sobota, 8 lutego 2014

Rozdział otwarty


Żeby nie było.
Jestem umiarkowanie szczęśliwą mężatką.
Odpukać, tfu, tfu tfu i inne takie.
Ale są okresy, a ostatnio mam właśnie taki okres, kiedy śni mi się AW.
AW podobał mi się zawsze równolegle z KJ.
Szkołę miałam daleko od domu, więc AW był platoniczną miłością szkolną,
a KJ miłością podwórkową.
AW był cudownym blondynem w stylu Mata Damona.
Co ja plotę, nie w stylu..
To był prawdziwy Mat Damon.
KJ za to kruczoczarny przystojniak niczym Julek Bromski z Janki,
palec do góry, która się w nim nie podkochiwała :)
Obydwu z nich, prawie równolegle udało mi się nawet na moment upolować.
Jednego na szalony wieczór w Mega i nieudany szorstki pocałunek,
drugiego na wieczór z Leonem Zawodowcem w kinie Kosmos
i pojedyncze odprowadzenie do domu i bardzo nieudany pocałunek
przy słupie latarnianym.
I o ile po wieczorze w Mega było jeszcze kilka spacerów i rozmów,
które doszczętnie obnażyły króla, to po słupie latarnianym nastąpiły
wakacje, a po wakacjach powakacyjna męska amnezja.
Ręka do góry, kto tego nie doświadczył.
Ja kilkakrotnie.
I tak się z tym słupem męczę do dzisiaj.
Co by było gdyby...
Żeby było śmnieczniej, życie płata figle.
AW i KJ zaprzyjaźnili się w okresie studiów
i nawet byłam z nimi obydwona na wspólnym wypadzie w górach.
Już jako niezależna, światowa dziewczyna z grymasem na twarzy
w stylu 'mam was gdzieś'.
Ale dlaczego o tym?
Bo właśnie na moich oczach rośnie mi mały skowronek,
który co jakiś czas wspomina o włoskim Roberto
lub podpytuje o Oliwiera.
I wzrusza mnie to, że asystuję przy niesamowicie ważnym
otwieraniu kolejnych rozdziałów życia małego człowieka...

1 komentarz: