niedziela, 26 stycznia 2014

Tymczasem...



Dopijam kawę.
Zagryzam maślanym ciasteczkiem według przepisu teściowej.
Zaraz wbiegnę w piętnaście stopni na minusie.
15 kilometrów...
W dobrym towarzystwie i w pięknej scenerii.
Odkrywam nieznane zaułki rodzinnego miasta.
Kontempluję, rozmawiam, wymieniam się przepisami.
A tymczasem czekamy na dzieci.
To był cichy, acz pracowity tydzień.
Kolejny raz sprawdziliśmy się jako para.
Że dobrze nam samym we dwoje.
Przy kartach, winie i rozmowach o tym,
jak, co, gdzie i z kim podjąć rozmowy,
żeby wyjść na zawodową prostą.
Bo znowu chwilowo stoimy na zakręcie.
Ale te zakręty w pewnym sensie to my sami sobie tworzymy,
nie godząc się na wyzysk, brak czasu na cokolwiek innego
i notoryczny stres wynikający z kompletnej niekoerenji
kolejnego (sic!) włoskiego pracodawcy...

4 komentarze:

  1. Podoba mi sie ten wpis :)
    Ty to masz fajne zycie :))
    A zakrety... no coz, bez nich droga pewnie bylaby nudna? ;)
    Pozdrawiam cieplo z kraju bez sniegu i mrozow ;(

    OdpowiedzUsuń
  2. Razem pokonacie kolejne zakręty...nie wolno godzić się na wszystko...

    OdpowiedzUsuń
  3. i ja lubię ten wpis :0) i też dziś biegałam .. co prawda tylko 20 minut ale zawsze :))) pozdrowionka Kasiu !!

    OdpowiedzUsuń
  4. :) Kasiu pozdrawiam Cię z wiosny TU. Dzięki za motywację, wybiegam :)

    OdpowiedzUsuń