środa, 9 stycznia 2013

Krzyk!

Od dwóch dni, po uśpieniu dziewczyn ląduję z papierowymi magazynami na kanapie na poddaszu. I... I to jest cudowne. Czytam, przeglądam, odkrywam. Muszę przyznać, że jakoś więcej zostaje mi w głowie po takiej papierowej lekturze. Czytam. Wszędzie widzę całe mnóstwo młodych ludzi, setki stron pomysłów, inicjatyw, działań, akcji, przedsiębiortsw, lokali. Jestem tu dopiero dwa dni, a już zrobiłam pasztet z czerwonej soczewicy i risotto z imbirem z KUKBUKA. Tak się akurat złożyło, że moje kuchenne resztki idealnie wpasowały się w te dwa rewelacyjne przepisy z pierwszego numeru. Ale tak poza tym, to temu wieczornemu relaksowi towarzyszy taka malutka garstka goryczy... No musi być trochę kwasu w tej całej słodkości, w tej mojej włoskiej idylli. Wczoraj wieczorem przedyskutowaliśmy kolejny już raz różne plany. Plany E i D zajęły miejsce planów B i C. Nie bardzo mnie to uspokoiło, bo to tylko plany. To nasze gdybanie. Niefajnie jest planować, zaczynając zawsze zdanie od 'se'. Jesteśmy mocni w gębie. Pocieszamy się wzajemnie, ale rzeczywistość daje nam i tak kopa w dupę na dobranoc. Włoska rzeczywistość. Brak pracy. Umowa tylko do maja 2013. Uśmiecham się do siebie, bo tak się składa, że sporo rzeczy wygasa mi właśnie w maju 2013. Znak? Ostrzeżenie? Światło awaryjne włączone na chwilę przed jakimś ostrym zakrętem? Jak można ludzi pozbawić tego elementarnego prawa? Co w tym kraju jest nie tak, że mamy tu taki marazm? Wcale nie chwilowy. Programy publicystyczne są prawie w całości przewrzeszczane. Berlusconi wraca dumnie na pole bitwy. Mnóstwo włoskich znajomych jest już blisko czterdziestki i dalej mieszka albo z rodzicami, albo poza domem, ale na ich koszt. Jadę do Polski i co widzę? Młodzi znajomi otwierają firmy, sklepy online, lokale, ba... szukają nawet franczyzobiorców i to w stolycy. Znajomi muzycy grają. Koledzy z liceum dyrektorują. Niektórym stuknie już 10 lat pracy. Nie wiem. Nie ogarniam tego. Czytam i słucham, ale nie potrafię dokonać konstruktywnej analizy sytuacji. Każdego dnia otwieram skoroszyt z zapiskami i próbuję podejmować próbę. Jakąkolwiek. Przerasta mnie system. Dziś walę głową o mur i krzyczę 'Che paese di merda!'...

10 komentarzy:

  1. Bo to taka dawna piesn, ze w Polsce jest gorzej, a na "zachodzie" lepiej. Jest roznie. I u nas i tam. W Polsce latwiej cos zaczac, ale trzeba miec pieniadze. I chciec. Pieniadze trzeba miec wszedzie, ale za to checi w Polakach wiecej.
    Nie da sie zbudowac czegos szybko. To pulapka wyjazdow na jakis czas - nie zdazy sie zbudowac niczego tam, a tu jest sie do tylu o te pare lat, w czasie ktorych inni poszli do przodu.
    Trzeba miec plan, tylko niestety nie wszystko jest zalezne od nas. Stad plany C i D i Z.
    A znajomi, roznie to bywa. Trawa zawsze jest bardziej zielona za plotem. Mysle, ze oni Ci bardziej zazdroszcza:) Milla

    OdpowiedzUsuń
  2. witaj po dlugiej mojej nieobecnosic na twoim blogu. Po pierwsze to LEPSZEGO nowego roku :-). My bylismy w Polsce na swieta, i tez nie jest rozowo... owszem nie ma jeszcze kryzysu, ale powoli, powoli i jego sie juz odczuwa... Pewnie w Polsce latwiej znalezc prace byloby, a to dlatego, ze znajomosci, referencjie itd. Ale coz w Bell paese nie jest bardzo bell! A jak slysze ze ten idiota Berlusconi znowu wroci, to mam ochote pakowac walizki natychmiast i jechac gdzie pieprz rosnie. ale wiadomo On sam sie nie wybierze, tylko wybiora go nasi Italiani. Ktorzy zamiast szukac pracy jakiejkolwiek, wola siedziec na garnuszku mamusi, i za jej pieniazki kupowac RayBany, Monclery i inne Louis Vuoittony!!! Doprawdy nie wiem skad maja na to pieniadze???

