piątek, 30 maja 2014

Piętnaście..... quindici...... fifteen......






Może gdyby wtedy były instagramy, blogi i fejsy
zachowałby się do dzisiaj
na małym wirtuanym skrawku papieru
kolor tamtej szminki,
może fragment falbanki spódnicy,
odcień żakietu kupionego
specjalnie na tę okazję w samym mieście Kraka...
Nie ma fotek, ale za to jest
jaskrawo zapamiętany zapach powietrza,
optycznie zapamiętana długość korytarza
i ilość schodów.
Co jakiś czas wpadam tam gościnne,
jako muzyczne wsparcie.
Dziś czułam się wyjątkowo...

sobota, 24 maja 2014

People





Mam takie dogłębne i trwałe od jakiegoś czasu uczucie,
że wszystko co się dzieje, dzieje się po coś.
Że ludzie i sytuacje, o które się potykamy
czemuś służą,
że życie to permanentny podręcznik.
Nie ma przegranych  tak samo, jak nie ma złych wyborów.
Nie ma sytuacji bez wyjścia.
Jedyną sytuacją bez wyjścia
jest trumna.
To moja teoria.
Zawsze można się podnieść.
Nawet z połamanymi kolanami.
A dlaczego o tym?
Bo pomimo tego, że od dwóch tygodni
jestem zajechana jak dzika świnia
na polu buraków, bo trzepię już dwunasty dzień matki,
tudzież święto rodziny, tudzież jedno i drugie razem wzięte,
czym wprawiam w ogólne rozedrganie
życie rodzinne moje własne osobiste...
Pomimo tego, że wczoraj wieczorem ubrałam
własnym córkom majtki od strojów kąpielowych,
bo w natłoku spraw nie zauważyłam, że wszystkie majtki się skończyły...
Pomimo tego, wróciłam do domu i w pośpiechu przygotowałam dla dolnej
sąsiadki kolację-niespodziankę urodzinową.
Taką z winem, z ciepłą tartą szpinakową, z sałatką z tostowanym słonecznikiem....
I wcale nie dlatego, że pomogła mi przy komunii,
że uturłala kilkadziesiąt klusków śląskich w niedzielny poranek,
upiekła trzy ciasta, i zrobiła pyszne rolady,
nie dlatego, że często otwiera swój taras i wpuszcza moje córki.
Dlatego, że chcę jej uświadomić, że nie jest sama.
Że może na mnie liczyć.
Że pomogę jej się podnieść.
Gdy się wprowadziła,
a ja przez okno kuchenne wścibsko wypatrywałam jej
wychodzącej co wieczór z taksówki
późnym wieczorem,
początkowo myślałam, że to kolejna korporacyjna heksa,
która zostawia córkę samą na całe dnie,
a sama trzepie forsę.
Zanim zamieniłyśmy pierwsze poranne puste 'dzień dobry'
już pochopnie wyrobiłam sobie
o niej opinię, tylko na podstawie jej obcisłych leginsów,
spiętych na nastolatkę długich blond farbowanych włosów.
Na listopadowym sąsiedzkim spędzie
opowiedziałam mi swoją historię.
I tak do dzisiaj dopowiada mi przy różnych okazjach
nowe epizody.
Wiem już na przykład, że do dolnej szczęki przeszczepiono jej
kość udową, po tym, jak mąż kopnął ją w twarz,
a ona chwilę po tym wyciągneła z buzi i położyła na stole cztery dolne zęby.
Wiem, że przed nim ucieka, ukrywa się na naszej quasi zamkniętej uliczce.
Że mąż sprzedał cały dobytek.
Że mają niebieską kartkę.
Że regularnie odwiedza ją dzielnicowy.
Że musi zbadać sobie coś, co po kolejnym kopniaku urosło jej w udzie.
Że chodzi do psychologa.
Że E., jej córka miewa momenty lękowe.

Wyciągam do niej realną rękę.
Jestem tu dziś i wiem, że nie jest to przypadek...

Etap magii

Weszłam na wyższy szczebel wtajemniczenia.
Minął rok, wypełniłam zawodowy grafik po realnie wyznaczone brzegi
i jestem na etapie, że gdy tylko kończę zajęcia, pędzę po dziewczyny,
żeby jak najkrócej czekały na mnie w szkolno-przedszkolnych murach.
Wczorajsze popołudnie spędzone na ogrodzie było bajecznie ciepłe, leniwe i jakby bez końca...
Był moment buntu, że nuda, był moment zachwytu i uczucia spełnienia, że jemy kolację
pod śliwą, i był wreszcie moment magii, kiedy pozwoliłam na spanie
w samodzielnie zrobionym szałasie....
Młodsza szybko skapitulowała.
Wróciła pokornie w ramiona mamusi chwilę po 22.00.
Starsza uwiła sobie miłe gniazdko z E.
Obok szałasu postawiła w skrzynce całą komunijną serię Ani z Zielonego Wzgórza.
Usiadłam na tarasowym murku i razem z J, mamą E,
którą Starsza bezgranicznie i bezkrytycznie uwielbia,
wzdychałyśmy nad zapachem majowego powietrza....



czwartek, 22 maja 2014

Pięknie być









































To był piękny czas.
I choć przeleciał gdzieś trochę pomiędzy palcami,
gdzieś między komunią, amatorskim malowaniem poddasza,
gruntowaniem pierwszego piętra, panelami, niewypitym piwem na Mariackiej








































i nauką jazdy na komunijnych rolkach,
to było pięknie, bo byłeś przez chwilę w taki sposób,
jakbyć tu znowu mieszkał, jakbyśmy Cię mieli na co dzień.








































Po raz pierwszy nam się to zdarza.
Po raz pierwszy żegnamy się w uścisku,
przytuleni szyja do szyi,
skroń do skroni,
płacząc
jak małe dzieci
i szlochając sobie wzajemnie do ucha,
że szkoda,
że to tak daleko
i że do zobaczenia tym razem w Brazylii...




piątek, 2 maja 2014

Miejskie szwendanie majowe





Uwielbiam.
Szwędać się bez celu.
Kupować czasowy bilet tramwajowy.
Wpadać na przypadkowo napotkane wystawy.



Spotykać przelotnie starych znajomych.
Z ogromnym sentymentem ściskającym gardło
zaglądać w stare kąty.




czwartek, 1 maja 2014

Maj zapracowany



Zostaliśmy w mieście.
Bez żadnych konkretnych bo.
Tak wyszło.


Cieszymy się wspólnym, dużym ogrodem,
wcale nie uciekamy przed ciepłym zgryźliwym deszczem.
Gotuję. Piekę.
Biegam zanurzona niemalże w rzepakowych polach.
On myje auto.



Piorę hurtowo koszule do pracy.
Z nad klawiatury komputera nasłuchuję
dosłownie rechotu Starszej.



I mimowolnie pojawia mi się grymas uśmiechu na twarzy.



Od tamtych nieznośnych momentów (tu) minął już rok


Magiczne miejsce



"Mam 7 lat chodze doszkoły.
Mama poszkole zabrałamnie do
magicznego miejsca byłotam ekstra.
Poszliśmy do Katowic.
Była fontana był mecdonals.
A w mecdonalsie spotkałam
moję panią.
Byłam tesz w tramwaju.
Moja mama ma na imię kasia.
Mama zapisałamnie do szkoły
muzycznej.
Bende grała na trąpce, wioloczeli i
na gitarze"


Miałam sporo wątpliwości.
Po co jej to, kupa zachodu,
wożenie, zajęte popołudnia,
odrabianie lekcji wieczorami...
Ale ten rok dał mi do myślenia.
Więc pojechałyśmy.
Papiery złożone.
Przy okazji pojeździłyśmy tramwajami,
zupełnie bez celu,
wjechałyśmy kilka razy oszkloną windą
przy Skarbku,
zobaczyć panoramę miasta.


Nie będę jej odbierać świadomie
możliwości,
która mnie samej została dana kiedyś
pomimo srogich lat postkomunistycznych,
pustych portfeli,
długich gąsiennicowatych autobusów,
gdzie na 'przegubach' zawsze
przewracałam się pod ciężarem placaka.
Nie chodzi o dotrwanie do mgr.
O granie w filharmonii berlińskiej
czy filharmonii jakiejkolwiek.
Chodzi o bakcyla.
O pasję. Pasje.
O kontakt z ludźmi
naprawdę na poziomie.

O pokazanie, że jest inny świat,
poza tabletami, smartfonami i innymi
debilnych gadżetami.
O to, żeby poznała zapach starej,
ciężkiej, zakurzonej kurtyny.

Egzaminy 27 maja...