wtorek, 8 kwietnia 2014

To ja Ci powiem


Jakiś czas temu gdzieś natknęłam się na recenzję
książki o dzisiejszych trzydziestolatkach.
Książki nie przeczytałam,
tytuł i autor lub autorka wypadli mi kompletnie z głowy,
recenzja zginęła w czeluściach interświata.
Ale od tamtego momentu nieustannie
zastanawiałam się nad jakimś
sensowym, zgrabnym i logicznym opisem
nas.
Trzydziestoparolatków.
I powoli we mnie kiełkował ten wniosek.
Jesteśmy pierwszym pokoleniem,
które tak mocno sparaliżowane jest
wszechobecną już chorobą cywilizacyjną.
Bo to już nie są tylko anonimowe twarze
pojawiające się w okolicach kwietnia,
gdy czas na odpis jednego procenta.
To już nie są inni.
To tata uczennicy.
To mąż przyjaciółki, z którym dopiero co piliśmy wspaniałego
Rieslinga w ich wykalkulowanej i zaplanowanej
niemiecko-polskiej rzeczywistości nad jeziorem Bodeńskim.
To Asia Be, z którą nad Rawą wracało się czesto w pozycji wertykalnej
po nocy przetańczonej w rytmie 'Say my name'.
To O., która jeszcze kilka tygodni temu
w murckowskich bukach przygotowywała się
z nami dyletantami
do majowego maratonu,
a dziś odlicza dni do mastektomii.
To dziecko włoskich znajomych,
które dzisiaj w bólach i mękach
po prawie całkowitym usunięciu wątroby
okrutnie zmarło.
Jestem sparaliżowana.
Zdrowy rozsądek kłóci się z emocjami.
Podejście niczym z refrenu Bajora 'Będzie, co ma być'
przegrywa z codziennie dodawanym przymiotnikiem 'profilaktycznie'.
Szał na biobazary i wege knajpy pobudza wyobraźnię
i wentyluje i tak już nadszarpnięte kryzysem
i przeprowadzką portfele.
Pane e pomodoro do szkoły
i basta!

3 komentarze:

  1. Kasiu, nie wiem czy to wszystko to choroba cywilizacyjna jak mowisz... A o profilaktyce i o chorobach ludzie kiedys po prostu mniej wiedzieli i moze dlatego nie czuli sie sparalizowani... Ludzie zawsze chorowali i umierali. Poprzednie pokolenia wcale nie byly zdrowsze, wielu w ogole nie dozywalo wieku doroslego czy starosci.
    Moja mama urodzila sie w 1943 r na wsi kieleckiej w rodzinie wielodzietnej. Tak, nie bylo samochodow i przemyslu ani siedzacej pracy w biurze. Natura nie byla zatruta.
    Ale. Ale - dzieci byly niedozywione, mialy slabe zeby i ogolnie zdrowie, pracowaly ciezko w polu, nikt nie przejmowal sie krzywica, nie wykrywal wrodzonych wad serca, nie wiedzial ze papierosy i wodka szkodza itd.
    Moich trzech wujkow juz dawno nie ma na swiecie, zaden nie dozyl 60-ki... A wychowali sie na swiezym powietrzu, z dala od przemyslu...
    Owszem, zgadzam sie z tym, ze zycie w stresie nie jest zdrowe i sama odzywiam sie ekologicznie, nie jadam fastfoodow itd.
    Mam prawie 50 lat i nie czuje sie sparalizowana, tylko bardziej swiadoma - i chorob i profilaktyki...
    Nawiasem mowiac takie sparalizowanie tez nie jest zdrowe ;)
    Moze lepiej zaczac sadzic samemu warzywa i spedzac czas na swiezym powietrzu i w ruchu zamiast sie zamartwiac...? :)
    Jak pisala doktor Preeti Agrawal w ksiazeczce o prewencji raka piersi: nie nalezy sie za bardzo skupiac na mysleniu o mozliwym raku bo to tez jest niezdrowe...
    PoZDRAWIAm!

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja tez powiem cos :)
    prace mam rakowa (Dunskie Centrum Badan nad Rakiem), Maz moj tez. nie pracujemy z chorymi ludzmi, ale jestesmy tymi mrowkami, ktore probuja w labie raka zrozumiec i sprobowac go leczyc.
    a teraz historia:
    w Instytucie naszym jest pewna Pani. Pani ta przez 25 lat pracowala nad wplywem zywienia na czestotliwosc wystepowania raka, ktore jedzonko jest anty-rakowe, co moze zaszkodzic, etc. Pani ta oglosila powszechnie teraz znana opinie, ze jedzenie 5 porcji owocow i warzyw dziennie zanczaco obniza prawdopodobienstwo raka. prawda. jest korelacja. wiadomo - lepiej jesc zdrowo, zeby nie chorowac, byc piekna i mloda. Pani po 25 latach zachorowala. na raka. zoladka... tragikomedia...(tak, jadla zdrowo)
    nie zmienimy tego, co sie dzieje dookola nas, ludzie choruja i umieraja, boli nas to bardziej lub mniej. Wazne, zeby widzac to, co sie dzieje, cieszyc sie zyciem, bo jeszcze je mamy. A szklanka coli tez nas nie zabije, a nawet moze dobrze zadzialac na ewentualne pasozyty:) w kraju mojego Meza (Meksyk), prawie wszystko mozna wyleczyc cola :p I wszyscy sa HAPPY!
    Ps. Podziwiam za decyzje o maratoniei trzymam kciuki! Ja sie maratonu chyba boje, bo 18ty km jest dla mnie meczarnia.polmaratonow sie wiec trzymam i jeszcze dyszka dla kobiet w czerwc:)
    Pozdrawiam
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam sie z Asia. Przede wszystkim CIESZYC SIE ZYCIEM i tym co sie ma - kazdym dniem, zartem, promieniem slonca, filizanka kawy, usmiechem, bliskimi, natura, bieganiem, ty, co tak kazdy lubi ;) i spotyka na swej drodze.
    W profilaktyke wierze jako w cos co MOZEMY zrobic ale nie cos czym mamy sie zawsze sugerowac itd.
    Co do zamartwiania sie to nawet jesli nas ono nie zabije ;), to napewno nie umili nam zycia...
    Co do umierania zas, to wiele filozofii mowi, ze smierc jest czescia zycia i mysle, ze od tego nie uciekniemy.
    Wazne chyba zeby zyc swiadomie i dziekowac za zycie kazdego dnia :).

    OdpowiedzUsuń