niedziela, 21 kwietnia 2013

Italio...please!

Gdy w 2006 wypowiadałam moje konkordatowe 'taxi' czyt. 'tak, si', wiedziałam, że skazuję się w pewnym sensie na całe życie na Italię. Nieistotne czy z daleka, czy z bliska. Italią żyję każdego dnia. Italię jem na talerzu.
Italię popijam do obiadu. Italię wdycham. Italia mnie irytuje. Czasem patrzę na nią z góry.
A czasem walczę z kompleksami niższości. Często mówię o Italii z pogardą. Jeszcze częściej z umiłowaniem.
Jestem Polką. W sercu. Na papierze. O zmianie obywatelstwa, która chyba mi już nawet przysługuje, nawet nie myślę.
A jednak na samą myśl, jak mogłoby tu być 'gdyby...' zaczyna buzować we mnie obywatelska fala złości.
Rok temu pod moim oknem hasał umięśniony pan ogrodnik.
Przez kilka dni wykaszał wysoko specjalistycznym sprzętem każdego mlecza, każdego szafirka, każde źdźbło...
Moja rozpacz mieszała się z miłymi doznaniami natury czysto estetycznej.
Kilka miesięcy potem kolejny umięśniony pan specjalista od prac wysokościowych malował przez dobrych kilka dni więźby dachowe i regularnie zaglądał w moje liczne, na szczęście szczelne okna.
Potem spółdzielnia upadła. Na sam pysk.
W tym roku, zamiast pana ogrodnika do okna wchodzą mi metrowe mlecze i szafirki proszące o litość.
A zamiast dyndającego na linii pana od wysokości, w biurze zarządcy budynku dyndają niezapłacone faktury.
Proszą o litość. I mlecze, i szafirki i faktury.
A tu nic.
Na zebraniach wspólnoty mieszkańców padają włoskie farmazony.
Nieustannie mieli się temat kryzysu.
Gada się o niczym.
A przecież można by tak, po obywatelsku ustalić, że koszę ja, siejesz ty, a ty plewisz.
Co kto ma.
Dla dobra ogółu. Nie tego ogólnonarodowego. Tego naszego, tutaj, wspólnotowego.
Żeby było milej, ładniej, przyjemniej dla oka.
Ale nie. To se ne da. Nie w tym kraju.
Bo najważniejszy jest przecież mój czubek nosa.
No może nie tylko mój, ale jeszcze mojej żony, matki i dzieci.
Tak samo jak zarządzają podwórkiem, tak samo zarządzają krajem. Dokładnie tak samo wybierają rząd.
Jak ta matka, co na słowa Salomona chciała rozedrzeć dziecię na pół, byleby zanieść łup do domu.
Nikt nie chce ustąpić.
A dziecię płacze i płacze i płakać nie przestaje...

3 komentarze:

  1. Oj Kasiu, Kasiu niestety to wszystko dzieje sie w kazdym regionie tego kraju! Na kazdym asemblea, ktore ciagnie sie w nieskonczonosc... U mnie np. na takim ostatnim ustalono grafik korzystania ze wspolnej suszalni, ktora jest na tarasie. Bo jednemu cymbalowi nie podobalo sie ze glownie korzystala z niej moja sasiadka. Tylko ze ten cymbal nie mieszka tu na stale, lecz zaglada raz w tygodniu, podobnie jak nie mieszka tu pozostalych 8 z 12 lokatoroq... wiec jest grafik korzystania z tej szuszlani, ktora teraz przez 6 dni w tygdniu stoi pusta, bo nikt tam w zyciu oprocz mojjej sasiadki nic nie powiesil... Ale Jej przyslyguje prawo do wieszania ubran tylko w sobote... absurd, goni absurd

    OdpowiedzUsuń
  2. dlatego właśnie ja coraz częściej używam określenia 'włoski film' zamiast 'czeski'....

    OdpowiedzUsuń
  3. ale przecież w Polsce jest to samo!

    OdpowiedzUsuń