piątek, 24 maja 2013

Nowe okoliczości przyrody.

Bałam się, że tak jak przez ostatnie 10 lat, tak samo dziś rano obudzę się przed południem.
Bałam się, że ten południowy styl życia, który przetestowałam już o każdej porze roku, w każdej konfiguracji, jako singielka, jako narzeczona, jako mężatka bezdzietna, z jednym dzieckiem, a teraz z dwójką, że to wolne tempo nabijane miarowo i precyzyjnie posiłkami i przerwami na trawienie tych posiłków, że to wszystko mnie rozleniwi.
A jednak nie.
Dobrowolne samoobudzenie grubo przed dziewiątą, kawa zaparzona przez teściową.
Do kawy kruche ciasteczka domowej roboty i wio.
Urban sport.
Wszędzie szkła i psie kupy.
Krzywe krawężniki i kompletnie starte pasy dla pieszych.
Dudniące, mocno obtłuczone auta.
I nagle park.
A w parku inni biegacze.
Czuć wspólne porozumienie.
Zaczynamy się mijać.
Poznaję kolory dresów.
Dyskretnie patrzę na kształty sylwetek.
O, temu panu jeszcze nie ruszyła produkcja endorfin.
Biegnie z takim wkurwem na twarzy.
Ale chwila, moment, jeszcze jedno okrążenie i grymas powoli mija.
Bieganie w mieście jest jak czytanie książki, jak seans w kinie, jak rejs wycieczkowcem.
Popołudniu pobiegłam prawie 50 minut, tak się zaczytałam...


4 komentarze:

  1. W takim razie miłego biegania w stylu miejskim!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak piszesz o bieganiu, że może i ja zacznę? Podziwiam - i nabieram ochoty!

    OdpowiedzUsuń
  3. wow, jesteś fantastyczna :)

    OdpowiedzUsuń