środa, 20 lutego 2013

W zdrowym ciele chory duch


Powoli widać efekty mojej pracy u podstaw.
Codzienne rytuały, szczególnie te wieczorne, sprawiają, że kilka minut po 21.00 jestem już przeważnie na poddaszu, owinięta kocem, wykąpana, pachnąca i gotowa na część rozrywkową dnia, choć rozrywka to może zbyt wygórowane określenie, bo dobrych filmów w telewizji włoskiej jak na lekarstwo.
Najczęściej oglądamy programy publicystyczne lub reportaże.
Dla mnie to i tak jak dobra komedia lub przedni kryminał.
Ostatnio osłupiałam.
W popularnym programie obnażającym gafy, skandale i inne ludzkie ułomności uchylono rąbek pewnego kwitnącego biznesu.

Starsze osoby z regionów północnych za dość symboliczną opłatą zawożone są specjalnie na tę okazję wynajętym autokarem do leżącej na pograniczu Włoch i Słowenii Nowej Gorycy do..... kasyna...
Kwota wpisowa obejmująca przewóz i bar w wersji unlimited, czyli 'żremy do upadłego' jest dość zachęcająca.
Prawdziwe tragedie rozgrywają się jednak na miejscu, gdzie tylko co po niektórzy potrafią powiedzieć sobie włoskie 'basta' i wyjść z lokalu po przegraniu kwoty rzędu 20-30 euro. Większość osób przegrywa w ciągu kilku godzin kwoty sięgające kilkuset euro.
Przez cały czas trwania programu ze zdziwienia nie opadały mi zmęczone po całym dniu powieki.
Przy kolorowych, odpustowych maszynach przez kilka dobrych godzin podekscytowane emerytki i emeryci zapominali o całym świecie...
Dlaczego?
Żeby zabić samotność, żeby wytrącić się z codziennej szarej rutyny, żeby zapomnieć o pustce, która wypełnia po brzegi każdy kolejny dzień...
I tak sobie myślę o tym, jakie to wszystko przewrotne.
Tak samo przewrotne, jak włoskie zdanie "si stava meglio, quando si stava peggio' - było lepiej, gdy było gorzej.
Żyjemy w czasach, gdy coraz częściej ciało świetnie się trzyma, a to co się psuje to psychika.
Żyjemy w domach po brzegi wypełnionych dobrami materialnymi, za które niejednokrotnie słono płacimy.
Mamy swoje zamki, z których nie chce nam się wychodzić, no bo po co....
Wystarczy kliknąć, cpyknąć, otworzyć wypełnioną po brzegi zamrażarkę i nic już nie trzeba, bo cały świat jest w naszych czterech ścianach, wszystko na wyciągnięcie ręki...
Mamy wszytko, a odczuwamy jakąś dziwną pustkę....
Lekarstwo?
A może zamiast kolekcji filmów, książek i gier, które wypełniają po brzegi niejeden pokój - biblioteka?
Trzeba wyjść, wrócić, wypożyczyć, zadbać, zapamiętać.
A może zamiast tygodniowych zapasów żywności, którą w efekcie i tak często się wyrzuca - częste małe zakupy, zdawkowa rozmowa ze sklepikarzem, nieplanowany spacer...
A może zamiast kolekcjonować nowe znajomości, które są często trwałe jak szczypiorek, podcięty i wrzucony do porannej jajecznicy - podlać stare przyjaźnie, które być może już nie owocują tak obficie jak kiedyś, ale można się schronić pod ich koroną lub w ich cieniu.
A może zamiast kolejnego pustego, wypełnionego słowami maila - kupić kopertę, dokleić znaczek i przespacerować się na pocztę?
Czasem przeraża mnie to, jak sami upraszczając, skomplikowaliśmy sobie to nasze życie...

4 komentarze:

  1. Zastanawiający bardzo post .. upraszczając - skomplikowaliśmy. Pięknie napisane :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu, strasznie nie lubie tego formatu bloga... tak stasznie wszystkiego duzo tutaj.. Ten poprzedni byl moim zdaniem bardziej przejrzysty i prosty, ten mnie jakos poraza, hm.
    Czy Ty go aby nie za bardzo skomolikowalas wlasnie...?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Mialo bys skomplikowals oczywiscie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. a ja sie ciesze ze do starego wrocilas...

    OdpowiedzUsuń