wtorek, 3 maja 2016

Wtorkowa kontrola.

























Wybiegłam dziś w pole.
Zostawiłam dziewczyny same w domu.
Nic tak mnie nie ratuje z opresji jak przyroda.
Ani ciuch, ani technologiczne gadżety, ani nawet żarcie.
Teraz mamy tu krzycząco żółty rzepak.
Biegnę i chce mi się płakać.
Ze szczęścia.
Mam to cudo pod prawie samym domem.
Pagórki, chmurki, ceglane domki w tle.
Gdzieś w tle impresjonistycznie zamazane Beskidy.
I uświadomiłam sobie, że to już trzy lata.
Trzy piękne lata mojego romansu.
Zaczęło się okrzykiem Basta!
i trwa do dziś.
Jest jak poranna kawa, bez której nie otwieram wyjściowych drzwi,
jak wieczorne mycie zębów,
bez którego nie położę się spać.
Jest moim tlenem,
moim windowsem na świat.
Katalizatorem moich myśli.
Amortyzatorem moich uczuć.
Jest salonikiem, w którym ucinamy sobie babsko-matczyne pogaduchy.
Z pobłażliwym uśmiechem przypomniałam sobie o wtorkowych kontrolach.
I pomyślałam, że skoro dziś przy wtorku,
to może czas na mały apdejt.
Na wadze 54,6 kilo kontra wyjściowe 62, a w najtragiczniejszym momencie prawie 70kg.
W talii 69cm - kontra 79cm.
W biodrach 84 - kontra 96cm.
Zasadniczo ubyło mnie sporo.
Beż zadnych diet.
To znaczy truchtanie sprawiło,
że jem mądrzej, ale to sprawa ogólnych zmian,
które jako rodzina wprowadziliśmy i nadal wprowadzamy
do naszego domowego jadłospisu na przestrzeni lat.
Ogólnie - jem wszystko.


3 komentarze:

  1. Pięknie... Gratuluję Kasiu! :-))))

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję Izabelka! choć teraz tak widzę, że jakoś ten brzuch mało umięśniony, żeby go tak pokazywać na blogu. ale cóż.... może do ćwiczeń jeszcze dorosnę....

    OdpowiedzUsuń