czwartek, 1 maja 2014

Maj zapracowany



Zostaliśmy w mieście.
Bez żadnych konkretnych bo.
Tak wyszło.


Cieszymy się wspólnym, dużym ogrodem,
wcale nie uciekamy przed ciepłym zgryźliwym deszczem.
Gotuję. Piekę.
Biegam zanurzona niemalże w rzepakowych polach.
On myje auto.



Piorę hurtowo koszule do pracy.
Z nad klawiatury komputera nasłuchuję
dosłownie rechotu Starszej.



I mimowolnie pojawia mi się grymas uśmiechu na twarzy.



Od tamtych nieznośnych momentów (tu) minął już rok


4 komentarze:

  1. Piekny ten namiot :)

    A z grymasu moze zrobi sie usmiech cala geba? ;) Chyba warto!

    OdpowiedzUsuń
  2. miło, że wszystko ok, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń