niedziela, 27 stycznia 2013

Nos utarty przez los

Dziś mój wielki dzień. Narazie udaję, że mnie to w ogóle nie obchodzi. Siedzę sobie niby nigdy nic w szlafroku, zasmarkana, z obolałym gardłem. Najbliższe godziny miną mi pewnie na wymyślaniu strategii, co o której zażyć, żeby mniej więcej o 17.30, gdy to wyjdę na scenę, wykrzesać z siebie cokolwiek. Los ze mnie srogo zaszydził. Mogłam się tego spodziewać, że utrze mi nos. Że skoro już wszyscy wokół przeszli grypę to i na mnie kiedyś padnie. Dlaczego by właśnie nie dzisiaj? Trzymajcie za mnie kciuki. Gdzieś między szybką, a wolną częścią, lub po którejś z kresek taktowych pomyślę o Was!
A jutro z rana, gdy zacznę znowu wszystko 'od początku' (koncerty zawsze dawały mi takie poczucie, że zamykam jakiś etap i otwieram nowy :) będzie czekać na Was kolejna mała włoska niespodzianka... Nie przegapcie!

9 komentarzy: