poniedziałek, 31 października 2016

Hibernacja

To co napiszę godzi trochę w moją inteligencję
i szerzone tutaj peany o harmonii, balansie, slow lajfie itepe.
Dwa dni wolnego z wirusem w tle....
I chyba bardziej niż mięśnie i układ kostny
oberwała moja głowa.
Kilka razy zostałam sama, bez dzieci,
na kilka godzin, bez pracy,
na kanapie, przed telewizorem
i doszłam do paradoksalnie banalnych wniosków.
Ocknęłam się.
Otchłań, w którą wpadłam 1 września
wciągnęła mnie jak trąba powietrzna.
Pilnowałam godzin spania,
żeby po dwudziestej już były umyte,
a maksymalnie 20.30 cisza nocna,
a już najpóźniej do 21.00 Starsza w łóżku z lekturą.
Rano obowiązkowo porządne śniadanie
plus łyżka oleju lnianego
plus herbatka z aronią
plus nie widaomo jeszcze co.
Skrupulatne odpytywanie z tego, co do domu,
żeby uniknąć minimalnych choćby zaległości,
żeby u Młodszej, co zaczęła pierwszą klasę
od razu wyrobić dobre nawyki,
bo jak będzie z nią, tak ja ze Starszą,
to mnie  wywiązą na turnus do Krychnowic.
Niebieski zegarek na dłoni nawet w trakcie spania.
Wszystko wyliczone, co do minuty,
żeby podwieżć, przewieżć, nie spóźnić się.
Parkowanie auta jak najdalej, żeby spacer jakiś też zaliczyć,
bo skoro lubi te nasze spacerki po mieście, to czemu nie,
nawet jeśli potem powrót do domu jest na styk.
Rozmowy, rozmowy i jeszcze rozmowy.
A i tak wszystko o kant dupy.
Starsza łapie pały.
Zachowanie w szkole nienajlepsze. Dochodzą sygnały.
Wróciły dziecięce stereotypie ruchowe.
Pytam, dlaczego, słyszę, bo się stresuję.
Mówię, to zawołaj mnie, przytulę Cię, potrzymam za rączki.
Nie bo ty krzyczysz.
No krzyczę.
Czasami.
Czasami też nie, ale rzadziej.
I tak po tych dniach trochę wolniejszych dochodzę do wniosku,
że nie oglądam z dziećmi nawet sekundy wiadomości,
bo wysyłam je do łóżka, do mycia...
Nie mówię o codziennej obowiązkowej prasówce,
ale o takim kontakcie ze światem out.
A nie tylko nww, nwd, dzielniki, mierniki, bierniki, i inne.
Że nie oglądamy razem bajek w oryginale.
Że nie oglądamy czasem programów po włosku.
Bo zawsze coś.
Że nie ceruję im gaci tylko odkładam na jakąś
nie wiadomo po co komu kupkę, a przecież fajnie by było, gdyby dziewczynki
umiały trzymać igłę w dłoni. Kiedyś.

Tyle...
Uszło ze mnie trochę matczynej goryczy.
Idę orać dalej.
Wstałam jak feniks z popiołów.
Oglądam ran news 24 i serce mi pęka
jak Bazylika w Nursji.
....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz