piątek, 29 lipca 2016

SoPOt

Melduję się moja codzienności.
Jestem.
Może ciut na dłużej, niż pierwotnie planowałam,
bo dzieci dziećmi, powietrze powietrzem,
ale małżeństwo to też ważna sprawa,
i kiedy się czuje, że się nie da dłużej bez,
to trzeba wrócić,
skrócić wyjazd,
może nawet odwołać,
lub przełożyć.
No więc jestem.
Przy moim drewnianym stoliku,
z kawą po lewej stronie klawiatury,
z kukurydzą, co na trzy metry zarosła mi moje pola widzenie,
ale i niech tak będzie,
chwilowo dyskretniej...
Jestem, po pierwszym umyciu podłogi....
szybkim przemyciu umywalek i sedesów
i odtłuszczeniu kuchni.
No więc jestem.,,,


















































Do wsi jeszcze wrócę,
ale teraz chcę złapać jeszcze kilka minut
na fali mojego wypadu do Sopotu.
Sopot, ja, moje dwie córy, akademik i magia wokół.
Było nam magicznie.
Pogoda zrekompensowała akademikowy hardcore.
Jednak ja już jestem na pewne rzeczy za stara,
a one trochę za młode.
Hiszpanie za ścianą, panowie owinięci w ręczniki wchodzący podczas kąpieli
do dzielonej przez cztery pokoje łazienki,
podkradanie szynki parmeńskiej z lodówki,
poranne powroty młodzieży i alkoholowe torsje o 4.30...
To wszystko sprawiło, że każdego dnia wychodziłyśmy na 8-9 godzin.
Podejrzewam, że robiłyśmy średnio około 8 km piechotą,
co dla mojej 'jęczącej' sześciolatki było jak wyprawa do Santiago de Compostella.
Schudłam kolejne dwa kilo - stan aktualny 53 kg.
I tego się trzymajmy.
Bałtyk ma jednak to coś.
To, o czym marzyłam cały ten rok,
a czego nie potrafiłam doprecyzować.
Chcę tam wracać.
Nawet sama, bez męża, jeśli znowu będzie problem z urlopem.
A1 nie jest taka straszna, a 7 godzin za kierownicą nawet  dla takiej panikary jak ja
jest do zrealizowania.
W głowie kiełkują pomysły na przyszły rok.
Znowu nie do końca sztampowe....



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz