czwartek, 28 lutego 2013

Cierpliwość



Czekamy.
Czekamy na wiosnę i słońce.
Czekamy na decyzję szefów z Rzymu w sprawie wiadomej.
Czekamy na ostateczne rozprawienie się z kolejnym nalotem wirusów.
Czekamy.
Bliska mi osoba napisała mi ostatnio w mailu, że tak nie można.
Nie można czekać. Tak sobie.
Trzeba byka za rogi.
I ja, w przerwach między wysmarkiwaniem dzieci, rozgrzewaniem bolących kości i mięśni kolejną mieszanką imbirowo-cytrynowo-miodową, między pisaniem i wstawianiem obiadu myślę sobie, że czasem nie da się inaczej.
Bo byk stoi dobrych kilka przystanków dalej...

Wspomnieniowo



Przeglądam ostatnie 13 lat mojego życia.
Już wtedy lubiłam skupiać się nad tym, z czego inni się dyskretnie podśmiewali...
A dziś, dzięki tym skarpetkom widzę dokładnie tamto białe miasteczko i czuję dokładnie tamto słońce na plecach...

środa, 27 lutego 2013

Przetrzymać....

10:10 w lewym, przepraszam prawym dolnym rogu komputera.
Zasmarkanie i zakaszlenie miesza się u nas od tygodnia z gorączkowaniem.
Szkołę chwilowo odstawiamy na bok.
Wiedziałam, że taki będzie styczeń i luty, ale gdzieś podświadomie łudziłam się, że może jednak odporność w tym roku będzie trochę lepsza...
Po domu rozsiewam wszystko co się da. Zieleninę, kwiatki, zioła... Zaczynam znowu poważnie tęsknić za wsią.


W kuchni wrócił do łask zapomniany czarny ryż.
Risotto z czerwoną papryką i podrobioną kiełbaską zniknęło zanim podałam do stołu.


W szafach szukam kolorów.
Zresztą odkąd jestem we Włoszech, brązy i czernie odeszły zdecydowanie na bok.


Poza tym piszę, poprawiam, przeklejam.
Sporo z tym wszystkim frajdy.
Dobrze robi takie porządkowanie zdobytej wiedzy, wrażeń i emocji.

I tylko rzeczywistość trochę mnie przeraża.
Wybory pokazały, że wchodzimy w przełomowy moment w polityce włoskiej.
Że kraj podzielony jest ewidentnie na desperatów, którzy nabierają się na byle obiecanki i tłum, który gotowy jest pójść na barykady. I w tym wszystkim my, którzy na dwa miesiące przed końcem umowy, nadal nic nie wiemy...
Nie wiem, czy kłucie po lewej stronie klatki to jakaś forma nerwicy czy nie, ale zdecydowanie zaczynam to wszystko przypłacać własnym zdrowiem... Z drugiej strony odpowiedzialność za rodzinę regularnie stawia mnie do pionu, choć momentami chętnie zwinęłabym się pod kocem i przespała kilka dobrych tygodni.
_____________________________

Szybki przepis na risotto, dla chętnych:
składniki:
- olej extravergine (kilka łyżek)
- 1 mała cebulka pokrojona w cienkie krążki
- 1 czerwona papryka pokrojona w paski
- 2 kiełbaski (ja użyłam lokalnych, wieprzowych, lekko słonawych)
- 250 gr. ryżu czarnego
- ok 0,5 litra bulionu (ja przygotowałam domowy,warzywny)
- opcjonalnie ziarenka kolendry i trochę kardamonu

Dno garnka polewamy olejem.
Dodajemy cebulę i dusimy kilka minut na lekkim ogniu.
Dodajemy paprykę i również dusimy kilka minut na lekkim ogniu.
Dodajemy podrobioną kiełbaskę i delikatnie obsmażamy.
Do takiej lekko zarumienionej mieszanki dodajemy ryż.
Po kilku minutach stopniowo zalewamy wszystko ciepłym bulionem i gotujemy do momentu, aż ryż będzie odpowiednio miękki, a bulion całkowicie wchłonięty.


niedziela, 24 lutego 2013

Wierzyć czy nie wierzyć?



Obiecują wiosnę.
Że już niby tuż tuż.
Już za kilka dni.



A dziś było bajkowo.
Czułam się jak małe dziecko, wypuszczone na podwórko przez rodziców.




sobota, 23 lutego 2013

Uwaga, tu się pracuje....


Jakie to piękne uczucie móc powiedzieć mężowi 'zajmij się dziećmi, bo ja pracuję'.
I tak pracując właśnie, wertując zdjęcia z ostatnich przecpykanych ponad 10 lat, trafiłam na tegoroczne listopadowe żółcie...
Rzucam na pulpit i zaklinam zaokienną zamieć!

piątek, 22 lutego 2013

Powoli do celu


Cztery tysiące słów to jednak sporo.
Myślałam, że się z tym szybko uwinę.
Ale to nie takie proste - pisać...
Dobrze, że jest termin.
Popijam kolejną kawę i już nawet nie przeszkadza mi bajka w lewym uchu i szum zmywarki w prawym.
Uśmiecham się do ulepionego dziś wieczorem półtorametrowego bałwana.
Obiecałam dziewczynkom, że jutro dolepimy nos i dorobimy oczy.
Jutro będzie futro, a narazie przede mną kilka godzin spokoju pod osłoną nocy...

środa, 20 lutego 2013

W zdrowym ciele chory duch


Powoli widać efekty mojej pracy u podstaw.
Codzienne rytuały, szczególnie te wieczorne, sprawiają, że kilka minut po 21.00 jestem już przeważnie na poddaszu, owinięta kocem, wykąpana, pachnąca i gotowa na część rozrywkową dnia, choć rozrywka to może zbyt wygórowane określenie, bo dobrych filmów w telewizji włoskiej jak na lekarstwo.
Najczęściej oglądamy programy publicystyczne lub reportaże.
Dla mnie to i tak jak dobra komedia lub przedni kryminał.
Ostatnio osłupiałam.
W popularnym programie obnażającym gafy, skandale i inne ludzkie ułomności uchylono rąbek pewnego kwitnącego biznesu.

Starsze osoby z regionów północnych za dość symboliczną opłatą zawożone są specjalnie na tę okazję wynajętym autokarem do leżącej na pograniczu Włoch i Słowenii Nowej Gorycy do..... kasyna...
Kwota wpisowa obejmująca przewóz i bar w wersji unlimited, czyli 'żremy do upadłego' jest dość zachęcająca.
Prawdziwe tragedie rozgrywają się jednak na miejscu, gdzie tylko co po niektórzy potrafią powiedzieć sobie włoskie 'basta' i wyjść z lokalu po przegraniu kwoty rzędu 20-30 euro. Większość osób przegrywa w ciągu kilku godzin kwoty sięgające kilkuset euro.
Przez cały czas trwania programu ze zdziwienia nie opadały mi zmęczone po całym dniu powieki.
Przy kolorowych, odpustowych maszynach przez kilka dobrych godzin podekscytowane emerytki i emeryci zapominali o całym świecie...
Dlaczego?
Żeby zabić samotność, żeby wytrącić się z codziennej szarej rutyny, żeby zapomnieć o pustce, która wypełnia po brzegi każdy kolejny dzień...
I tak sobie myślę o tym, jakie to wszystko przewrotne.
Tak samo przewrotne, jak włoskie zdanie "si stava meglio, quando si stava peggio' - było lepiej, gdy było gorzej.
Żyjemy w czasach, gdy coraz częściej ciało świetnie się trzyma, a to co się psuje to psychika.
Żyjemy w domach po brzegi wypełnionych dobrami materialnymi, za które niejednokrotnie słono płacimy.
Mamy swoje zamki, z których nie chce nam się wychodzić, no bo po co....
Wystarczy kliknąć, cpyknąć, otworzyć wypełnioną po brzegi zamrażarkę i nic już nie trzeba, bo cały świat jest w naszych czterech ścianach, wszystko na wyciągnięcie ręki...
Mamy wszytko, a odczuwamy jakąś dziwną pustkę....
Lekarstwo?
A może zamiast kolekcji filmów, książek i gier, które wypełniają po brzegi niejeden pokój - biblioteka?
Trzeba wyjść, wrócić, wypożyczyć, zadbać, zapamiętać.
A może zamiast tygodniowych zapasów żywności, którą w efekcie i tak często się wyrzuca - częste małe zakupy, zdawkowa rozmowa ze sklepikarzem, nieplanowany spacer...
A może zamiast kolekcjonować nowe znajomości, które są często trwałe jak szczypiorek, podcięty i wrzucony do porannej jajecznicy - podlać stare przyjaźnie, które być może już nie owocują tak obficie jak kiedyś, ale można się schronić pod ich koroną lub w ich cieniu.
A może zamiast kolejnego pustego, wypełnionego słowami maila - kupić kopertę, dokleić znaczek i przespacerować się na pocztę?
Czasem przeraża mnie to, jak sami upraszczając, skomplikowaliśmy sobie to nasze życie...

niedziela, 17 lutego 2013

Umiar



Mieć umiar. Umieć utrzymać równowagę.
Między pisaniem, a nie pisaniem w ogóle.
Między opisywaniem wszystkiego, a tłumieniem wszystkiego głęboko pod naskórkiem.
Między staraniem się, a odpuszczaniem sobie.
Między krzykiem i wrzaskiem, a zagłaskiwaniem i przeprzytulaniem.
Między byciem już matką, a byciem jeszcze małą dziewczynką.
Między stanem euforii i 'mogę wszystko, świat należy do mnie', a stanem czołgania się na poziomie gleby.
Tego umiaru chwilowo mi zabrakło, ale jak w każdym nałogu istnieje odwyk albo chociaż próba udania się na odwyk...
Witam. Po kilku zaledwie dniach, a dla mnie całej wieczności!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Wyjaśnię

Blog nie zniknie. Niech sobie żyje swoim naturalnym wirtualnym życiem.
Zamykam go w sensie pisania.
Być może chwilo.
Pewnie tak.
Biorę się za swoje życie w realu, które powoli wymyka mi się między palcami...
Czasem tak trzeba....

A cup of...

Anonimowa Aśko z 23:53 - gratuluję!
Na maila napisz mi proszę adres, na który mam wysłać filiżaneczki....

niedziela, 10 lutego 2013

A jutro...

Jutro wylosuję zwycięzcę i zamknę bloga.
Nie wiem na jak długo.
Bo sama nie wiem, jak długo zajmie mi poukładanie pewnych spraw.
Dziękuję Wam za te miesiące cennego dialogu.
Kasia

piątek, 8 lutego 2013

Boli

Ból przewartościowuje wszystko.
Tępy ból. Od ponad 48 godzin.
W taki momentach ryczę jak dziecko.
Opieram pękającą głowę o umywalkę i ryczę i jakże żałuję, że nie ma tu obok mnie mojej kochanej mamy, mojego kochanego taty.
I chociaż wiem, że kiedyś to przejdzie, to dla mnie to taki chwilowy koniec świata. Wszystko nagle popada w ruinę.
To co proste, jest skomplikowane.
To co powszednie, staje się nadzwyczajne.
To co rutynowe, staje się czymś niezwykłym.

Od dwóch dni nie mówię, nie ruszam głową, nie śpię.
Nie działają proszki przeciwbólowe.
Trzecia dawka antybiotyku też niewiele do tej pory zrobiła.
Nie potrafię nic przełknąć. Straciłam już ponad kilo...

Idę się wypłakać....

środa, 6 lutego 2013

Migawkowo

Zatrzymuję w kadr kanapki i widok za oknem.
A całkiem zapomniałam, że bardzo polubiłam to mieszkanie...
Wreszcie mam królewskie łoże i choć sypiam z Młodszą na dole, to każdego ranka cierpliwie wchodzę na górę, żeby je pościelić...


Babciny kufer, który kiedyś stał pokornie w sieni... i papierowe żyrafy hand-made, które przyleciały do nas aż z Brazylii...


Półeczka, która co chwilę spada, ale dumnie pełni swoją funkcję sezonowych mini galerii....


Kujon

Jest jednak we mnie coś z kujona.
Jak sobie napiszę na tablicy w kuchni, to realizuję punkt po punkcie...
Rozprawiłam się już z pajęczynami i podłogami.
W przerwie patrzę przez okno...
I pstrykam...
A zaraz potem dopisuję białą kredą... firanki i okna!






Błagam

Zawsze.
Zawsze tak jest, że gdy już pochowam leki, spraye, kapsułki i inne drażetki, dolegliwości wracają.
Za każdym razem, gdy to robię myślę sobie, że może jednak się uda....
Może nikt nie patrzy...
Ale zawsze wpadam. Jak śliwka w kompot.
Tym razem też...
A zatem podkulam ogon, otwieram wieko pudełka i zaczynam wszystko da capo...

-----------

Patrzę przez okno i błagam o wiosnę...


wtorek, 5 lutego 2013

Wyszło...


Satysfakcja.
Piękne uczucie.
Wymaga czasu. Dobrych proporcji i cierpliwości...

Przepis zaczerpnięty ze sklepowej włoskiej gazetki...
Na około 20 oponek zużyłam:
- 250 gr mąki pszennej
- 125 ml mleka
- 30 gr cukru
- 30 gr masła, roztopionego i następnie ostudzonego
- pół saszetki drożdży w proszku (ja mam saszetki 7gr)
- 1,5 żółtka

Wszystko wymieszałam w maszynie do chleba.
Odstawiłam na około godzinę do wyrośnięcia.
Następnie uformowałam krążki. Dziurki wyciełam ostrą małą zakrętką.
Przykryłam ścierką i odstawiłam na kolejne 30 minut.
Smażyłam na głębokim, niezbyt gorącym ogniu...
Przepis absolutnie do powtórzenia w wersji małych pączuszków nadziewanych nutellą....

Utonęłam....

Chwilowo utonęłam....
W stosach papieru do wycierania nosa...
Próbuję złożyć w spójną układankę poszatkowaną na 30 kawałków już drugą z kolei noc.
Próbuję udawać, że jak się doda te wszystkie małe cząsteczki to wyjdzie jakaś sensowna całość.
Gdzieś pomiędzy serwuję kanapki, robię kolejne podejście do oponek, odrabiamy lekcje.
Dzwonię do znajomej.
Uporczywie mailuję i skajpuję z rodzicami.
Dziwne uczucie.
Cztery pokolenia kobiet.
Ja opiekuję się dziewczynami.
W tym samym momencie moja mama opiekuje się swoją mamą.
Patrzę na jej zapłakane oczy.
Obija się od ściany do ściany.
Ktoś dzisiaj zapytał mnie o wakacje....
Ale ja nie wiem... Nic nie wiem... Jakie wakacje...?





Kanapka:
- chleb
- serek topiony
- sałata rzymska
- mozzarella
- rukola
- czerwona cebula
- kapary
- oregano

poniedziałek, 4 lutego 2013

Było podniebnie....


Niedziela...
Scena nietypowa.
Cała czwórka na kanapie.
Kanał inny niż bajki.
Nietypowo.
Jakieś kulinaria.
Włoch z przyjemnym, miękkim, południowym akcentem skacze, kroi, doprawia.
Patrzymy na siebie i zadajemy podobne pytanie 'on taki jest naprawdę, czy tylko tak mu każą...?'
Potłukł jakiś talerz.
Rzucił szmatę w doniczkę z bazylią.
W zasadzie trudno się w ogóle skupić na jedzeniu.
Program się kończy, a my w skupieniu schodzimy na dół.
Otwieramy lodówkę.
Myślimy o tym samym.
O kanapce posmarowanej wegańskim majonezem z mleka sojowego, z lekko duszonym szpinakiem, wędzonym łososiem, czerwoną cebulką i kaparami...


niedziela, 3 lutego 2013

Droga

Wychodzę z domu.
Przechodzę przez patio.
Skręcam lekko w lewo.


Słońce razi mnie w oczy.
Szukam okularów.
Zanim je znajdę, odwracam się do tyłu.


Mam. Są.
Zakładam.
Puszczam psa.
W szczere pole.


Wdycham ostre powietrze.
Z dalek widzę nasze okna.
Ja tu - oni tam.
Cały mój świat jest teraz tutaj.



Odwracam się tyłem do słońca.
Wracam.
Wygrzewam plecy.
Wdycham zapach ziemi.
Uwielbiam go.
Za parę minut zaparzę drugą kawę.
Moją pierwszą lutową słoneczną kawę.


Jest!



Tak jak obiecali, tak zrobili!
Włączyli mi słońce!
Co prawda ktoś po kryjomu doprószył trochę śniegu, ale wybaczam...
Dziś jestem na tak.
Szumią mi w uszach jeszcze trochę posmarkiwania i pokasływania, ale dziś to już jest balsam, a nie dłuto, które wdłubywało się w moje matczyne ucho.


sobota, 2 lutego 2013

Mam i ja!


- Mamuś, prawda, że nie jest najważniejsze, żeby być ładnym, tylko żeby się dobrze odżywiać i nauczyć się matematyki....?
- Yyyyyyyyy....


Jest sobota. Jest namiastka obiecanego słońca. Są nogi w górze. Otwarty notes. Espresso w szklaneczce.
Rodzina w komplecie. Mąż z dwudniowym zarostem, dokładnie takim, jaki lubię.


Myślę sobie o wczorajszym spotkaniu. Pani D. wpadła na chwilę. Była ponad trzy godziny.
Kogoś mi przypomina. Jeszcze nie wiem dokładnie kogo, ale jestem blisko.
Pięknie mówiła po polsku, choć z Polski wyjechała prawie 20 lat temu.
Patrzyłyśmy na siebie i co jakiś czas spontanicznie mówiłyśmy 'ja też tak mam'.
Mam szczęście do ludzi. Tak jakoś.
W kalendarzu zaznaczyłam kolejną datę.
Kwiecień.
Jeszcze nie wiemy dokładnie co, jak i gdzie, ale zarys ogólny już powstał.
Reszta w rękach organizatorów.
Mało kto tutaj wie, że gdy 14 kwietnia o 17.00 biją nagle dzwony, to biją dla Polskich żołnierzy, którzy przyczynili się do wyzwolenia tego miasta z rąk okupanta. Ja już wiem...
Potem opowiadała mi o Panu Heniu. O tym, jak zestrzelił snajpera, ratując w ten sposób dziesiątki innych żołnierzy.
Pan Heniu był tu kilkakrotnie z wizytą. Dobrze się znali. Lubili się.
Miał nawet wykupione bilety na samolot w ubiegłym roku.
Nie przyleciał.
Mówiła o nim ze łzami w oczach.
Ubrana w biały polar by Henri Lloyd...

piątek, 1 lutego 2013

Dla....


tak było... jest... i jeszcze trochę pobędzie...
to jakby być odciętym od reszty świata...
jakby mieszkać na bezludnej wyspie...

Wstyd

Przyznam się do czegoś. Sama przed sobą.
No może ciut też przed Wami.
Zawstydziłam się.
Odkąd otworzyłam fanpage'a i zaczęłam stopniowo polubiać inne strony, codziennie z automatu zalewa mnie taka ilość pięknych zdjęć, obrazów, stylizacji i innych takich, że chwilowo brakuje mi słów.... .
I pomimo tego, że wychodzę coraz bardziej na prostą i już dzisiaj nawet się pomalowałam, chwilowo czuję się tak strasznie szara, bura i mało interesująca, że wolę sobie popatrzeć na innych.....

ps. kto ma ochotę na espresso w szkle?