czwartek, 24 stycznia 2013

Jestem, a mnie nie ma....

Przyjaciółka zdesperowana opowiada na skajpie o tym, jak to klasycznie pokłóciła się z teściową, a ta w zamian postanowiła ją ukarać nieprzychodzeniem z dnia na dzień do jej sześciomiesięcznego dziecka. Awaryjny telefon do wspólnej znajomej i jest. Awaryjna opiekunka. I jak to z awaryjnymi opiekunkami bywa, po dwóch dniach zrezygnowała. Najpierw w duchu pomyślałam sobie 'thanks God, mnie to nie grozi'.... bo nawet jak spadłam ze schodów i zwichnęłam kostkę, to się pod szkołę doczołgałam z wózkiem... Koszmarny ból i opuchlizna przyszły po spełnieniu macierzyńskiego obowiązku i po tym, jak minął środek przeciwbólowy zwany 'odpowiedzialnością'. Potem pomyślałam 'cholera, najbardziej dokucza właśnie ta niemoc, mogę gadać, mogę słuchać, mogę pisać, dzwonić, ale nic poza tym.' Nic innego z tej mojej dzisiejszej pozycji zrobić nie mogę. Jestem i mnie nie ma. A mogłabym przecież, skoro i tak do końca roku jestem z Młodszą, przypilnować małej Ka, chociaż do czasu... A dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo dziś mam znowu spadek formy. Nie ja jedna. Wiem. Widzę. Czytam. Te miliony, które mają już dość zimy i ciepłych herbatek z imbirem. Dziś czuję się tak strasznie nierealna, taka wirtualna, taka mało 'obecna', zmęczona chwilowo tym co 'tu i teraz'...

2 komentarze:

  1. Wiesz, jest takie glebsze "tu i teraz"... moze tam zajrzyj...? Polecam Eckhardta Tolle i probe obserwowania swoich uczuc i akceptowania ich... choc to nielatwe... ale przydatne :)
    usciski

    OdpowiedzUsuń
  2. No i mozna jeszcze zaglebic sie w jakas fajna ksiazke albo film? Albo ciepla aromatyczna kapiel...? :))

    I choc to brzmi moze z pozoru egoistycznie, sprobuj jednak nie brac na swoje barki zmartwien przyjaciol - w sensie obarczania sie zbytniego cudzymi zmartwieniami... co innego wspolczucie czy zrozumienie oczywiscie.

    OdpowiedzUsuń