piątek, 8 stycznia 2016

10

Włoskie dzieci 6 stycznia czekają na befanę.
Moje polsko-włoskie dzieci
od listopada regularnie zgarniają prezenty
na wielu frontach.
A to cukierek albo psikus,
a to Mikołaj,
który przejechał przez dom dziadków
ale zahaczył też o nas,
po tym, jak bystre dzieciaki nie omieszkały
zapytać czy przypadkiem Mikołaj nie ominął Mikołowa.
No cóż...
Pod choinką, jak co roku, można było zorganizować
conajmniej zbórkę dla WOŚP.
I po tym wszystkim
6 stycznia
nagle wieczorne pretensje, że nic nie ma.
A po dość lakonicznym wytłumaczeniu
nagle jakieś wrzaski i wycie, które chyba najbardziej
wyprowadza mnie z wrównowagi.
Już miałam ryknąć.
Już miałam trzasnąć drzwiami i wysłać do przysłowiowego 'wyra'!
Ale nagle.... Pyk. W głowie lampeczka ledowa.
Zaraz, zaraz. Momento.
A może by tak pomyśleć o innych.
Przecież macie już swoje skarbonki.
Nie chodzi o drogie prezenty.
Ja z bratem za pierwsze zebrane pieniądze kupiliśmy
na Święta rodzicom po paście acquafresh...
Bo to wtedy znak luksusu był,
co najmniej jak dzisiejszy zestaw spa z body szopu za 99,99.
A wy?
Tylko pretensje, że mało,
że czemu nie znowu.
Szafa wam pęka w szwach od słodyczy.
Skład glukozy, że wystarczy conjamniej do czerwca.
A może by tak coś od siebie rodzicom,
skoro już wiesz, że to nie renifery i inne ludki krasnoludki.
Cisza.
I cisza.
I tylko buziak na dobrą noc.
Bo buziak być musi.


I nagle wczoraj.
Raptem dzień później.
Dzień dla mnie dość ważny,
szczególnie w kontekście ostatnich herzklekotów.
Nie wiem do końca czy te farbki plakatowe
rzeczywiście były takie pilne...
Nie wnikam.
Idziemy do sklepu.
Pytasz czy możesz do empika.
Idź, ale się nie zgub.
Zaraz do Ciebie dojdę.
Dochodzę.
Czekam chwilę, bo wiem jak lubisz szperać w płytach
w poszukiwaniu ukochanego Michaela Jacksona.
Ale czas mija,
A Ty dalej przeglądasz.
A mi się spieszy,
Poganiam Cię.
W końcu zniecierpliwiona wychodzę.
Ale po chwili wracam
i postanawiam doczekać,
bo frapuje mnie to, po co czekasz w tej kolejce.
Już myślę, że pewnie chcesz kupić sobie jakąś durną gumę,
bo wiem, że w kieszeniu masz 4 złote.
No, Twoja kolej.
Wyciągasz z kieszeni jakiś papierek.
Dochodzę zaniepokojona.
Co też Ci przyszło do głowy? Skąd w ogóle ta kasa?
A tu zza lady Pani podaje Ci prześliczne malutkie pudełeczko czekoladek
z misterną kokardką.
To dla Ciebie mamusiu.
Z okazji 10-tej rocznicy ślubu.
Wiem, że tatuś nie toleruje laktozy,
ale chyba nic mu się nie stanie,
jak tym razem dłużej posiedzi w łazience.
To co mi wczoraj powiedziałaś wieczorem...
Przemyślałam to sobie.
I w nocy do piórnika wsadziłam pieniążki z oszczędności.

I tak stojąc w tym empiku
po prostu się popłakałam.
I powiedziałam Jej,
że tak naprawdę największym prezentem
na tę naszą 10 rocznicę
jest Ona.
Nasz ponad 9-lat skarb.



2 komentarze:

  1. cóż, nie mam dzieci, a wzruszyłam się okrutnie, czytając Ciebie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. i popłakałam się z Tobą...na dobranoc:)

    OdpowiedzUsuń