niedziela, 28 grudnia 2014

Oby...















Wczoraj
niespodziewanie
pojawiliśmy się
na kolejnym już kolędowaniu
u Ani od Biegania....

Przyniosłam opłatek
i lampki na choinkę,
bo Ania miała jakieś tam
zwarcie i jej lampki
przestały świecić.

Salon wypełniony młodymi ludźmi
i ich dziećmi.

I podobnie jak my wczoraj,
ja tu dzisiaj
życzę Wam i sobie
poświątecznie,
abyśmy się
spotkali w takim gronie
ponownie za rok.
Cała reszta codziennych spraw
sama się ułoży...
Jakoś....


wtorek, 23 grudnia 2014

Plusy






























W pracy freelancera lubię to,
że pracuję, gdy jest praca,
a gdy pracy nie ma,
to nawet w najbardziej ogniowym okresie
wszystko nagle zwalnia,
a ja śpię do 9.00
nie tylko w weekendy....

Nad...







































Żyjemy w czasach nadmiaru dóbr wszelakich.
Nadmiaru jedzenia.
Nadmiaru kontaktu.
Nadmiaru informacji.
Wszystko i wszędzie
na wyciągnięcie ręki.

W nowym roku
zamierzam
dzwonić kiedy tęsknię
i jeść,
kiedy jestem głodna!

piątek, 19 grudnia 2014

Honestly

































Odpalam czerwone chianti.
Tablet party zapodaje Baby Face'a.
A tak.
Mam ochotę na Baby Face'owe rytmy.
Jutro jeszcze koncert z tyską yamahą,
a w poniedziałek ostatnie jasełka
i wio....
Święta na polskiej wsi.
Łyk.
Z całą szczerością,
a szczerość to w zasadzie moje drugie imię,
stwierdzam,
że to co robię od ponad roku
to mój świat,
w którym absolutnie jako dyplomowany muzyk
spełniam się...
Spełniam się. Się spełniam.
A jasełka, dni babci, misia, górnika, dziadka
i inne  - są dopełnieniem
mojej cotygodniowej
muzycznej pracy od podstaw.
Patrzeć na dzieci, które skaczą, które wypruwają swoje kilkuletnie żyły
żeby mama w czwartym rzędzie usłyszała,
Te małe nóżki w powietrzu,
te niezgrabne obroty,
te latające przypadkowo baletki,
te uśmiechy,
te niekontrolowane upadki,
te spontaniczne akcenty,
to zdecydowanie mój świat.
A gdy słyszę od jednej z mam,
że sama miała dziś ochotę wstać
i dołączyć się do naszego
christmasowego tańca,
to wiem,
że robię coś bardzo bardzo ważnego....
Malutkie muzyczne ziarenko.
Zasiewanie pewnej wrażliwości,
umiejętności ekspresji,
zaangażowania,
emocji,
pałeru....
Wiem, że to akurat mam...
Marzą mi się .....
ale to kiedyś.....
Kiedy indziej.......
Dobrej nocy.
Dobrego piątku.
Nie dajmy się zwariować.
Wyłączmy TV.
Włączmy muzykę!

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Życiowe MBA









































Umieć trzymać język za zębami,
gdy obelgi pchają się na usta.
Umieć powiedzieć coś miłego,
gdy pod językiem,
jak tabletka nitrogliceryny,
powoli rozpuszcza się
domowo-rutynowy jad.
Umieć pogłaskać po głowie,
gdy ręka drży od ciśnienia krwi w obiegu.
Umieć utulić,
gdy całe ciało wrzeszczy.
Macierzyństwo
i małżeństo....
Codzienny kurs kochania...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

piątek, 28 listopada 2014

Być ponad to....




Wieczorne ukojenie na kolejne zwolnienie męża z pracy.
Noa i jej band.
Koncert na żywo.
Bielsko-Biała.
Ja i Ania.
Pusta trasa.
Z pustym żołądkiem.
Było warto.
Mnie taka muzyka przenosi.
Ponad wszystko.
Ponad problemy,
doczesność,
przyziemność.
Adam Ben Ezra podwyższył mi temperaturę wyjściową ciała...
A wyśpiewany na samym końcu temat z 'La vita e' bella'
wyorał mi łzami małą strużkę
na policzku....

wtorek, 25 listopada 2014

Gęś

Kawa.
Mocna.
Krople deszczu wpadają przypadkowo do patelni z makaronem i ragu'.
Mąż pokłócony.
Wyszedł do pracy z zupką w proszku.
Ciepły salon.
Bluza GAP.
Szum lodówki.
Błąkam się jak dziecko w londyńskiej mgle o piątej nad ranem.
Chciałabym w tym roku
po raz pierwszy zafundować dzieciom,
i sobie,
i nam,
chociaż jeden
zwykły tydzień ferii.
W końcu jest dom,
chwilowo obydwoje mamy pracę,
a ferie tuż tuż.
Marzy mi się Villa Toscana w Mursasichle...
ale na Tatry, Szklarską czy Bukowinę
chyba jeszcze za wcześnie,
wystarczy mi Wisła,
Ustroń,
przysłowiowy rzut beretem.
Dzieci podpytują mimochodem o hotel,
wyjazd, wakacje...
Nie umiem kliknąć w 'kup teraz', 'ostatni pokój', 'zamów'.
Ostatnie lata zmian wyrobiły we mnie
automatyczną reakcję 'a co, jeśli....'.
Głupia gęś ze mnie....

niedziela, 23 listopada 2014

Porażki

Pokazujesz, jak wartościowe mogą być informacje w necie -
a ono w ukryciu wpisuje w wyszukiwarce 'moje głuwno'.

Prowadzasz na lekcje wiolonczeli,
a ono wyszukuje na jutjubie hit 'ale ale aleksandra'.

Każdego ranka uwijasz się w fabryce kanapek -
a ono zwraca ci pełną śniadaniówkę,
bo zjadło knopersa od koleżanki.

Robisz do bidonu herbatę ze zbieraną własnoręcznie aronią,
a ono i tak kupuje w sklepiku kubusia.

Czytasz do snu 'Tajemniczy ogród',
a ono w brudnopisie rysuje flaszkę z napisem 'tyskie'.

Pomagasz w uczeniu, przeglądasz zeszyty, sprawdzasz, odpytujesz,
a ono przynosi test z oceną 'nie sklasyfikowano'.

Kupujesz pastelową pościel,
a ono wybiera toporny ciemny szary.

Proponujesz z lekka dziewczęcy outfit,
a ono getry, getry i tylko getry.

Ono.
Dziecko.
Byt niezależny.

piątek, 14 listopada 2014

Mimo wszystko...






































Nie jest to dla mnie istotnie czy gram akordy TSD
i hity z satelity,
albo umpa umpa umpa na wejście małych krasnali
z przedstawieniem bożonarodzeniowym...
Albo 'My Cyganie' na urodzinach Pani Uli,
czy 'Felicita' na imieninach ślicznej Marzanny.
Nie mam i nie miałam z tym nigdy problemu.
Muzyka to muzyka.

Każda.

Ja po prostu uwielbiam scenę,
raz na jakiś czas,
nie zawodowo,
dla przyjemności,
bez finansowych zobowiązań,
dla przyjaciół.
Jak każda kobieta lubię sobie
czasem pobłyszczeć,
w pozłacanym gorsecie
i delikatnym nietoperzu,
czasem pod trochę zbyt moznym reflektorem...
A gdy na to wszystko patrzy z boku osobisty mąż,
wychodzi ze mnie gwiazda....
I to chyba dobrze o nas mimo wszystko świadczy....

wtorek, 11 listopada 2014

Na werandzie siedzi leń






























Spędziłam pół dnia na werandzie.
Bez biustonosza,
w cieniutkim bawełnianych podkoszulku,
popijając nie do końca doskonałego Malbeca,
dyrygując trochę dziećmi,
podżerając kanapki z domowym smalczykiem z gęsi
z kawałkami jabłka i majerankiem.
Nie biegałam.
Cztery dni lenistwa przez duże L-E-N--I-S-T-W-A...

niedziela, 9 listopada 2014

Terapia

































Gotowanie
wspólne
może być dobrą
małżeńską
terapią.
I tak wczoraj,
zanim
pięciokilowa geś
ujrzała mikowskie światło,
w milczeniu,
całkowicie ogarnięci aurą
sobotniego obiadu
poocieraliśmy się o siebie,
trochę z przumusu,
trochę z przypadku
w naszej małej kuchni....

Było magicznie mistycznie....
Szóstka dorosłych,
piątka dzieci,
w tym dwójka raczkujących.
Gęś idealna,
śliwkowy czatnej po prostu genialny,
gnocchi w masełku szałwiowym
biły rekordy popularności.
Potem moje wiejskie nalewki.
Wybornie.
Rozmowy banalne,
O dzieciach.
Kredytach we frankach.
W naszym nowym domu bijemy rekordy gościnności....

sobota, 8 listopada 2014

Dwa światy

Nie ma mnie,
a jestem,
Nie mam znajomych,
a jednak mam.
Nikt mnie nie lubi,
a jednak dzwonią
i przychodzą.

------------------------------------

Coraz częściej dochodzę do wniosku,
że wirtualna ożywiona działalność 'społecznościowa'
jest odwrotnie proporcjonalna
do poczucia samotności i pustki
w zwykłym życiu....

Poza

Sobota,
Budzik na szóstą minut trzydzieści.
Ekipa biegowa rośnie w siłę.
Pogoda płata figle
i ekipa zostaje w łóżkach
przy ciepłych kawach,
zaniedbanych blogach,
przy peklowaniu gęsi
na obiad z przyjaciółmi z liceum.
Lubię to,
gdy ludzie stymulują mnie
do wychodzenia poza
szarą codzienność....

czwartek, 30 października 2014

Broken

Coś pękło.
No kurwa.
Nie zawsze może przecież być okej.
Szybkie tempo codzienności
zaciera małe usterki i rysy,
które przy najmniejszym zwolnieniu
uwierają jak nieoszlifowany
ostry kamień w niewygodnym bucie.
Mąż aż wyszedł.
W pizdu.
Trzasnął drzwiami.
A może nie trzasnął.
Już sama nie wiem.
Byle do piątku.
Czyli właściwie do jutra.
Byle do jutra...

poniedziałek, 27 października 2014

Na nowo

Zobaczyć swojego męża w eleganckim garniturze,
lekko niedopiętej koszuli,
z nieco niestarannym zarostem,
na przyciemnionej scenie,
śpiewającego
niskim i nastrojowym głosem
mityczne 'Via con me' Paolo Conte
to conajmniej jak
wyjść
za mąż
na nowo...

piątek, 17 października 2014

Jest piontek






























Pierwszy taki piątek.
A jak wiadomo piątek to weekendu początek.
Odkąd wróciłam do pracy w świecie krasnali,
często rymuję.
165 rocznica śmierci Chopina.
Prawe ucho odbiera jaskrawe barwy programu o Domisiach,
lewe wsłuchuje się w radiową dwójkę.
Zawsze.
Cały czas.
Terapeutycznie.
Nie umiem już inaczej.
Reklamy i wszechobecme dżingle
powodują u mnie drganie powiek.
Dwójka to jak wkładanie noża do miękkiego,
wyjętego na godzinę przed, masła.
Wchodzi bez retuszu i oporu.
Jestem staroświecką trzeydziestolatką.
Wiem.
Ale nie umiem inaczej.
Dwójka to muzyka,
dialog, rozmowa,
opowieść,
pamięć.
Tak lubię.
Na trasie Mikołów - Tychy wpadam w hiopnozę.
Dobrze, że jest prosto jak drut.
I bez zboczy.

------------

No więc jest piontek,
ups,
piątek,
to od patrzenia na notatki Starszej,
gdzie tó i bló to norma.

Więc jest piątek.
Jest błogo.
Toniemy w cieple
dzięki białemu kaflokowi
z prawdziwą duszą.
Wszyscy zawsze po wejściu widzą właśnie jego.
Biały,
wymarzony,
postawiony przez zduna
obsługującego prawie wszystkie katowickie kamienice.
Kaflok też staroświecki.
Jak ja.

Jest piątek i jest namiastka wymarzonej werandy.
Weranda się robi.
Jest szkielet.
Ale taki, żeby nie zasłaniał zanadto krów
i chyba topoli.

Jest piątek i jest pomylone wino.
Słodkie primitivo di manduria.
Mąż stwierdził, że to 'zbrodnia'.
Nie wiem.
Nie znam się.
Dla mnie może być i słodkie.
Bo jest piątek.

Jest piątek i jest druga w życiu zupa według pięciu przemian,
na jutro, o której marzę tak samo jak o przeczytaniu kolejnego opowiadania Munro.

Jest piątek i zwracam Munro wczoraj utracony honor.

Z każdym opowiadaniem wsiąkam.

Jest piątek....

czwartek, 16 października 2014

Łyk


Rzadko, bo rzadko,
ale zdarza się,
że siadam w ciągu dnia,
w pustym domu,
przy kawie,
przy blogu,
z nogami opartymi o wiklinowe krzesło.

To jest ten moment,
ta chwila.
Ta cisza.

Spokojnie przeglądam ostatnie
istotne zdjęcia,
łyk,
jak mi dobrze,
mrużę oczy od październikowego słońca,
łyk.
nie mamy jeszcze firanek,
zawsze coś w te łikendy,
łyk

Jeszcze pół godziny,
łyk,
fuj, jednak z mlekiem to jest to,
jednak kolejny łyk,
trzy tabliczki czekolady zrobiły swoje
i czuję się senna,
a przecież za chwilę mam skakać
i kreatywnie pobudzać do zabawy
stadko zagluconych i rozespanych dwulatków.


Łyk.

Drażni mnie blogger z tą zmienioną funkcją
wstawiania zdjęć.
Tekst mi się rozdziela,
zdjęcia nia takie i nie tam gdzie trzeba.
Łyk.


Pewnie dlatego rzadko piszę.

Pewnie.

Jest okej.

Dziś kolejne kontrolne badanie usg piersi.
Lekarz nie wie,
albo udaje, że nie pamięta,
że znam jego chyba byłą już żonę.

Żadnego small talku, żeby rozładować emocje.
Zawsze są emocje.
Nawet jeśli nic mi nie jest i to tylko kontrola.
Dziś znowu po słowach
'wszystko w porządku' popłynęły mi odruchowo łzy po policzku.

Łyk.

Co myśli taki lekarz - myślę....

Łyk.

Dziś popołudniu w dwójce reportaż
nagrodzony prix italia
o wiolonczeliście Dominiku Połońskim.
Łyk.
W notatniku zapisane.
Nie zapomnieć!

Dominika nie znam osobiście
znam za to ojca, który kształcił swego czasu w Pałacu Młodzieży Derę
czyli dziś słynną aktorkę Anne D.
Brat Dominika, dziś znany kabareciarz,
chodził do klasy z moim byłym.
Pamiętam, że był nawet u mnie na sylwestra w czasach studiów,
pamiętam, że rozmawialiśmy na moim balkonie,
pamiętam, że był niższy
i że okropnie ściemniał.
Ściemnia do dziś,
Za kasę.

Czytam coś Alice Munro.
Czytam i po każdej linijce nie mogę wyjść z podziwu,
że za taki język i takie historie
dostaje się Nobla.

Może dotrwam do końca.
Termin zwrotu 10 listopada.

Łyk.

Kawa rozgoniła mi myśli.
Miało być o nas,
a w zasadzie jest o niczym...
















































czwartek, 9 października 2014

Faster!


Ż- Y - C - I - E

Ryczę, bo cały czas mam Twoje wczorajsze 'myślałem, że umrę'....
Myję akurat zęby elektryczną szczoteczką.
Zamieram.
Pasta cieknie bezkarnie po piżamie.
Starsza oparta o futrynę łazienki
jak na złość uparła się na rozmowę z Tobą
o inwazji biedronek w jej pokoju.

__________

Płaczesz Ty przez telefon na linii Brazylia - Polska.
Popłakuje mama dzwoniąc do mnie w środę rano.
We wtorek popołudniu nikt mi jeszcze nic nie mówi.
Żeby nie denerwować.
Bo to nie film Kill Bill,
tylko Twoja codzienna droga do pracy,
o zwykłej porze,
w tym samym mieście.
Cztery zakorkowane pasy.
Otwierasz okna,
bo gorąco.
Klimatyzacja nie pomaga.
Ktoś nagle coś od Ciebie chce.
Zajeżdża od lewej strony.
Wyciąga pistolet i każe zjechać na pobocze.
Od nadmiaru adrenaliny dostajesz drgawek.
Zamykasz okno i wciskasz na gaz.
Pędzisz trąbiąc, żeby nikogo nie zabić
na czerwonych światłach.
Masz benzyny na 100km.
Uciekasz przez 40 minut.
Tej części miasta kompletnie nie znasz.
Nie wiesz, gdzie komisariat policji.
Ostatecznie facet się poddaje.
Podjeżdżasz na parking i uciekasz
do centrum handlowego.
Czekasz.
Jesteś sparaliżowany strachem.
Nie wiesz, czy wrócić do auta.
Wracasz.
Jedziesz do domu.
Żyjesz.
Płaczesz.

____________

Może sprzedacie auto,
żeby nie kusiło.
Szyby kuloodporne zbyt drogie.
Zgłaszasz wszystko na policji,
bo kilkanaście radarów
zarejestrowało Twoją ucieczkę
i łamanie przepisów.
Musisz mieć alibi.
Policja radzi, że
na przyszłość trzeba wracać do swojej dzielnicy,
którą się dobrze zna.
Zwolnić,
udać, że się wychodzi,
a gdy facet stoi na jezdni
nacisnąć na gaz i go rozjechać.
W obronie własnej.

_________________________

Płaczę, bo jeszcze pamiętam nasz majowy uściski nasze majowe łzy...

_________________________

Płaczę...




poniedziałek, 6 października 2014

First

GGFisD
GGFisD
EEFisFisD

Zagrane.
Wczoraj.
Razem.
Ja i ona.
Ja na cyfrowej yamasze,
Ona na swojej ćwiartce wiolonczeli.
Na strunie d.

______

Nie jestem łatwą matką.
Wiem.
Nigdy nie byłam.
Wymagam.
Ostro pionizuję,
gdy zbyt długo zalega na kanapie
karmiąc wirtualnego stworka
o durnej twarzy ziemniaka.
Jestem jak carabiniere
bez uniformu.
Wiem.
Ale wiem też,
że to ten właśnie czas,
Kiedy budujemy im
życiowy kręgosłup.
Kiedy pokazujemy reguły gry,
nie tylko tej na czterech pustych strunach.
I za ten czas szczególnie właśnie dziś rano
jestem wdzięczna.
____________________________



niedziela, 5 października 2014

Hipnomuza

Setki kilometrów miesięcznie w aucie.
Radiowa dwójka rządzi,
Ale czasem gdy już mam dość klasyki
lub powolnej gadaniny
włączam dla odmiany trójkę....

Rzadko zostaję na dłużej niż kilka taktów.
Bywają jednak wyjątki...





Katowicka sowa



Słowa się przecież same nie zlepią.
Czasem lepiej popatrzeć.
Posłuchać.
Jak w tej rymowance o 'wise old owl'...

niedziela, 21 września 2014

Off

Ja, nazwana niegdyś przez Tatę 'internetową matką'
od ponad 2 miesięcy jest zasadniczo offline.
I ten błogi stan doprowadził mnie
do decyzji, do której dojrzewałam już
od kilku miesięcy
mojego nowego polskiego życia.
Likwidacja konta FB.
Ludzie wypełniają moje życie po brzegi.
Ci, którzy mnie obchodzą
i których obchodzę ja
znają mój numer i mojego maila.
Ci, którzy są tylko ciekawscy,
zniknęli znowu w otchłań niepamięci.
A jeśli mam kogoś spotkać przypadkiem po latach,
to są od tego ulice, parkingi, centra handlowe,
wspólnie kończone szkoły,
iventy i inne...
Cierpliwie czekamy sobie zatem
na podłączenie stabilnego lokalnego netu.
A tymczasem życie toczy się wokół kanapek,
plecaczków wypełnionych baletkami,
bidonami z herbatkami,
kabanoskami na przegryzkę,
zeszytami w nuty,
kalafonią,
pustymi strunami,
poranną kawą wypijaną z mężem
grubo przed siódmą...
Jest dobrze.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Myśli rozproszone

Nie było mnie,
bo kończyliśmy się i dom,
odświeżaliśmy segment, żeby zdać klucze,
przechodziliśmy mały kryzys małżeński
w granicach wszelkich norm bezpieczeństwa
spowodowany zaplanowanym przyjazdem teściowej
i nagłym nieplanowanym jej wyjazdem
z powodu kompletne sfiksowanego teścia.
Po raz kolejny zwiozłam sobie na wieś koleżanki
i córki tych koleżanek
i codziennie zbierałyśmy antonówki i papierówki
na poranne smażonki,
ogórki do mizerii,
borówki na deser,
pomidorki do kanapek
i maliny na soki i kompoty.
Jak co roku wyczekiwałyśmy pielgrzymki
i jak co roku zasłaniałam skrzętnie zaszklone oczy okularami.
Myłam tysiące kubków,
obierałam setki ziemniaków,
zasypiałam krótko po 21.00,
żeby rano nie przegapić pana od chleba.
Byłam kompletnie offline
i było mi z tym po prostu zwyczajnie dobrze.
I tylko czasem walczyłam z czarnymi myślami,
bo nie tęskni, nie dzwoni,
a jak dzwoni, to nie wzdycha do słuchawki
i ton jakiś nie ten...
Ale najważniejsze, że kolejny już raz nie dałam się ponieść
piwnej fali grillowania
i restrykcyjnie zadbałam o siebie samą,
osiągając bezczelnie kolejny triumfalny rekord od czasów ślubnych -
na poziomie 56 kilo.
Amen.








poniedziałek, 14 lipca 2014

Ukryte pragnienia

Ósemka się goi.
Teściowa gotuje.
Mąż rozmontowuje meble.
Dzieci błądzą w lipcowej mgle po domu już bez zabawek.
A ja w przerwach między pakowaniem pudeł
słucham....


















Prawie piętnaście lat temu napisałam zupełnie nieświadomie
w moje dwudzieste urodziny,
że w planach mam naukę języka włoskiego.
Potem koraliki się posypały.
Włoskie wakacje, włoski mąż, półwłoskie dzieci,
włoska świetna teściowa,
włoski do przeżycia teść.
Włoskie myśli, sny, w zasadzie włoskie życie...

Teraz mam ochotę na portugalski.
Absolutnie świadomie....

piątek, 11 lipca 2014

Tempo agitato



Wszystko naraz.
Ból. Antybiotyk.
Utrata pracy.
Nowa praca.
Przyjazd teściowej.
Zanudzone dzieci cały czas na głowie.
Przeprowadzka.
Wyprowadzka.
I aż mnie zatkało na samą myśl, że 12 miesięcy temu było podobnie....(klik)
i (klik)

środa, 9 lipca 2014

Mitologia stomatologiczna

Brazylia wczoraj dostała po pysku od Niemców,
a ja zebrałam wieczorem kilka lewych sierpowych
od chirurga szczękowego
i tak jak każda z nas ma swoje opowieści porodowe,
tak co druga osoba ma wspomnienia ósemkowe.
Moje będą z muzyką w tle,
bo żeby zagłuszyć łamiące się kości
i piłę, i haki i dłuto,
i sama już nie wiem co jeszcze,
poprosiłam o Georga Michaela na kompletny full...

niedziela, 6 lipca 2014

sobota, 5 lipca 2014

Wsiok

Wsiokiem jestem
i na wieś mnie ciągnie.
I tak szukaliśmy,
żeby do centrum
z buta można było na kawę,
ale z okna wieś
miała być,
jest
i będzie....

M.a.m.a.

Mama też człowiek.
Od kiedy jestem mamą...?
Jestem od kilku już dobrych lat.
Podwójną.
I słyszę to słowo 'mama' z pięć tysięcy razy na dobę.
Czasem zatykam uszy
i mam zamiar zamknąć się w łazience
i wyjść oknem dachowym
i uciec daleko po ceramicznych dachówkach,
a potem zjechać po rynnie i dać dyla
w najbliższe krzaczory.
A potem zdarzają się takie dni jak wczoraj i dzisiaj
i jutra kawałek.
I wtedy dociera do mnie,
jak bardzo zapomniało mi się, jak to jest mamą nie być
przez chwilę
i nie musieć nic...


piątek, 4 lipca 2014

Do Zet i Te

Pojechałyście na łikend,
na naszą - waszą wieś.
Takie uchachane,
że nie będzie mamy,
bo tata to nawet mógłby być,
bo się tak nie wydziera i nie szarpie czasami.
Spakowałam Wam garść sukienek,
i spray na kleszcze
i kolorowe stroje do wiejskiej kąpieli.
A teraz zajadam domowy hummus
i popijam go zimnym lechem,
który dzisiaj podwędziłam dziadkowi z jego spiżarki.
Ten weekend spędzimy z tatą na malowaniu salonu.
Tak czasem w życiu bywa, że wszystko się zjeżdża
i rozjeżdża równocześnie.
Wczoraj Waszego tatę zwolniono z kolejnej pracy.
Redukacja personelu.
Sory gregory.
Dziś kafelkarz skończył roboty
i rano, dziarskim głosem zaśpiewał jakieś
dwa patyki więcej niż sobie wykalkulowałam.
Te dwa patyki udało mi się wysupłać.
I tak oto
mamy z tatą przez ten łikend jakieś osiemdziesiąt parę złotych.
Pięć dych w portfelu
i 3 na koncie.
Salon będzie w kolorze promocji.
Dobrze, że w całkowitej nieświadomości zdążyłam
sobie wczoraj kupić porządny fluid,
a wam kilo krewetek na dzisiejszy tygrysi obiad...

Panelowo








































Nasze życie jest jak te panele,
co od trzech dni układam z tatą
w pokojach dziewczynek.
Bywa szaroburo, kolorowo,
żółto do zrzygania,
czerwono od złości,
bosko niebiesko,
ale najważniejsze,
że nierozłącznie...


sobota, 28 czerwca 2014

Otarcie...

To nie jest blog dzieciowy, lajfstajlowy,
kulinarny,
ani literacki.
Żaden właściwie.
Zbieranina w zasadzie nikomu
poza mną niepotrzebnych przemyśleń
dla potomności.
Stracił wiele na ważności
od kiedy
real wytoczył w moim życiu
realną walkę onlajnowi.
W zasadzie mogłabym zamknąć
i zatrzasnąć drzwi.
Mogłabym, ale tego nie robię.
Z czystej przekory.
A bo nie.
Blog nie idzie w żadną stronę,
nie ewoluuje,
nie rośnie,
nie rozwija się.
Tkwi jak łyżka w kilogramie cukru.
Jak patyk zanurzony w gęstym krochmalu.
Ale niech tkwi,
póki mnie się co jakiś czas zachciewa.
Ostatnio dużo rozmawiam.
Dużo dzwonię.
Wygaduję wszelkie możliwe dostępne mi limity
w PL i UE.
I ludzie dużo mądrych rzeczy mówią.
Trzeba ich tylko słuchać.
De, moja odnaleziona po latach bratnia dusza
z równoległej klasy liceum
oburzona reakcją znajomych na urodziny
syna
oznajmiła,
że dla niej
lajkowanie to, cytuję,
tak jak 'otarcie dupy'.
Cały czas o tym myślę.
Gdzieś mi to cały czas kołata
pomiędzy przedszkolnymi piosenkami,
a rytmami z rio.
Mam nadzieję,
że za tydzień,
gdy stuknie mi moje 34
nie skonćzy się
tylko na zużyciu killumetrowej
wirtualnej sraltaśmy...


Dreams

Przeczytałam na stronie PAP-u.
Ścisnęło mnie w gardłe
i zrobiło mi się ciepło.
Wykręciłam odpowiedni numer.
I może marzenie się spełni.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

No to wio...

Nie wiem czy wyrośnie z niej wiolonczelistka.
Zresztą, nie o tu...
Śliczna dla mnie już jest i zapewne będzie,
bo tak to już z matkami i córkami bywa...
Wiem natomiast,
że 1 września zaczynamy nową przygodę
ze szkołą muzyczną
w klasie wiolonczeli...
ZaczynaMY...


niedziela, 22 czerwca 2014

Pozamiasto


























Miną lata,
osiwiejemy,
przytyjemy albo i nie,
dom będzie tam lub tu,
konto puste, pełne lub jakieś do połowy,
a w ich głowach zostaną widoki,
impresje,
pejzaże
i klimaty...
Dbam o to...
Najbardziej.

sobota, 21 czerwca 2014

Dbać









































Równolegle z wyborem drzwi, fug i paneli
trzeba zadbać o relacje małżeńskie,
umieć wyselekcjonować odpowiednio słowa,
posłuchać,
pogłaskać,
inaczej
nawet nowy
dopiero co kupiony segmet
pierdolnie z hukiem
zanim się do niego wprowadzimy...


piątek, 13 czerwca 2014

Relacja z teraźniejszości

Jest czerwiec.
Jest zimnawo.
Bywa ciepło.
Młodsza od wtorku wstrzymała
moją roboczą machinę
i postawiła mnie do pionu kaszlem
zmiatającym tynk z sufitu,
bólem ucha
i rozpulchnionym gardłem.
Małe dejavu...
Jak to było jeszcze zaledwie rok temu,
kiedy zegar wolno tykał
a ja planowałam, jak sprytnie
wypełnić kolejne 8 godzin
sam na sam z dzieckiem.
A tymczasem
nasza rzeczywistość
nabrała kolorów
ceramiki paradyż...

piątek, 30 maja 2014

Piętnaście..... quindici...... fifteen......






Może gdyby wtedy były instagramy, blogi i fejsy
zachowałby się do dzisiaj
na małym wirtuanym skrawku papieru
kolor tamtej szminki,
może fragment falbanki spódnicy,
odcień żakietu kupionego
specjalnie na tę okazję w samym mieście Kraka...
Nie ma fotek, ale za to jest
jaskrawo zapamiętany zapach powietrza,
optycznie zapamiętana długość korytarza
i ilość schodów.
Co jakiś czas wpadam tam gościnne,
jako muzyczne wsparcie.
Dziś czułam się wyjątkowo...

sobota, 24 maja 2014

People





Mam takie dogłębne i trwałe od jakiegoś czasu uczucie,
że wszystko co się dzieje, dzieje się po coś.
Że ludzie i sytuacje, o które się potykamy
czemuś służą,
że życie to permanentny podręcznik.
Nie ma przegranych  tak samo, jak nie ma złych wyborów.
Nie ma sytuacji bez wyjścia.
Jedyną sytuacją bez wyjścia
jest trumna.
To moja teoria.
Zawsze można się podnieść.
Nawet z połamanymi kolanami.
A dlaczego o tym?
Bo pomimo tego, że od dwóch tygodni
jestem zajechana jak dzika świnia
na polu buraków, bo trzepię już dwunasty dzień matki,
tudzież święto rodziny, tudzież jedno i drugie razem wzięte,
czym wprawiam w ogólne rozedrganie
życie rodzinne moje własne osobiste...
Pomimo tego, że wczoraj wieczorem ubrałam
własnym córkom majtki od strojów kąpielowych,
bo w natłoku spraw nie zauważyłam, że wszystkie majtki się skończyły...
Pomimo tego, wróciłam do domu i w pośpiechu przygotowałam dla dolnej
sąsiadki kolację-niespodziankę urodzinową.
Taką z winem, z ciepłą tartą szpinakową, z sałatką z tostowanym słonecznikiem....
I wcale nie dlatego, że pomogła mi przy komunii,
że uturłala kilkadziesiąt klusków śląskich w niedzielny poranek,
upiekła trzy ciasta, i zrobiła pyszne rolady,
nie dlatego, że często otwiera swój taras i wpuszcza moje córki.
Dlatego, że chcę jej uświadomić, że nie jest sama.
Że może na mnie liczyć.
Że pomogę jej się podnieść.
Gdy się wprowadziła,
a ja przez okno kuchenne wścibsko wypatrywałam jej
wychodzącej co wieczór z taksówki
późnym wieczorem,
początkowo myślałam, że to kolejna korporacyjna heksa,
która zostawia córkę samą na całe dnie,
a sama trzepie forsę.
Zanim zamieniłyśmy pierwsze poranne puste 'dzień dobry'
już pochopnie wyrobiłam sobie
o niej opinię, tylko na podstawie jej obcisłych leginsów,
spiętych na nastolatkę długich blond farbowanych włosów.
Na listopadowym sąsiedzkim spędzie
opowiedziałam mi swoją historię.
I tak do dzisiaj dopowiada mi przy różnych okazjach
nowe epizody.
Wiem już na przykład, że do dolnej szczęki przeszczepiono jej
kość udową, po tym, jak mąż kopnął ją w twarz,
a ona chwilę po tym wyciągneła z buzi i położyła na stole cztery dolne zęby.
Wiem, że przed nim ucieka, ukrywa się na naszej quasi zamkniętej uliczce.
Że mąż sprzedał cały dobytek.
Że mają niebieską kartkę.
Że regularnie odwiedza ją dzielnicowy.
Że musi zbadać sobie coś, co po kolejnym kopniaku urosło jej w udzie.
Że chodzi do psychologa.
Że E., jej córka miewa momenty lękowe.

Wyciągam do niej realną rękę.
Jestem tu dziś i wiem, że nie jest to przypadek...

Etap magii

Weszłam na wyższy szczebel wtajemniczenia.
Minął rok, wypełniłam zawodowy grafik po realnie wyznaczone brzegi
i jestem na etapie, że gdy tylko kończę zajęcia, pędzę po dziewczyny,
żeby jak najkrócej czekały na mnie w szkolno-przedszkolnych murach.
Wczorajsze popołudnie spędzone na ogrodzie było bajecznie ciepłe, leniwe i jakby bez końca...
Był moment buntu, że nuda, był moment zachwytu i uczucia spełnienia, że jemy kolację
pod śliwą, i był wreszcie moment magii, kiedy pozwoliłam na spanie
w samodzielnie zrobionym szałasie....
Młodsza szybko skapitulowała.
Wróciła pokornie w ramiona mamusi chwilę po 22.00.
Starsza uwiła sobie miłe gniazdko z E.
Obok szałasu postawiła w skrzynce całą komunijną serię Ani z Zielonego Wzgórza.
Usiadłam na tarasowym murku i razem z J, mamą E,
którą Starsza bezgranicznie i bezkrytycznie uwielbia,
wzdychałyśmy nad zapachem majowego powietrza....



czwartek, 22 maja 2014

Pięknie być









































To był piękny czas.
I choć przeleciał gdzieś trochę pomiędzy palcami,
gdzieś między komunią, amatorskim malowaniem poddasza,
gruntowaniem pierwszego piętra, panelami, niewypitym piwem na Mariackiej








































i nauką jazdy na komunijnych rolkach,
to było pięknie, bo byłeś przez chwilę w taki sposób,
jakbyć tu znowu mieszkał, jakbyśmy Cię mieli na co dzień.








































Po raz pierwszy nam się to zdarza.
Po raz pierwszy żegnamy się w uścisku,
przytuleni szyja do szyi,
skroń do skroni,
płacząc
jak małe dzieci
i szlochając sobie wzajemnie do ucha,
że szkoda,
że to tak daleko
i że do zobaczenia tym razem w Brazylii...