na akord, do wrzucenia na insta.
Zdrowie na akord,
nawet jeśli organizm krzyczy i błaga o ciepły koc i ciepły posiłek.
I tak ze wszystkim.
Planujemy.
Zaplanowujemy sobie tak całe dni, tygodnie, całe życie.
Sobie i swoim bliskim.

A ja planom od dawna już mówię nie.
O wiele bardziej podoba mi się słowo zarys czy choćby szkic.
Zarysowuję wakacje, resztę pokaże los.
Zarysowuję weekend, a potem i tak wszystko zależy od naszych nastrojów i pogody.
Każdego dnia budzę się z inną energią lub z jej brakiem.
Czasem sama siebie zaskakuję.
Czasem niespodziewanie coś nadrabiam.
Daję sobie na to wewnętrzne przyzwolenie.
Znam zasady.
Szkoła i praca nadają naszemu życiu takiego tempa,
są takim ostinato, że już naprawdę nie muszę nic dowymyślać.
Reszta jest już tylko improwizacją.
W ramach tonacji oczywiście ...

piątek, 13 października 2017

K:a:t:o:szwędanina











































Gdybym nie miała dzieci i była bezrobotna,
mogłabym odpłatnie szwędać się po mieście.
Nawet z nadgodzinami.

wtorek, 10 października 2017

Martedi'

Kawa. Stop.
Dzieci odwiezione. Stop.
Krzyku jakby mniej. Stop.
Dziś wtorek.
Wtorki są trudne. Stop.
Telefon do taty wykonany. Stop.
Kurtka w kolorze butelkowej zieleni kupiona. Starsza przeszczęśliwa. Stop.
Nic to, że używana. Stop.
Z Zary. Za to. Stop.
Mam jednak fajnego męża. Stop.
I nawet mi się podoba. Stop.
Ach te wtorki..

poniedziałek, 9 października 2017

Fly

Kupiłam sobie 'Przekrój'.
Podoba mi się duży format.
Czcionki.
I w ogóle.
Idę do sypialni.
Pofruwać myślami.

Storm.

Zakisiłam ogórki.
Studzę wodę z solą na zakwas buraczany.
Czuję, że zeszła ze mnie pełnia księżyca
i mniej mną telepie.
Wypatruję słońca.
Czekam na uczennicę z włoskiego.
Za chwilę zacznie się drugi rok muzykoterapii.
Muszę umówić okulistę.
Może czyszczenie zębów.
Wysypiam się.
Nie kupuję słodyczy.
Kolejny tydzień czas zacząć....

sobota, 7 października 2017

Uwaga.... tylko dla dorosłych


Wkurwiona podjeżdżam
na Teatralną.
Już 10 minut spóźnienia!
Leje jak z cebra.
Wieje.
Parkingu brak.
Starszej wydaję kilka suchych komend.
Że ma iść prosto do 104.
Że ma nie siedzieć znowu w kiblu przez połowę lekcji.
I ma być skoncentrowana, bo mnie szlag trafi,
jak znowu dostanie uwagę, albo pałę.
Zrozumiano!?
Jak znajdę parking
to dojdę
w tym jesiennym gównianym syfie!

Młodszej nakazuję szortsko
poczekać ze mną w aucie.
Czekam.
Tulę się do pieprzonej ceglanej,
szarej, katowickiej kamienicy.
Czekam na ten pieprzony parking,
co to go tu nigdy znaleźć nie mogę
za pierwszym razem.
Wreszcie.
Idzie.
Kieruje się do zaparkowanego auta.
To miejsce jest moje!
Zrozumiano!?
Nie widzisz palancie kierunkowskazu!?
Lezie...
No szybciej kurwa!!!
Tak...
To ja.
Czekam tu!
Muszę blisko
bo srzypce,
wiolonczela,
worki kurwa,
różowy,
niebieski,
papierowa torba z żarciem.
Jak ja to niby dotaszczę do tej zasranej szkoły?
No muszę tak blisko!

Facet lezie.
Wolno.
Bo taszczy ze sobą wózek.
Inwalidzki.
Za facetem też wolno lezie jego żona.
Też taszczy ze sobą.
Dziecko.
Takie jak moja Starsza,
co to,
gdyby było zdrowe,
może też przyjeżdżałoby tu,
do tej szkoły,
a nie do zasranego rehabilitanta.
Facet mi kiwa,
że sory,
że tak wolno....
Ja macham reką, że nic to,
że poczekam.
Uśmiecham się do niego.
Uchylam lekko okno.
Bo zaparowało.
I dociera do mnie,
że to nie deszcz,
tylko regularne łzy mi płyną po twarzy.
Ktoś z góry szczelił mi prosto w pysk.
Żebym się ocknęła,
zaparkowała,
i z pokorą i uśmiechem
wypakowała z bagażnika
te skrzypce,
wiolonczelę,
dwa kolorowe worki
i papierową torbę
z jedzeniem...




środa, 4 października 2017

Orkiestrowo

Kiedyś na próbach orkiestry
koledzy delikatnie pizzicato
przegrywali swoje partie,
jeśli dyrygent akurat przegrywał utwór
z innymi instrumentami.
Względnie czytali książki,
douczali się
lub po prostu gadali,
przez co byli permanentnie
uciszani.

Dziś dzieciaki
patrzą w smartfony.
Świat się kończy...

sobota, 30 września 2017

Jak to tak? To już?

Za kilka godzin
po raz pierwszy
ma pojechać
do Kato
z grupą znajomych
autobusem linią
29
do kina
w galerii katowickiej.
Sama.
Beze mnie.

A teraz leży
na porannej sobotniej kanapie
wtulona w metrowego misia.
Moja
malutka
Starsza.

piątek, 29 września 2017

niedziela, 24 września 2017

Mój Bałtyk

Dwa lata temu poczułam nieposkromioną tęsknotę za Bałtykiem.
Nie za morzem jakimkolwiek.
Za Bałtykiem właśnie.
No cóż...
Namawianie męża Włocha, dla którego Włochy zaczynają się
od Bologni w dół, a morze włoskie dopiero od okolic Gargano,
na pobyt w wersji hardcorowej,wiązałoby się z wysokim poziomem frustracji.
A wiadomo,że długa frustracja prowadzi do depresji.
Ja tę tęsknotę czułam tak bardzo,
że postanowiłam wsiąść sama do auta,
spakować te wszystkie walizy, rolki, maty, buty, kosmetyki,
i pojechać z dziewczynami w siną dal.
Rok temu był Sopot.
Z upałami, sinicami, codziennymi przebieżkami przez Monciaka...

W tym roku Jarosławiec.
Inny.
Wiejski.
Kiczowaty.
Z ulicą Bałtycką ućkaną straganami.
Z nieprzemierzoną liczbą sfrustrowanych rodzin,
które wiecznie skonflitowane, żrące, pijące, nadąsane,
korowodami, jak mrówki, zaludniały od rana do późnego wieczora
i plaże, i morze, i przede wszystkim odpustowe sklepiki.
My w tym wszystkim miałyśmy swoją enklawę. Swoje paradiso.
I nie był to wcale wypasiony ośrodek ze skandynawskimi designerskimi domkami
wciśniętymi na 300 metrową działkę.
Ani spa. Ani dom po środku niczego.
Kilka hektarów lasu, z siedem, lub więcej,
z bespośrednim wyjściem na plażę.
Ośrodek z lat może 50-tych.
Niektóre domki, tak małe, że można je było pomylić z dziuplami.
Niektóre z werandą, podrasowane, nowe.
Przestrzeń.
Można się było w tej przestrzeni zamknąć i odizolować od reszty.
Nie wychodzić w ogóle na miasto.
Wyjrzeć tylko za bramę po poranne świeże bułki i drożdżówki.
Ja miałam swoje rytuały.
Tak jak się wychodzi na jednego, na szluga, na fajkę, na kielonka czegoś,
ja wychodziłam na kilka oddechów.
Zostawiałam dziewczyny same.
Dziesięć spokojnych oddechów.
Najlepiej z zamkniętymi oczami, przy brzegu.
Zwykle w pochmurne dni, kiedy plaże pustoszały,
albo po prostu wieczorem, kiedy tłumy żarły już rybę na wagę za 3,99 za sto gram.
Trzy tygodnie wspaniałego samopoczucia.
Energii.
Boże, jak ja się dobrze czuję nad Bałtykiem...
Wystarczy mi trochę słońca.
Mogę siedzieć na tej plaży w bluzie, owinięta szalem lub kocem.
Ba...nawet bez słońca. Byle nie lało strugami.
Choć to też przeżyłyśmy.
To poranne wstawanie z kawką na werandzie i szumem fal w tle.
Tego nie ma na gorącym południu....














































































































































































































































































































































































sobota, 23 września 2017

Wakacyjnie

23 czerwca.
Koniec roku.
Zimnawo, deszczowo, trochę jak dziś.
Zakończenie tu, zakończenie tam.
Po zakończeniu w szkole podstawowej
w wąskim gronie zjawiliśmy się na dywaniku u pani dyrektor
pomącić jeszcze trochę w kwestii dwujęzyczności,
której w naszym odczuciu szkoła systemowonie nie realizuje,
a za którą systemowo płacę niemałą kasę.
Taki wesoły akcent.
Co roku inne kwiatki.
W zeszłym roku polne, zbierane o świcie,
w tym roku na papierze, w formie proponowanego aneksu.
W wyniku zaistniałej awantury, tak podniosło mi się ciśnienie,
że wyszłam z auta i zostawiłam na pół dnia pod domem
otwarte na oścież drzwi.
Zamknął je mąż, po powrocie.
Musiał też przeparkować zaparkowane po przekątnej auto.
Do tego o 11.00 punkt ciocia wjeżdżała na salę.
Gdzieś daleko, w Lublinie.
Mastektomia.
Taki symboliczny dzień.
Że coś się kończy, ale nie na zawsze. Jednak.
Dzwoniłyśmy do siebie z mamą, na przemian.
Pocieszałyśmy się.
Upewniałyśmy wzajemnie, że to dobrze, że to nieistotne,
że ważne, że doczekała pomimo tragicznych przejść w ostatnich miesiącach,
gdy brała chemię.
Potem chwilowa ulga.
Wybudzenie.
Jest. Ok. Wyjechała.
Że już niby bez raka.
Mamo, rozumiesz?
Nie ma go!
Nie płacz.
Przestań, teraz myśl o jutrzejszym wyjeździe.
Razem, tydzień, w Egerze.
Wino, śpiew i termy.
Reset.
Zobacz, to nawet dobrze, że ten zabieg  wypadł właśnie dziś.
Będzie w szpitalu, pod opieką specjalistów.
A Ty odpoczniesz. Naładujesz akumulatory.
Są przecież przy niej pozostali.
Idź się pakuj.....

Potem już tradycyjnie restauracja-celebracja.
Lody.
I wieczorne szybkie pakowanie.

24 czerwca wyjechałam na Węgry, na moje wakacje.
Wróciłam 30 sierpnia, lekko spóźnionym lotem z upalnego Neapolu.
To było 9 tygodni zaplanowane logistycznie od deski do deski.
9 tygodni, które spędziłąm non stop z moimi dziewczynami.

Najpierw tydzień na Węgrzech.
Z rodzicami.
Z delikatnym, pooperacyjnym napięciem w tle.
Ale termy, piękna pogoda i wino za 4 złote na głównym rynku, przy stoliczku
z cygańską muzykąna na żywo zrobiły swoje.
Powrót w sobotę.

W niedzielę rano, już tylko nasza czwórka
wyjechała na tygodniowy festiwal tańca do Lądka Zdroju.
Zeszłoroczny Dancing Poznań w wersji solo zamieniłam na wersję bardziej rodzinną.
Każdy miał swojete techniki. Młodsza balet, Starsza Jackson style i modern dance,
ja choreoterapię, latino dance show i street jazz, a mąż flamenco.
On tam już nie wróci. Zapowiedział.
Ale one łyknęły bakcyla.

Powrót w niedzielę.
W poniedziałek, ja i one wyruszyłyśmy na wieś.
Na 5, słownie pięć dni.
Zobaczyć, uściskać.
Wieś z odwiedzinami w szpitalu w tle.
Ciocia lepiej.

W sobotę wyjazd nad morze z noclegiem w Toruniu u rodziny.
Zachwycająco. Magicznie i ciepło.
Czysto, sterylnie, a jednak z delikatnym artystycznym nieładem.

Niedzielna pobudka i drugi etap podróży nad morze z przystankiem obiadowym
u rodziny na Kaszubach. Szwajcaria Kaszubska mnie zachwyciła.
Jechałam jak w kinie 5d. Wymachiwałam rękami na lewo i prawo.
Patrzcie jezioro! Zobaczcie czapla! Boże jak tu pięknie.
Już pod sam wieczór, kilka chwil przed Jarosławcem - olśnienie.
Swołowo. Kraina w kratę. Wieś jak z angielskiej bajki.
Zatrzymałam auto i wyszłam, żeby stanąć na żywo na kocich łbach.

Wieczorem nareszcie morze.
Trzy tygodnie w drewnianym domku z werandą, w pięknym sosnowym lesie,
przy wydmie. Trzy tygodnie prowadzenia porannych i wieczornych zajęć taneczno-ruchowych.
Tak jak chcę, jak czuję, do muzyki jaką lubię.
Trzy tygodnie. Tak jak sobie zamarzyłam kilka lat temu.
Przeprowadzić się na chwilę nad morze.

Po trzech tygodniach sobotni, 10-godzinny powrót,
a w niedzielę wylot do Włoch.
Na miesiąc.
Dwa tygodnie w Subappennino Dauno z teściami.
Malutki domek, bieganie, granie w karty i jedzenie.
Codziennie huczne kolacje z sąsiadami.
Własne figi, winogrona, pomidory.
Świeża mozzarella, stracciatella, szynki, taralli i inne.
Potem tydzień nad morzem.
Z mężem, który doleciał i z parą przyjaciół.
Vieste.
Tym razem agroturystyka przyjaciela, od którego kupujemy olej.
W gaju oliwnym, jakieś 7 km od morza.
Na koniec kilka dni w mieście,
na odchodne.

Po powrocie
przez dwa tygodnie nie umiałam dojść do siebie...



niedziela, 10 września 2017

Eccomi qua

Melduję, że jestem wciąż.
Choć nikt już tu pewnie nie zagląda, bo i po co.
Jestem i zbieram myśli.
Jak tylko rutyna wejdzie mi na dobre w krew,
opiszę....

sobota, 17 czerwca 2017

10 lat








































Ostro kładę łapę na smatfona, tableta i telewizor.
Mamy sporo niepisanych zasad.
Ja staram się ich przestrzegać.
One często protestują.
Muszę przyznać jednak, że niektóre zabawy są nawet fajne...

środa, 14 czerwca 2017

W przerwie

Najpierw chciałam odruchowo już krzyknąć,
że co Ty robisz na przerwie
i czemu nie powtarzasz a razy ha na dwa do sprawdzianu.
Ona nieśmiało
wyciągnęła go z zabałaganionej szafki.
Nie umiałam ukryć wzruszenia....




sobota, 10 czerwca 2017

Greentopia

Powoli dobijam do corocznego brzegu.
Łubin już prawie przekwitł.
Malwy ścigają się jak na jakimś biegu charytatywnym.
Kosmos wystrzelił w kosmos.
Lawenda wystrzeli fioltem już niebawem.
Piwonia rozwija się bardzo intymnie i powoli.
Ale czekam na jej pudrowy róż.
Oj czekam.
Gipsówka jak zwykle przyprószy mi większość przestrzeni
przeznaczonej na kwietnik.
Ale tak miało być.
Uwielbiam tę letnią mgiełkę.
Słoneczniki narazie stoją poniżej przeciętnej.
Maciejka da o sobie na pewno znać
niedługo powalającym zapachem dzieciństwa na wsi.
Siewki pomidorków nie potrafią się zdecydować,
czy mają przejść w fazę sadzonek,
czy pozostać siewkami.
Borówki i porzeczki za to eksplodowały ilością owoców.
Sałaty nie przeżyły ulewy,
a te na werandzie same nie wiedzą czym są.
Jedno wino jak opętane kombinuje, którą drogą by tu iść,
drugie postanowiło zostać krzakiem,
trzecie się kompletnie zawstydziło,
a czwarte udaje, że go nie ma, ale jest.
A cały ten roślinogród
mieści się
na jednym podmiejskim arze mojego
zielonego szczęścia.

niedziela, 4 czerwca 2017

Cel-pal


Od czwartku celebrujemy.
Dzień Dziecka.
Ich i mojego wewnętrznego dziecka,
które nieprzerwanie, im jestem starsza
ciekawieje.

W piątek
Starsza zagrała koncertowo koncert,
i gdyby nie wykolejona intonacyjnie etiuda,
jestem pewna, że dostałaby piękną piątkę.
Ale piątka lub jej brak nie są tu w ogóle istotne.
Istotny jest progres.
Olbrzymi krok do przodu.
Dźwiękowy, intonacyjny, skupieniowy
i ogólnie podejściowy do tematu instrumentu,

W piątek też
Młodsza miała pierwszą część wstępnego na skrzypce.

W piątek też
poprowadziłam swoje pierwsze
warsztaty dla dojrzałych kobiet
z elementami muzykoterapii,
albo bardziej dramaterapii.

Wczoraj rodzinnie w teatrze,
a wieczornie na katowickim deptaku,
choć japońskie żarcie o 22.00
to już jednak była przesada,
nawet dla półpołudniowej rodziny.

Dziś katowickie ASP i warsztaty
jakieśtam, co mało istotne,
istotne jest
wystawianie dzieci na sztukę,
przestrzenie,
pokazywanie, że jest świat
realnie piękny,
albo i mniej piękny, ale realny....

W czerwcu,
kiedy już spada ciśnienie,
chce mi się bardziej miasta.
Podświadomie czuję,
że zbliża się dwumiesięczny plener.
A ciepłe polskie miasta
są genialne....



środa, 31 maja 2017

Spaziotempo

Czas i przestrzeń.
Dwa najbardziej deficytowe
produkty
XXI wieku.
Ja mam czas.
Dbam o przestrzeń.
Czuję, że są mi bardzo potrzebne.
Bezcenne.
Jestem szczęśliwa.

Wandale

Mamo,
wiesz,
ja tak w sumie to chciałam Ci powiedzieć,
bo wiesz,
jak mi tak puszczałaś tą muzykę klasyczną
i tak brałaś do teatru,
to ja wcześniej się krzywiłam trochę,
a teraz to ja Ci chciałam podziękować,
bo mi się to nawet podoba.
A mama, powiedz, co trzeba zrobić,
żeby nie być taką dziewczyną-wandalem,
co klnie i w ogóle.
Bo ja nie chę taka być......
___________________________________________

Pędzę szarą toyotą sedan metalic
po wiślance
i z jednej strony
coś tam mówię, jakiś truizm,
że z kim przestajesz takim się stajesz,
a z drugiej,
po skroni spływa mi kropelka potu.
Po chwili jednak dociera do mnie,
że to nie pot,
a łza...

wtorek, 30 maja 2017

Po(rannie)

Poranny brancz ze znajomymi z liceum.
Wróciłam wewnętrzie pocięta.
Siedlisko niczym z werandy.
Sielsko, anielsko...
Pozornie.
J. 8-miesięcznemu synowi
aplikuje co wieczór środki nasenne,
bo jest już zmęczona tym budzeniem co godzinę.
W. zarabia na willę pod Lozanną
i dlatego zdecydowała się
na 11-godzinną nianię
do kilkumiesięcznej O.
Ogólnie nie chcą, ale muszą,
bo kredyt.
To ja się pytam, czy trzeba tak od razu wchodzić
w to życie z grubej rury....
Mieć wszystko przed czterdziestką....
Eh.....

sobota, 27 maja 2017

Majowe roz(łąki)

Wróciła.
Ciut jakby starsza.
Ta moja Starsza.
Taka spokojna.
Roztropna.
Muśnięta bieszczadzkim słońcem.
Wyczekiwana przez całą naszą trójkę.
Prosto na wymarzoną kolację.
Rozłąka jednak bardzo relaksuje....
Obie strony....

czwartek, 25 maja 2017

Fasady

Od kilku dni mniej się szwędam, mniej bywam,
mniej zaglądam w witryny i mniej patrzę na słupy ogłoszeniowe.
Mniej rozmawiam z koleżankami.
Brak Starszej rozleniwił mnie terenowo.
Robię co prawda rewolucję meblową,
ale wszystko odbywa się w naszych kilku ścianach.
Chulam głównie po necie,
a co tam....
I takie przemyślenie mi się nasuwa,
że gdy tak spaceruję
po tym wirtualnym świecie,
męczy mnie to,
że widzę głównie fasady budynków,
że nigdzie nie wchodzę,
nigdze nie zaglądam do środka,
niczego nie zapamiętuję.
Dotykam tylko tynku,
widzę kolory wykończenia.
Nie zanurzam się w klatki schodowe,
ani w patio.
Omija mnie prawdziwe, społeczne życie.
Dobrze, że tylko przez te pięć roboczych dni...



wtorek, 23 maja 2017

Moje(j) marzenia

Dzwonię w te Bieszczady,
żeby powiedzieć Jej,
że dostała nagrodę
w konkursie "Mama ma marzenia'.

I choć wcale tak nie jest,
a może właśnie tak jest,
to rysunek ujął mnie
bardzo....



Bajka terapeutyczna moja

Moja pierwsza
i najważniejsza recenzentka.
Jej  'Mamo, to je dobre' było bezcenne...


One

Z chwilowo
jednym dzieckiem
życie jest nagle
takie spokojne,
przewidywalne.

poniedziałek, 22 maja 2017

Stan dobry

Nie wiem jak to bliżej nazwać.
Ten ogólny dobrostan.
Pomimo tych wielu złych rzeczy, które
gdzieś cały czas się panoszą.
Jestem wolna.
Decyduję o własnym życiu,
pracy, wykształceniu.
Mam czas na odespanie
podyplomówki
połączonej z nocą muzeów.
Zasypiam jak dziecko na kanapie
wsłuchana w śpiew ptaków
i jakieś dziwne
kwikanie bażanta
za miedzą.
Starsza na wycieczce
w Bieszczadach.
Młodsza w szkole.
Praca za chwilę,
ale tylko tak jak lubię.
Kilka zajęć.
Bez masówki.
Bez 'do wieczora, bo mam ciężki projekt'.
Wiem,
pracowałam na to całe dotychczasowe życie.
Ale to piękne, kochać swoje życie
i samej sobie go czasem pozazdrościć.

sobota, 20 maja 2017

Afrykańska mama

WO.
Ostatnio czytam głównie właśnie to wieczorami.
Lubię te już ciepłe, prawie letnie wieczory.
Są moje.
Ja - afrykańska mama - jestem wtedy najszczęśliwsza na świecie.
Mój cały świat skupiony na jednym poletku.
Wszyscy bezpieczni.
Lubię też popołudnia i te pospieszne obiady na naszym miniogrodzie.
Wtedy ja - afrykańska mama - mam poczucie doopiekowania, odpowiedniego dożywienia.
Poranki też lubię, kiedy po rozwiezieniu dziewczyn, ja - afrykańska mama - sprzątam pospiesznie
nasze małe obejście, ogarniam najważniejsze sprawy, przed pójściem do zaledwie
4-godzinnej, niedalekiej pracy.

Jestem taką afrykańską mamą, na miarę naszej cywilizacji.

W wywiadzie Margaret jakaśtam, zapytana o to, dlaczego z Afryki
przywozi psy i czy nie boi się, że zarzucą jej, że zamiast psów właśnie
powinna przywozić te biedne afrykańskie dzieci, mówi,
że przecież one są tam najszczęśliwsze na świecie,
bo ich afrykańskie mamy są zawsze w zasięgu wzroku,
nawet w pracy.
Ona dba o studnie i higienę.
Szczęścia tym biednym dzieciom tam nie brakuje.

Kropka.

wtorek, 9 maja 2017

Precz. Wolę mlecz.

Czasem mam ochotę na jakieś gówno.
Ale mimo wszystko
intuicyjnie
wolę to gówno przygotować sobie sama.
Musli z kefirem,
polane dopiero co zrobionym syropem
z mniszka lekarskiego
rulezzz...
Odpuszczę już sobie chyba na stałe
agawę i klon....

poniedziałek, 8 maja 2017

Hand made life

W lodówce orzeźwiający zakwas buraczany.
Hand made.
Przy kuchennym oknie, w dużym słoju
dopiero co zasypane cukrem świeże pędy sosny.
Na drewnianym blacie kilka słoiczków
syropu z mniszka lekarskiego
czeka na opisanie.
Na drewnianym stoliczku przy oknie
prężnie wygina się w kierunku słońca rzeżucha,
a obok niej w słoiczku z kamyczkami na dnie
kolendra z zeszłorocznych, skrupulatnie zbieranych ziaren.
Bazylia się trochę wstydzi.
W pokoju 'do ćwiczeń' sześćdziesiąt siewek pomidorków koktajlowych
zerka na mnie co rano i błagalnie prosi o spryskanie.
Na werandzie wysiany szpinak i różne rodzaje sałaty.
W białym kredensie zeszłoroczne zapasy suchego rumianku,
pietruchy, syropy z kwiatu bzu.
Owoce bzu się już pokończyły, bo piliśmy je w herbatce całą zimę,
czyli w sumie do niedawna.
Porozsadzałam też pelargonie i w tym roku
wszystkie doniczki są z moich małych roślinek.

Dobrze, że mieszkam w miasteczku na wsi....

niedziela, 7 maja 2017

Troppo

Jeśli
jedna przepastna komoda
nie wystarcza mi
na pomieszczenie
mojej, i tylko mojej bielizny,
t-shirtów i piżam,
to znaczy, że mam ich za dużo....

Jeśli w pokoju
mojej Młodszej
nie umiem dojść do ładu
z zabawkami,
to znaczy, że ma ich za dużo.

Jeśli pokój Starszej
zalany jest przyborami,
kredkami, flamastrami,
to tylko dlatego, że ma ich za dużo.

Za dużo.
Mamy wszystkiego o wiele za dużo.
Wiem to od dawna.
I dlatego bardzo rzadko cokolwiek dokupuję.

Chcę mniej.

czwartek, 4 maja 2017

We like it

Butelka czerwonego wina.
Wspólne gotowanie.
A przy gotowaniu włoskie radio.
Gadanina.
Taka zwykła.
Majowa.
Choć z niewielką ilością słońca.
Za to z dużą ilością spacerów i kultury.
I się wykluło.
Zwolnił się.
Dziś.
Praca do 30 czerwca.
Potem idzie nowe.
I nieznane.
Lubimy tak.

W drodze na basen

- Mamo, lubię teatr. Kiedy znowu pójdziemy?

środa, 3 maja 2017

T i m e

06:48
Kawa. O wiele bardziej przezroczysta niż dotąd.
Nogi na wyklinowym krześle
uniesione w górze.
3 maja.
Mamy wolne.
Będziemy dziś rozmawiać.
O kolejnej ważnej decyzji.
Czy ma się zwolnić, czy nie.
Jeśli tak, to od kiedy.
Co potem?
Rozumiem go.
Popieram.
Wiem, co to znaczy mieć kulę w gardlę.
On twierdzi, że to ziemniak,
Ja wyczuwałam swego czasu tylko jajko.
Wsiorawno.
Damy sobie znowu czas.
Nic nas nie goni.
Nie wkopaliśmy się się na szczęście w żadne kredyty.
Własnie po to, żeby nie stać się niewolnikami
i móc decydować, kiedy w tchawicy robi się wąsko...

wtorek, 2 maja 2017

Primo maggio

Jak zwykle im mniej zaplanuję,
im mniej doskonała chcę być
i im mniej tej doskonałości
wymagam od moich bliskich
tym jest nam lepiej, wydajniej
i doskonalej....

Mąż zrobił doskonałą tagliatę z kaczki.
Doskonałe było też wino,
które smakowało doskonale na upalnej werandzie.
Nawet grało nam się wspólnie w miarę doskonale.
I doskonale nam wszystkim zrobił finałowy,
wietrzny i paskudnie długi, bo prawie dwugodzinny spacer
po naszej wiejskiej okolicy.

I nawet słońce wyszło.
Kibicować.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Buona Pasqua

Raport z rzeczywistości.
W lewo zwrot.
Baczność.

6.52.
Mój świat śpi.
Popijam zredukowaną do minimum dawkę kawy,
przegryzam zakalcem marchwiowo-pomarańczowym
z dodatkiem cynamonu.
Może pójdę pobiegać.
Może umyję włosy.

Po Wielkanocnym śniadaniu, mszy i obiedzie
ruszamy do Radomia.
Jutro chrzest, a ja matka chrzestna.

Odwiedzę ciocię.
Też.
Nie może. Na pewno.

Potem powrót.
Do pół-wolnego wtorku.
Bez szkoły, z odrobiną pracy.

Czekamy wszyscy na słońce...

A tymczasem, niech się wszystkim święci....


niedziela, 2 kwietnia 2017

Rzeczywistość równoległa

Kiedy rodzisz, wydaje Ci się, że wszyscy dookoła mówią tylko o szczepieniach,
Potem słyszysz tylko rozmowy o pieluchach i popiskiwania.
Ząbki, chodziki, pudry, sudokremy.
Potem dyskusje o przedszkolach.
Itepe itede.
Zniknęłam, bo w realnym życiu zatonęłam po uszy
w edykacyjno-wychowaczym gównie.
Doprowadziłam się do tego, wcale nie po cichu,
że na 25 kwietnia
mam wizytę u psychiatry.
Może ją odwołam, jeśli po odstawieniu części kawy
uznam, że ta pętla na szyi, która zatyka mi tchawicę
ni stąd ni zowąd w ciągu dnia
zniknęła....


poniedziałek, 20 lutego 2017

Istotne

Wcale nie na fali Wisłockiej,
wcale nie dlatego, że Sadowska wygląda z każdej rozkładówki,
wcale nie dlatego, że wiosna powoli puka
w zakurzone okna werandy...
Tak po prostu.
Seks z dodatkiem miłości
dobrze czasem robi
małżeństwu.
Miłego poniedziałku.

niedziela, 19 lutego 2017

Elena

Rosyjska "Elena" na TVP Kultura.
Niedzielny mój mindfulness w odcieniach niebiesko-szarych.
Smutny film jak dla mnie o tym,
jak ani bieda, ani bogactwo
nie są gwarantem sensownego wychowania potomstwa...


Jun

'Bo ty zawsze masz czas....'
skwitowały wczoraj wieczorem Pani Profesor i jej córka
po tym, jak wpadłam do nich z Młodszą na wspólne
sobotnie oglądanie 'Piny'.

Piękny film Wima Wendersa,
piękne choreografie Piny,
piękna muzyka Jun Miyake...

sobota, 18 lutego 2017

Zmiana








































Ja wiem, że słowo zmiana nabrało ostatnio pejoratywnego wydźwięku.
U mnie zmiana wychowawcza trwa już ponad trzy tygodnie.
I jest autentyczna.
Skrzętnie ją spisuję, dokumentuję, nagrywam refleksje na dyktafonie.
Zaznaczam.
Wysnuwam wnioski.
Notuję refleksje i obserwacje.
Wyławiam słowa klucze.
Bawi mnie to bardzo, ale jednocześnie uspokaja i porządkuje.

A dziś Starsza na weekendowym biwaku.
Łapiemy oddech.
Od siebie.

wtorek, 7 lutego 2017

Grazie Maestro!






























Cinema Paradiso.
Temat Debory.
Misja.

Wyglądałam jak dziecko z japońskiej kreskówki,
które gdy płacze,
to łzy nie lecą,
tylko tryskają na boki.

Wczoraj spełniłam swoje życiowe marzenie.
Były momenty, że czułam się jak na seansie egzorcystycznym
i cała drżałam.

Potem po pierwszej w nocy
przejechałam
zjazd na Katowice.

Zawracałam.

Ze śpiącą Starszą na tylnym siedzeniu.

W środku nocy...

Warto było czekać tyle lat....




niedziela, 5 lutego 2017

Znamy się?

'Perfetti sconosciuti'
czyli tak naprawdę nic o sobie nie wiemy.
I może i dobrze.
Bo i po co?
Bardzo dobry włoski film.
Kolacja 'in tempo reale'.
Od deski do deski.
Bez muzyki w tle.
Wsłuchujesz się w każdą minę
i wypatrujesz każdego mimochodem
wypowiedzianego słowa.
Dopiero, gdy coś pęka
pojawia się nieinwazyjny fortepian.
Jak się potem okazuje
pęka tylko w nas,
bo życie toczy się dalej
jakby nigdy nic....

sobota, 4 lutego 2017

Terapia







































Kiedy zakładałam bloga,
już ponad pięć lat temu,
nie zdawałam sobie sprawy,
że tytułowe słowo 'terapia'
nabierze takiego wydźwięku.

Wtedy nie chodziło o żadne rzeczywiste choróbsko,
a o wentylowanie kumulowanych
we włoskiej rzeczywistości emocji.
Blog był wypiciem wspólnej kawy
z dalekimi wirtualnymi koleżankami.
I choć nigdy nie dążyłam
do podbijania czytalności,
a wręcz gdy widziałam, że słupki rosną,
blokowałam dostęp z obawy przed nagłym zalewem
komentarzy, troli i innych zjawisk internetowych,
były też okresy kiedy sporo się tu działo.

Prawie dwa lata temu opłakiwałam tu J.

Prawie rok temu drżałam o zdrowie Taty.

Prawie dwa miesiące temu zadrżała i moja podłoga.

A od kilku dni, od pierwszego lutego dokładnie,
tydzień po moim zabiegu,
w mojej najbliższej rodzinie
po raz pierwszy
namacalnie,
wyczuwalnie,
realnie,
dosłownie,
technicznie,
opisowo,
werbalbie
i dosadnie
pojawiło się słowo
nowotwór złośliwy piersi.
Ciocia.
Najbliższa.
Siostra Mamy.
Równolegle ze mną niemalże
czekała na biopsję.
Oszczędzę sobie szczegółów.
W środę zaczyna chemię.
Mama jest w letargu
i jak to ujęła 'nie boi się już żadnego telefonu'.
Reszta załogi trzyma się w pionie
i stara się działać.
Weszliśmy na wyższy level.
Już nie jesteśmy tacy spokojni.
Już nie jesteśmi 'czyści'.
W mojej głowie zaczęło tykać słowo 'obiążenie'.
Dzięki mojej Asi Be
w poniedziałek ciocia ma wizytę w Lublinie.

A teraz dopijam mocną kawę
i biegnę na zjazd...
 z muzykoterapii.




wtorek, 31 stycznia 2017

Tato..... mamo....

Krakowski Teatr Bagatela w katowickim Korezie.
W zastępstwie za chorego męża koleżanki
trafiam nagle w poniedziałek wieczorem do piątego rzędu.
Rodzinna tragikomedia.
O tacie.
Ale mogłoby spokojnie być też o mamie.
O mnie.
W wielu scenach widziałam siebie.
Może nie tak drastycznie, nie tak dosadnie i wulgarnie.
Śmiałam się do rozpuku.
Aż szew podskakiwał do bólu.
Sporo u mnie ostatnio refleksji... Ech...

Eks

Eksperyment wychowaczy w toku.
Dzień trzeci.
Jest ciut spokojniej we mnie.
Ale mój spokój jest odwrotnie proporcjonalny do chaosu na biurku Starszej.
Skrzętnie notuję obserwacje.
Daję sobie czas.
Luty pokaże czy zmieniając siębie z dnia na dzień
można zainicjować zmianę u dziecka...
Zmianę na lepsze.

piątek, 27 stycznia 2017

Rewolucja eksperymentalna































Poranna pogaduszka z dziewczynkami.
Cudownie zadbać o siebie, gdy bliscy też są doopiekowani...
Od poniedziałku ruszam z wychowawczą rewolucją,
bo nie można zmian wymagać od dzieci, gdy samemu się ich nie wprowadzi...

czwartek, 26 stycznia 2017

Bóle porodowe







































"Na izbie przyjęć, w piżamach i skarpetkach
wszyscy nagle równiejemy.
Nie ma śladu po biznesmenie czy korporacyjnej wydrze''.
 - napisałam w poniedziałek
na białej kartce a cztery.

W niedzielę wieczorem ubrałam różowy szlafrok,
naoliwiłam się leciutko oliwką dla dzieci
i zrobiłam sobie delikatne zdjęcie mojego biustu.
Na pamiątkę.

We wtorek rano o godzinie równo ósmej wjechałam
na salę operacyjną.
Jak zawsze nie wierząc, że zasnę, usnęłam.
Wieczór wcześniej pani anestezjolog
bardzo delikatnie powiedziała,
że wynik guzka idzie  na cito.
Po dwóch godzinach, albo wszystko wraca do normy,
albo ja wracam na salę na kolejny już mniej oszczędzający zabieg.
Tak jakoś 1/4 piersi.
Wyszłam zszokowana.

Tak więc we wtorek rano zrobiono mi zabieg.
Czekałam nie dwie, nie trzy, nie nawet cztery godziny.
W sali pooperacyjnej.
Między tak a nie.
Między do dzisiaj, a być może od jutra.
Osoby, które przynoszą nam wiadomość poznaje się od razu.
Idą prosto do Ciebie, choć pytają o to, kto ma takie czy inne nazwisko.
Siadają, biorą Cię za rękę i ciepłym głosem
zatrzymują Ci oddech na kilka nanosekund.
A potem słyszysz, że wszystko jest w porządku.
Że wynik jest dobry.
Że to zwykły, zasrany włókniak.
I czujesz się jak po urodzeniu dziecka.
To dziecko rodzi się na nowo w Tobie.
36-letnie płacze ze szczęścia....