czwartek, 3 kwietnia 2014

Drżę...

Mój świat pognał do przodu.
Ale każdego ranka
i zawsze wieczorem pochylam się
nad płowymi główkami i piwnymi oczkami
i dziękuję w duchu...
Zdarza mi się, że jadę do pracy
i najzwyczajniej zaczynam ryczeć za kierownicą,
bo im więcej masz,
tym więcej masz też powodów do drżenia o zdrowie
i bezpieczeństwo.
Ja mam wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam.
I codziennie, po cichutku drżę...

2 komentarze:

  1. To jest właśnie tak. Mając dzieci człowiek zaczyna się bać. I trzeba dużo silnej woli i wewnętrznej perswazji żeby siebie samego przekonać, że nic im nie będzie, że wszystko będzie okej i że będą żyły sobie fajnie i dobrze do osiemdziesiątki. A najgorzej jak trafi mi się w pracy jakaś gazeta (brukowiec najczęściej) gdzie na pierwszej stronie zdjęcie jakiegoś małego dziecka i jakaś koszmarna historia bez happy endu. Wtedy mam niemal atak paniki i chce jak najszybciej być w domu by chociażby popatrzeć na moje dzieci. I tak już pewnie będzie zawsze, nauka oswajania lęku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Drzymy, drzymy... i tracimy zycie na tym drzeniu. Naprawde sie nie "oplaca" wciaz drzec. Nie mowiac o tym, ze "drzenie" i tak niczemu nie zapobiegnie. A wypadki i ciezkie choroby sa raczej rzadkoscia. Wiec po co tracic zycie na drzeniu?
    Mowi to ktos, kto ma tendencje do drzenia, ale nauczyl sie troche "popuscic" ;) i przez to zycie jest piekniejsze.
    Btw, pomimo mojego drzenia i trzesienia sie ;), moje dziecko przy mnie spadlo z drzewa i zlamalo sobie nos... Nie mamy nad wszystkim kontroli a nasze drzenie nic nie daje... procz straconego czasu i nerwow.
    Wiec prosze, przestanmy tak drzec! Nie jestesmy przez to lepszymi matkami/rodzicami. Naprawde. Raczej bardziej znerwicowanymi. A to nie jest dobre dla naszych dzieci.
    Cieszmy sie i BADZMY. Nie martwmy sie tym, czego NIE MA.

    Pozdrawiam cieplo

    OdpowiedzUsuń