niedziela, 3 marca 2013

Finally...



Krótki spacer. Taki naprawdę symboliczny, bo nigdy nic nie wiadomo....
Trochę powietrza. Trochę słońca. Tylko trochę, troszeczkę, żeby znowu nie zagorączkować, ale trochę przewietrzyć buzie, myśli, kości, emocje... Nie da się tak w domu i tylko w domu i cały czas w domu. No się po prostu nie da. Ja nie potrafię....



Pół dnia grzebałam w ziemi. Mieszałam, tę przyniesioną od chłopa z pola, z tą kupioną. Każde nasionko, każda przegródka, każdy dołek to jakieś małe kolorowe marzenie. I choć rok temu nie doczekałam się własnych kwiatków, bo zanim wróciłam z polskich długich wakacji, wszystko uschło, a teraz z kolei nie wiem, czy w ogóle z Polski wrócę, to i tak grzebię w tej ziemi. Bo ja lubię nawet te zielone delikatne chwiejne łodyżki. Każdego dnia, po przebudzeniu, sprawdzam, jak dziecko, które kontroluje codziennie kalendarz adwentowy. Już tak mam.



I choć dalej jestem blada jak śmierć na chorągwi, choć na blacie kuchennym mała farmaceutyczna wystawka, to czuję, że to już tuż tuż... Że jeszcze chwila, moment i znajdziemy się na prostej. Pokrętnej włoskiej prostej.

do posłuchania mało znana perełka Erosa "Per me, per sempre"... tak już jest, że fortepian i orkiestra robią swoje.... tak już po prostu jest...

3 komentarze:

  1. Bardzo piękna ultramaryna, mój ulubiony odcień błekitu.
    Wraz z córą Chmurą zasadziłyśmy dzisiaj 135 cebul róznego autoramentu a ponieważ czynnośc powyższa wykonana została w warunkach polowych jako konsekwencję przewiduję starczy artretyzm. I mam tak samo w kwestii monitoringu, ledwo co podlałam a już sprawdzam. xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze Cię rozumiem...

    OdpowiedzUsuń