wtorek, 21 lipca 2015

A jednak

Tych wakacji miało nie być.
To znaczy bardzo chciałam,
żeby w tym roku się jednak odbyły,
ale wszystko się jakoś zaczęło rozpadać,
tak nagle za pięć dwunasta,
a potem nawet i pięć po.
Wizja zmiany pracy, a razem z nią
nowe roszady urlopowe i zerowanie liczników...
Jakieś nasze osobiste coroczne fatum....
A jednak 27 czerwca o czwartej nad ranem,
nad bardzo ciepłym i wilgotnym ranem
ruszamy...
Ja, dziewczyny i moi rodzice....
Cel banalny, północne włoskie morze, 
byle jak najszybciej do ciepła i plaży,
bez planowania, szybkie piątkowe bukowanie i fru.....
Bibione....
Banał, deptaki, czterdzieści rzędów parasoli
przy szaroburej zaglonionej plaży...
I kolejny raz przekonuję się, że
wakacje to nie do końca miejsce,
a stan umysłu....
W kilka godzin później kompletny reset.
Nie ma mycia podłogi,
nie ma opróżniania zmywarki,
nie drażni mnie zapiaszczona podłoga w łazience
i bezładnie i bezskładnie posłane łóżko...


























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz