sobota, 26 marca 2016

Lawina myśli

Zdecydowanie należę do tych,
co tu i teraz...
i to wcale nie od wczoraj,
a już od dawna....
A mimo to
ostatni tydzień,
jak żaden inny
wbił mnie w teraźniejszość.
Nasza mała rodzinna
via crucis...
Nasze osobiste wyczekiwanie.
Niesamowicie trudne jest umiejętne czekanie.
Nie destrukcyjne.
Nie spazmatyczne.
Delikatnie tylko skropione porannym popłakiwaniem
z mamą do telefonu.
Każdego dnia, zamiast zdawkowego
przemytu reklamówek z gotowym domowym jedzeniem
i szybkim 'to do jutra',
wchodziłam z dziewczynkami do domu,
żeby pobyć....
Po prostu.
Nic jeszcze nie wiemy.
Ale przeczucia są paraliżujące.
Robię zatem zdjęcia Tacinych pelargonii,
które skrzętnie pielęgnuje już drugą zimę....
Siędzę na kanapie i wsłuchuję się
w kłótnie dziewczynek,
o to, która ma teraz wałkować serowe pranotki.
Słyszę jak podchrząkuje.
Potem razem oglądamy jakiś film
z Dustinem Hoffmanem i żółwiami,
a ja o niczym innym nie marzę,
tylko o tym, żeby On też kiedyś był takim
zdzwiwaczałym emerytem,
a patrząc na Nich, jak leżą razem
na kanapie,
żeby też kiedyś tak razem zatańczyli
takie kulawe od bolących stawów
'quick, quick, slow..."

Wcale nie będzie wesoło,
ani beztrosko...
Ale będzie.....






2 komentarze:

  1. Ściskam serdecznie, bo rozumiem aż nadto...I niech będzie, długo, długo...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie wyrok przed operacja - po operacji i badaniach komorek,ktore trwalo kilkanascie dni zamienil sie w ulaskawienie. Tego Wam zycze z calego serca.

    OdpowiedzUsuń