sobota, 27 lipca 2013

A może kawa?

Miałam 25 lat. On o pięć więcej.
Byliśmy młodzi i szczupli i strasznie chcieliśmy mieć dziecko z tej całej
niepohamowanej polsko-włoskiej miłości.
Czuliśmy, że to już czas.
I stało się.
Zgodnie z zasadą 'detto-fatto'.
Dopiero po fakcie, po wstepnej szczeniackiej kalkulacji wyszło nam,
że żeby brzuch nie wystawał za bardzo spod ślubnej sukienki, to musi to być ślub zimowy.
Bez literki 'r' w dodatku.
Poszliśmy więc na kurs przedmałżeński wysłuchiwać wykładów o naturalnym planowaniu rodziny.
Pani o mocno siwych włosach bardzo obrazowo tłumaczyła mi to, jaką konsystęncję musi mieć śluz, żeby mieć pewność, że nie wpadniemy.
Potakiwałam.
Zapadło mi mocno w pamięć gestykulowanie i sygestywne pokazywanie kciukiem i wskazującym
i porównywanie śluzu do białka jajka.
Chyba nawet wypełniłam fikcyjny kalendarz z poranną i wieczorną temperaturą.
Oddałam w terminie.
Zaliczyłam wszystko.
Potem w trakcie trwania kursu ciąża okazała się być martwą.
A ja dalej potulnie przytakiwałam na wykładach pani o mocno siwych włosach
i bardzo radykalnych poglądach.
Postanowiliśmy pomimo wszystko się pobrać.
Bo i tak najwyższy czas.
Cały okres przygotowywania trwał piorunująco krótko.
Termin zbliżał sie nieubłagalnie.
Wyjazdy do ambasady, wysyłanie dokumentów, szukanie noclegów dla apulijskiej rodziny i przyjaciół.
Nie pamiętam wiele, ale do dziś pamiętam radę pani o mocno siwych włosach.
Radę, a wlaściwie przypowieść.
O pewnej parze z bardzo długim stażem.
I ta para miała taki sposób na konflikty.
Gdy jedna ze stron milczała, druga po kilku dniach podchodziła i cichutko podpytywała:
Może chcesz kawę?
I ta kawa, wspólnie wypita, łagodziła wszystko.
I wszystko wracało do małżeńskiej normy.
Zasada kawy działa również w przypadku innych bliskich osob.
Dzięki niej wczoraj udało mi się zdawkowo złożyć imieninowe życzenia obrażonej od tygodnia mamie.





7 komentarzy:

  1. ACH! Kasiu mamy ten sam sposób :) a kursy, ambasada i inne ceregiele wciąż przed nami więc często będziemy się przepraszać ;) Pozdrawiam Cię ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ach... a mnie strasznie szkoda tej naszej niewywitej kawy w mediolanie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteśmy do października w Polsce :) Wszystko przed nami!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. mam pewien pomysł....mąż zaczyna w tym miesiącu szkolenie w KRK, jest tam każdego dnia.... i mogę kiedyś wziąść dziewczynki i zrobić sobie krakowską wycieczkę... piszesz się?

    OdpowiedzUsuń
  5. To zabawne ja tez pamietam taka pania z kursu przedmalzenskiego w kosciele w Zabrzu. Starszawa brunetka w sumie sensowna.
    I ten kalandarzyk, ktory obowiazkowo trzeba bylo wypelnic.
    I nijak mi sie to nie zgadzalo.
    Nie wiedzialam jeszcze wtedy, ze bylam w ciazy pierwszy czy drugi tydzien......
    I mozna by sie bylo z tych jej metod smiac ale potem przy nastepmych dzieciach bardzo mi pomogly przy ich zapalnowaniu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ty zawsze wiesz jak poprawic humor!! chociaz piszac to pewnie nie masz na mysli akurat poprawiania humoru jakiejs tam Donie. Ale i tak to robisz. Nieswiadomie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Matko boska, to ta pare kilka dni ze soba nie rozmawiala?! Ja bym nie wytrzymala tak dlugo ;)

    A co u Ciebie, Kasiu? Pewnie busy, busy? :)

    Usciski

    OdpowiedzUsuń