niedziela, 5 maja 2013

Lost in Bologna city



Wczorajszy ślub (klik) odbył się w niewyobrażalnym upale.
Zamiast czekać na mnie w bolońskich parkach, z nocnikiem w reklamówce i przepoconymi dziewczynami, kazałam mężowi wrócić do domu.
Poradzę sobie.
Dam sobie radę.
Przecież o 18.00 z hakiem jest jeszcze widno.
Nic mi się nie stanie.
Jakoś dojdę do centrum, a potem na dworzec pkp.
Dobrze, poproszę o podwiezienie. Promesso.
Zadzwonię z pociągu.



Wczoraj miałam ochotę pochodzić, wrócić sama, pogubić się w Bolonii.
To czerwone miasto mnie zachwyca. Jak to się ładnie mówi 'e' ancora tutto da scoprire'...
Bez mapy, ubrana na galowo, z adrenaliną, która powoli schodziła z żyły szyjnej do trochę zmęczonych przydługim truchtem stóp.
Szłam.
Jedyne, co wiedziałam to to, że jestem na południu, a mam dojść na północ.
Wsłuchiwałam się w hałas.
W rozmowy.
Przyglądałam ludziom.
Uśmiechałam.



Odmówiłam podwiezienia.
Chciałam przejść całe miasto na nogach.
Poczuć jego rytm.
W to cudowne, upalne, sobotnie, włoskie popołudnie...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz