sobota, 24 maja 2014

People





Mam takie dogłębne i trwałe od jakiegoś czasu uczucie,
że wszystko co się dzieje, dzieje się po coś.
Że ludzie i sytuacje, o które się potykamy
czemuś służą,
że życie to permanentny podręcznik.
Nie ma przegranych  tak samo, jak nie ma złych wyborów.
Nie ma sytuacji bez wyjścia.
Jedyną sytuacją bez wyjścia
jest trumna.
To moja teoria.
Zawsze można się podnieść.
Nawet z połamanymi kolanami.
A dlaczego o tym?
Bo pomimo tego, że od dwóch tygodni
jestem zajechana jak dzika świnia
na polu buraków, bo trzepię już dwunasty dzień matki,
tudzież święto rodziny, tudzież jedno i drugie razem wzięte,
czym wprawiam w ogólne rozedrganie
życie rodzinne moje własne osobiste...
Pomimo tego, że wczoraj wieczorem ubrałam
własnym córkom majtki od strojów kąpielowych,
bo w natłoku spraw nie zauważyłam, że wszystkie majtki się skończyły...
Pomimo tego, wróciłam do domu i w pośpiechu przygotowałam dla dolnej
sąsiadki kolację-niespodziankę urodzinową.
Taką z winem, z ciepłą tartą szpinakową, z sałatką z tostowanym słonecznikiem....
I wcale nie dlatego, że pomogła mi przy komunii,
że uturłala kilkadziesiąt klusków śląskich w niedzielny poranek,
upiekła trzy ciasta, i zrobiła pyszne rolady,
nie dlatego, że często otwiera swój taras i wpuszcza moje córki.
Dlatego, że chcę jej uświadomić, że nie jest sama.
Że może na mnie liczyć.
Że pomogę jej się podnieść.
Gdy się wprowadziła,
a ja przez okno kuchenne wścibsko wypatrywałam jej
wychodzącej co wieczór z taksówki
późnym wieczorem,
początkowo myślałam, że to kolejna korporacyjna heksa,
która zostawia córkę samą na całe dnie,
a sama trzepie forsę.
Zanim zamieniłyśmy pierwsze poranne puste 'dzień dobry'
już pochopnie wyrobiłam sobie
o niej opinię, tylko na podstawie jej obcisłych leginsów,
spiętych na nastolatkę długich blond farbowanych włosów.
Na listopadowym sąsiedzkim spędzie
opowiedziałam mi swoją historię.
I tak do dzisiaj dopowiada mi przy różnych okazjach
nowe epizody.
Wiem już na przykład, że do dolnej szczęki przeszczepiono jej
kość udową, po tym, jak mąż kopnął ją w twarz,
a ona chwilę po tym wyciągneła z buzi i położyła na stole cztery dolne zęby.
Wiem, że przed nim ucieka, ukrywa się na naszej quasi zamkniętej uliczce.
Że mąż sprzedał cały dobytek.
Że mają niebieską kartkę.
Że regularnie odwiedza ją dzielnicowy.
Że musi zbadać sobie coś, co po kolejnym kopniaku urosło jej w udzie.
Że chodzi do psychologa.
Że E., jej córka miewa momenty lękowe.

Wyciągam do niej realną rękę.
Jestem tu dziś i wiem, że nie jest to przypadek...

4 komentarze:

  1. buuuuuuuuuuuu i znów ryczę :((( Dużo słonka dla silnej kobiety na każdy dzień i dla Ciebie Kasiu duuuży czerwcowy buziak !!

    OdpowiedzUsuń
  2. Swietnie Kasiu, ze jej pomagasz :))
    Ja tylko troche sie zastanawiam, czy powinnas opisywac jej przypadek na publicznym blogu, skoro ukrywa sie przed mezem...?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń