sobota, 30 kwietnia 2016

Majowo mi









































Naród rozpoczął majówkę.
Ja rozkładam psychiczne i fizyczne siły.
Oj będzie się działo.
Rodzice na wsi.
Młodszej nie wzięli, bo a nuż coś się wykluje
i ich plany robotowe legną w gruzach.
Mąż miał dziś startować z włoskim żarciem,
ale tygodniowy służbowy wyjazd nad Gardę
popsuł wszystkie plany.
Zostaję sama z dziewczynami.
Starsza zamknięta w domu.
Młodsza w pewnym sensie też,
bo znajomi wolą nie narażać się
na ospy, półpaśce i inne pochodne.
Jestem.
Tu i teraz.
Jestem.
Czeka mnie ciężki tydzień.
Tylko tydzień i aż tydzień.
I gdy doprowadzam dom
do stanu przejrzystości,
gdy już którąś z kolei godzinę
dreptam tam i nazad
i piękę, myję, piorę, rozwieszam, odkurzam,
dyktuję polski, matę,
tłumaczę różnicę między dolnym, a górnym biegiem rzeki,
akompaniuję do egzaminowego concertino....
myślę sobie 'NIE'.
Tylko dlatego, że nie zeżrę spalonej karkówki
i nie popiję jej despradosem
i nie przypiękę sobie ramion i nosa
- NIE -
nie dam się porwać malkonentcwu,
że zdupiono mi majówkę.
Nie.
Bo jeśli piękę muffiny bez laktozy na podróż,
to dlatego, że mam je dla kogo piec.
A jeśli piorę pościel i ubrania po wysypie ospy
to dlatego, że mam o kogo dbać.
A jeżeli napieprzam z odkurzaczem wodnym ważącym 20 kilo
po trzech kondygnacjach,
to znaczy, że mam te pieprzone trzy kondygnacje do sprzątania.
I jeśli koszę trawę,
którą dopiero co kosiłam tydzień temu,
to tylko dlatego, że mam co kosić....
A jeśli rodziców nie ma, bo są na wsi,
to znaczy, że ta wieś jest
i za chwilę  znowu tam wylądujemy
i będziemy z niej bezlimitowo korzystać.
A jeśli dziewczyny bawiąc się we wróżki
moimi chustami
chwilowo naparzają na siebie
to dlatego, że mam je dwie,
że one siebie mają
i mają na kogo wzajemnie naparzać.
Ejmen....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz