czwartek, 22 sierpnia 2013

Zmienia się wszystko



Motorino d'avviamento.
Po polsku rozrusznik.
We francuskich autach strasznie ciężko go znaleźć,
jak się okazuje.
Bo wszystko tam jest precyzyjnie i elegancko zapuszkowane.
I na górze.
I z perspektywy asfaltu.
Ale skoro doraźni autostradowi doradcy kazali obstukiwać,
to obstukiwaliśmy.
Co się da.
Najpierw ostrożnie, żeby nie zepsuć kolejnej części,
niezbędnej do pokonania brakujących 1200 km.
Po dwóch godzinach paniki, potu, tarzania się na asfalcie,
wciskania głowy pod maskę, biegania po parkingu w poszukiwaniu
zaradnych kierowców ciężarówek,
po telefonach, bezużytecznych konsultacjach,
kiedy mąż przysiadł na chwilę, by odpalić ostatniego papierosa
i zakomunikował, że dajemy mu ostatnią szansę,
a potem dzwonimy po lawetę,
po tych dwóch koszmarnych godzinach stresu,
położyłam się na poplamionym od benzyny podweneckim asfalcie
i metalowym drągiem, z całą kobiecą rozpaczą,
żałośnie przeklinając,
okładałam domniemany rozrusznik
bezradnymi batami...

Potem już było tylko wciśnij sprzęgło,
puść gdy zacznie jechać, potem szybko gaz...
Zamiana.
Wszystko poplątałaś.
Ty pchaj, ja pokieruję!
Sama nie popcham!!!
Może pan pomoże?
Tak? Super! Dziękujemy!
Jest! Ruszył!
Nie! Zgasł.
I tak kilkanaście razy.
Do wyczerpania pasa.
Już prawie wychylając się na pas autostrady.
Ruszył!!!
Dziękuję panu bardzo! Boże, jak ja panu dziękuję...
Nawet pan nie wie jak bardzo...

I co tego, że kolejne 13 godzin jechaliśmy bez gaszenia silnika.
Z sikaniem i piciem kawy na zmianę i na raty,
z popsutym wskaźnikiem benzyny, który z powodu
niewyciągania kluczyka właśnie oszalał,
z czeskim huraganem i burzą, które goniły nas pod samą Ostrawę.





To wszystko już nieistotne.





Nie czuję już nawet potwornego wycieńczenia tym absurdalnym tygodniem
spędzonym najpierw na targach, po blisko 11 godzin dziennie,
nieprzerwanie przez 4 sierpniowe dni,
a potem na pakowaniu i załadowywaniu blisko 3,5 ton
naszego całego włoskiego kramu.
Dziś jest już dobrze.
Wyszło słońce.
Sińce na udach powoli znikają.
Podkrążone oczy już dają się zatuszować.
Ręce przy wydawaniu reszty już nie drżą.
A po głowie tłucze się lecąca akurat na włoskiej autostradzie, jakże adekwatna piosenka
'Cambia todo cambia'...










13 komentarzy:

  1. Jestes bardzo dzielna :))

    Usciski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o tak, uścisków mi teraz bardzo potrzeba! :)

      Usuń
    2. To ja Cie jeszcze raz sciskam i to bardzo mocno :)
      Uszy do gory i cala naprzod ;)

      Usuń
    3. To ja Cie jeszcze raz sciskam i to bardzo mocno :)
      Uszy do gory i cala naprzod ;)

      Usuń
  2. Gryfno, slasko dziuocha zawsze se de rade !! :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowite, aż mi się zimno zrobiło z wrażenia...

    A na drogę w tym samym języku: Id con Dios :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niesamowite jest też to, że w takich sytuacjach, zamiast płaczu i lamentów, w ciało kobiety wstepuję istny demon...:)

      Usuń
    2. Alez oczywiscie ! I zawsze sie udaje (albo prawie zawsze) :-) Usciski i wszystkiego naj... Ciesze sie, ze jednak wrociliscie do Polski, ze macie mozliwosc godnej pracy i dla Ciebie moze wiecej mozliwosci. I przykro mi z drugiej strony, ze we Wloszech nie ma miejsca i perspektyw, nawet dla Wlochow.
      Agula

      Usuń
  4. Wiesz - trafiłam na Twojego bloga przypadkiem chyba 3-4 dni temu. Dziś skończyłam czytać. Jestem pod wrażeniem całokształtu Twojego zmagania się z rzeczywistością. Życzę Ci, aby teraz było już ,,z górki", spokojniej. A teraz to co najśmieszniejsze: zaczęłam czytać Twojego bloga, bo natknęlam się nań na Il Molino, u Oliwki. Ponieważ czytam wszystko, co ma związek z Toskanią i w ogóle Włochami, gdzie udało mi się spędzić część urlopu. Kończąc czytać Twoje zapiski - po prostu sama się do siebie uśmiechałam - jestem mikołowianką. Wróciłam po raz kolejny z Włoch do domu - razem z Tobą... Pozdrawiam, życzę powodzenia ,,od nowa" - Ola

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasiu - może to jakiś znak...? Jeszcze większy numer będzie jak Twoja Starsza trafi na mnie we wrześniu w szkole. Mam teraz 2 klasę... Nie, to chyba byłby jakiś totalny chichot losu! Pozdrawiam ponownie - Ola

    OdpowiedzUsuń