czwartek, 2 maja 2013

Bez precedensów

Poranna próba w bolońskim kościele.
W sobotę gram na ślubie pewnej bardzo wymagającej i krytycznej kobiety.
Dwie godziny szukania odpowiednich brzmień, skakania po przyorganowej ławce, przełączania, wyłączania, resetowania, stawania pod ołtarzem, przy drzwiach, spacerowania, szukania odpowiedniego rytmu do rytmu kroków młodej pary.
Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam.
I sama nie wiem czy śmiać się, czy płakać, ale przyszła panna młoda zdecydowała się ostatecznie na moje improwizowane pod koniec zupełnie od niechcenia przygrywki.
Zamiast Bacha, Morricone czy Wagnera na wejście...

4 komentarze:

  1. śmiać śmiać śmiać się!!! a wiesz, że mnie to czeka wkrótce... za jakiś rok ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. ;) w śmianiu? tak! błagam!! zapominamy się śmiać!! dziś po kolejnym wywrzasku zaświtało, że czemu mi tak łatwo przychodzi wnerwienie, a łągodność, spokój, uśmiech, ŚMIECH są tak trudne..

      Usuń