niedziela, 17 stycznia 2016

Kontakt

Kiedy w październiku 2013 wracając z podradomskiej naszej wsi
nagle poczułam się nijak, na tyle dziwnie, żeby poprosić Tatę
o zatrzymanie auta pod Zawierciem,
czekając na przyjazd karetki
położyłam się na leśnym podszyciu,
odruchowo,
myśląc, że dopóki czuję rzeźkie powietrze
i wilgoć podłoża -
żyję.
Zwinięta w kłebuszek
słyszałam jak we mgle nadjeżdżający sygnał...
Potrzebowałam kontaktu z zimną ziemią,
żeby uspokoić się i upewnić,
że nie tracę kontaktu z rzeczywistością.

______

Zawsze tak miałam.
Kontakt z przyrodą,
wychłostana zimnym siarczystym mrozem twarz,
przewietrzone styczniowym wiatrem nozdrza
dają mi poczucie, że jestem
tu, teraz, bardzo.
Jestem.
Oddycham.
Żyję.
Chłonę.
Podziwiam.

I gdy tak biegam, mijam sztaby młodych ludzi.
Wpatrzonych w komórki.
Ciągniętych przez własne psy.
Zamiast na odwrót.
I myślę o tym, jak im współczuję,
że ta cała 'łączność ze światem' odbiera im kompletnie kontakt z otaczającą ich rzeczywistościa...







1 komentarz:

  1. ile razem dróg przebytych, wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń...

    OdpowiedzUsuń