    OdpowiedzUsuń
  3. Mysle, ze zycie w Italii, ktora jest gleboko pograzaona w kryzysie na pewno nie nalezy do latwych, i nie dziwie Ci, ze masz takie odczucia. Powiem Ci szczerze, ja zawsze tez mam wrazenie ze w Polsce wszyscy bardziej pra do przodu, sa bardziej obrotni, kreatywnim nie boja sie ryzykowac. I tez wydaje mi sie zawsze ze ja wsiaklam tutaj w ta stagnacje, w ta sama firme od dobrych kilku lat, w te same nudne poprawne szwabskie schematy., ktore tak naprawde nie sa moja bajka. I tez chcialabym cos zmienic, a na chwile obecna znowu nie moge, i tak w kolo macieju. Ale cos w tym jest, ze zawsze jest lepiej tam, gdzie nas nie ma...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sęk w tym, że mnie, reasumując jest to dość dobrze.... to taki słoty środek....i ja i mąż polubilismy to miejsce.... szukam tylko równowagi, między robieniem a nicnierobieniem
      .....

      Usuń
  4. A ja troche na poprawe humoru - wczoraj zrobilam pulpeciki w sosie pomidorowym, wedlug Twojego przepisu oczywiscie, i wszyscy byli szczesliwi. Dziekuje za przepis. Wrocilam z pracy z corka zupelnie wykonczona i okazaly sie ratunkiem. Roczna corcia rowniez zjadla dwa:)
    W Polsce zdecydowanie jest kryzys. Moze mniejszy, bo wiadomo, spadamy z nizszej gory. Tez pewnie zalezy, co sie porownuje - Warszawe z wloska prowincja czy Rzymem. Milla

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pulpeciki rules, ja uratowałam nimi w Polsce pół zakatarzonej rodziny :)

      Usuń
  5. Tyle razy sobie mowie DC zeby nie porownywac a potem....znowu.Ja tez widze, jak jestem w Polsce ze moi znajomi rodzina pedza do przodu buduja domy biznesy, piekne kobiety sa jeszcze piekniejsze a ja..tylko mysle sobie kiedy wracam, ze to tempo jest zbyt zawrotne. Ze owszem, ze maja wiecej,pedza na bramke ale czy zycie polega tylko na pedzeniu, spieszeniu sie poganaianu dzieci i gonieniu sukcesu. W zyciu poza Polska mysle, ze fajne jest to, ze zwalniamy, za mamy wiecej czasu na cieszenie sie zyciem a nie spalniu sie w pogonii za sukcesem. Ide na rower nad brzegiem oceanu a Ty mozesz zrobic to samo tylko we wloskiej scenerii. Dzieci wroca ze szkoly zjemy wspolny obiad i bede miala czas, zeby posluchac co dzisiaj dzialo sie w ich zyciu. Czy to nie luksus zycia. A ze nie ma planow dlugoterminowych. Mamy mezow dzieci rodziny taki stablny fundament a reszte zawsze mozna dobudowac bez wzgledu gdzie i w jakim kraju. Zmiany sa kreatywne. Pozdrawiam, L

    OdpowiedzUsuń
  6. L. sprostuję, bo może źle to ujęłam i wyszlo, że jestem jakaś zazdrośnica..... nie.... tak nie jest... kocham moje włoskie dolce vita, uwielbiam codziennie wspólne ciepłe posiłki, spacery, rower, kawe i cappucino wypite na spacerze z dziećmi.... moje włoskie życie jest naprawdę fajne, pomijając caly ten 'macierzyński' magiel. i właśnie o to tu chodzi! że jest tak fajne, że jak sobie pomyślę, że zaraz być może się to skończy to mnie szlag trafia.... chciałabym tak jak w PL móc pójść otworzyć biznes, robić coś, mam wiele pomysłów... ale system takim właśnie ludziom kładzie kłody pod nogi.... nie ma ulg, jakieś abstrakcyjne zaliczki na podatek, mnóstwo opłat, podatków od wszystkiego i haraczy. sami włosi kombinują jak tylko mogą, a co dopiero obcokrajowcy..... nie boję się o siebie, bo wiem, że nie utonę, jak tylko uwolnię się od małej i będę miała tych kilka godzi dziennie 'sam na sam' wiem, jestem tego pewna, że wrzucę na piątkę, taka juz jestem, nie potrafię siedzieć bezczynnie. boję się o męża..... chodzi mi tylko i wyłącznie o to, jak on zostanie na lodzie i nieczego nie znajdzie to będzie taka pospolita kapa.....choć on i tak zalicza się do tych włochów mało włoskich... dziewczyny..... tak poza tym, to bardzo bardzo nardzo serdecznie dziękuję Wam za słowa otuchy, odpalam rano kompa i czekam na wasze rady...... strsznie to dla mnie ważne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. DC wcale nie pomyslam, ze zazdrosnica - nie wygladasz na taka raczej bardzo ambitna. Ja juz po rowerze. Coraz dalej i szybciej i jestem z siebie dumna tu i teraz. U nasz tez roznie. Szkotow zwalniaja. Wszedzie teraz jest tymczasowo. Dlatego tak wazne jest by byla rodzina. Cos stalego.L

      Usuń
    2. Kasiu, wiem, ze niepewnosc nie jest fajna, ale mimo wszytsko moze po prostu sprobuj cieszyc sie CHWILA :). I nie warto psuc sobie tych milych chwil tym, czego jeszcze NIE MA.
      Poza tym zmiany, choc sie ich boimy, wcale nie musza byc takie zle :), wrecz przeciwnie to przez nie mozemy sie rozwijac, odkrywac nowe rzeczy, ludzi, samych siebie...
      Jeszcze duzo przed Toba :)

      Usuń