wtorek, 24 grudnia 2013

Cicho...


Jest cicho.
Cichutko.
Piję białą herbatę, na paluszkach,
żeby nie zbudzić nikogo.
Za oknem wschodzące, aż czerwone słońce
oblewa szarawe kontury beskidu śląskiego.
Jeszcze tylko wyprasuję kilka bluzek,
jeszcze wypełnimy vat24 i odwiedzimy urząd celny
i kierunek Warszawa.
Kierunek - rodzina.
Kierunek - Wigilia!
I tak pijąc tę białą herbatę,
w błogim spokoju,
z wolną głową,
spowolnionym biciem serca,
świeżo podciętymi włosami,
wypełnionym kalendarzem,
czytam pewne życzenia,
żeby za rok nikogo z nas nie zabrakło.
Tak.
To też chyba moje życzenia.
To jedyne naprawdę istotne!
Zdrowia wszystkim!
Dbajmy o siebie i naszych bliskich!
Wesołych Świąt!

sobota, 21 grudnia 2013

Chcieć...


Biegacie dalej?
Przez zawieje, zamiecie i nadzieje?
Po skrzypiącym nibyśniegu?
Ja tak.
Dobrałyśmy się z Anią -
moim dobrym mikołowskim duszkiem.
Godzina piętnaście mija na pogawędce,
na ustalaniu menu na sylwestra,
terminu kolędowania wśród znajomych,
tematów okołokobiecych, kulinarnych i w ogóle.
Rzeczywiście mniej mnie tu.
Bo żyję życiem zwykłym, normalnym, realnym.
Na całe moje szczęście pracuję z dala od internetu,
wśród ludzi, z ludźmi, w ruchu, z muzyką.
Nie zależy mi na polubieniach, fanach,
czy sprzedaży jakiegokolwiek produktu.
Nie biegam po sklepach i nie wypatruję listonosza z kolejnym gadżetem.
Przeprowadzka uświadomiła mi jak wiele nazbieraliśmy i jak dużo mamy,
a jak mało w rzeczywistości nam potrzeba.

Tak chciałam i tak jest...

piątek, 13 grudnia 2013

Winter...



Kawę zamieniłam na herbatę.
Skórkę na mało zgrabne wacioki.
Akryl na głowie na kłującą wełnę.
Idzie...

czwartek, 12 grudnia 2013

A dzisiaj....


Rzeczywiście...
może czas już na bilans...
Minęły ponad 4 miesiące od oficjalnego przemeldowania,
trzy od podjęcia przeze mnie pracy.
Za chwilę święta i 13 dyskretnie ustąpi miejsca 14.
Jak jest teraz?
Dziwne uczucie,
bo nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było inaczej.
Włochy wydają mi się dzisiaj jakimś sennym
chwilowym wykolejeniem.
Gdyby nie kilka starannie zapisanych chwil na tym blogu,
być może w ogóle bym o wszystkim zapomniała.
Na zasadzie naturalnego wyparcia.
Jak jest dzisiaj?
Szkoła polska jest zupełnie inna.
Jest gigantyczna.
Jest o wiele bardziej zmachinalizowana.
Wyczuwam zdecydowanie mniejsze natężenie
w relacjach rodzic-nauczyciel, rodzic-szkoła.
Idę, zaprowadzam, buziak na do widzenia,
odbiór ze świetlicy.
Żadnych integrujących działań.
Zadań niebywale mało. Mało pracy w zeszycie.
Codziennie namiętnie wertuję zabazgrane kartki, a tu nic.
To co uległo zmianie to moja sytuacja.
Pracuję.
Na pełnych obrotach.
Jestem 'wysoce' wykwalifikowana.
Mam jakąś tam swoją energię.
Mam już w miarę spore dzieci,
więc zawodowo mam niezłe branie
w całym tym kojcu pań, które albo zaciążyły,
albo odchowują, albo dopiero planują.
Oczywiście tyram za grosze.
Ale tyram.
Rzeczywistość stała się zatem zdecydowanie bardziej szara i rutynowa.
Obiady są odgrzewane i na odwal.
Do wtorku przejadamy to, co niedzielne.
Pranie schnie dopóki nie zostanie włożone na ciało.
Czas mknie.
Nie wiem, kiedy poniedziałek staje się piątkiem.
I wreszcie.... tak jak większość świata czekam z utęsknieniem na weekend...


sobota, 7 grudnia 2013

Dom



Sobota.
Poranek.
Kawa jest taka kawowa.
A cisza taka cicha.
Pralka tańczy rumbę,
a pokrywki kominowe sąsiada stawiają dzielny opór orkanowi.
Jest grudzień.
Polski grudzień.
Przez moment przejrzałam sobie zeszłoroczne zapiski.
Uśmiechnęłam się.
Tyle się zmieniło,
a tak wiele rzeczy nie uległo zmianie...
Choćby mój kredens.
Przytaszczony niemalże na wozie drabiniastym.
I po raz kolejny udowadniam sobie i rodzinie, że dom to my...

piątek, 6 grudnia 2013

Ona



Ona przyniosła mi dziś rano białą herbatę,
ja jej dałam na obiad nasze zamrożone opieńki,
na risotto.
Ona mi radzi, gdzie lepiej wyrwać ósemki,
ja polecam jej dobrego gina.
Nie widziałyśmy się z dziesięt lat.
Może trochę ponad.
Teraz widujemy się kilka razy w tygodniu.
Biegamy.
Z orkanem tnącym po twarzy.
Z chłodem szczypiącym w pośladki.
Z porannym słońcem oślepiającym sobotnie niedospanie...

sobota, 23 listopada 2013

Gdyby...


Jestem chodzącą Etną.
Wulkanem przemyśleń i analiz.
W małej bordowej torebce noszę notesik z gumką.
Notuję.
Wiele.
Prawie wszystko.
Jestem bardzo zachłanna na rzeczywistość.
Małe karteczki z dniami tygodnia
nasmarowane są łapczywie planem do zrobienia.
Bo plan mam.
Sam się tworzy.
I teraz gdy wszystko zaczyna się układać,
gdy wróciłam na tor,
gdy widzę światło jak u Zemeckisa w Polarnym Expresie,
po tygodniach podróży w zawiejach i na zakrętach...
i gdy właśnie....
to nagle zaczynam się bać.
Że się rozbiję na drodze szybkiego ruchu,
na której akurat nie ma w ogóle pasa awaryjnego,
a jak ja stanę, to inni uderzą we mnie
i będzie kraksa największa na Śląsku.
A kto odbierze wtedy moje dzieci z przedszkola
i szkoły?
I kto i jak im wytłumaczy, że mama w szpitalu?
I już widzę te zapłakane oczy Starszej
i czuję tęsknotę Młodszej.
Bo przecież powtarza się kolejny raz ten sam schemat.
Zaczynam z pędem, a potem uderzam w słup.
Tak było z pierwszym stażem, kiedy to zaszłam w pierwszą ciążę
i szlag wszystko trafił, bo ciąża była trudna.
Tak było z drugą. Też do listopada pędziłam jak scirocco, który
zimą zamiata ulice Apulii, a potem nagle rozbiłam się na kolejnym słupie.
Bo druga ciąża.
Tak było 3 lata temu, gdy wszystko pięknie ładnie, a tu nagle wyjazd i znowu
w listopadzie szarobure chmury i deszcze zalały moją poukładaną rzeczywistość.
I teraz boję się, że wszystko huknie.
Że to wprost niemożliwe, żeby się udało.
Tak po prostu.
Wystarczy jedna zła informacja, jeden nieprzyjemny budziec
i uruchamiam w sobie lawinę katastroficznych myśli.
Myślę o terapii...
Już nie tylko blogowej...

piątek, 22 listopada 2013

Poza... proza



Jestem. Żyję.
Działam.
Pracuję.
Dzwonią do mnie.
Chcą mnie.
Bo pani ma doświadczenie.
Podejście.
Ma pani pałer.
Jest pani bardzo tfurcza.
A czemu pani tego nie wyda.
To takie fajne.
Ochy i achy.
A gdzieś równolegle do tych wszystkich propozycji
odnotowuję sukcesywnie wszystkie objawy nerwicy lękowej.
Czekam na eeg.
Szukam w miarę szybkiego terminu rezonansu.
Bo to nie jest fajne, kiedy nagle serce zaczyna ci dudnić,
robi ci się duszno, drętwieje żuchwa... tylko dlatego,
że pomyślałaś sobie przez jeden moment 'a co by było gdyby'...

Ale poza tym, jest okej..

sobota, 16 listopada 2013

A ty?



Biegam. Nieustannie.
Ważę 59 kilo.
Byłam na jodze.
Pracuję.
Mam kochanego kochającego męża.
Mam cudowne dzieci i troskliwych rodziców.
Dbam o przyjaciół.
Często gotuję.
A listopad też ma swój urok...

niedziela, 10 listopada 2013

Pleneroterapia

Mamo, jak tu smutno.
A czemu na tych oknach jest krew?



To nie krew.
To czerwona farba.



Wieczorna pleneroterapia.
Nikisz magiczny jest.
Kto nie widział, ten trąba...



Czekam na jarmark świąteczny.
Będzie zjawiskowo.

sobota, 9 listopada 2013

Now... nov



Chodzę z nosem na kwintę.
Listopad.
Zaczął się...

Nokaut



'Psze pani, morfologia cudna,
jeśli neurolog wykluczy inne rzeczy
to ja proponowałabym wizytę u psychiatry...'

Zanim to nastąpi,
An w przyszły czwartek zabiera mnie na jogę.
Samo bieganie nie wystarcza, żeby przydusić
moje wewnętrzne lęki i napady paniki.

Ale An jak się okazało też to miała.
Też po kilkuletnim siedzeniu z dzieckiem w domu.
Też, podobnie jak ja, po zmianach związanych
z przeprowadzkami.
Nagle wychodzisz z domowych pieleszy
i wpadasz w kierat.
I jakkolwiek tego kieratem nazywać nie chcesz,
bo przecież dbasz o higienę czasową rodziny,
to to jest kierat,
który daje ci po pysku przeważnie wieczorem.
Nokautuje cię.
Rzuca lewym sierpowym na małego jaśka
obok lokowatej główki...




sobota, 2 listopada 2013

Normalnie

Najpierw panika.
Wszystko idzie na czynsz,
zarządzanie śmieciami, dostawę gazu i prądu.
Zakupy i trochę benzyny.
A potem chwila zadumy.
Przecież pod hasłem czynsz są nasze
smętne wieczory,
gdy pod kołdrami czytamy 'Dzieci z Bullerbyn'
na przemian z 'Kotem Fagotem'.
A gaz to nasze zupy kremy i pieczona ryba z warzywami.
A prąd to relaksujące suszenie włosów i ciepła herbata z lipy
z wiejskimi malinami.
Więc okej. Niech i tak będzie.
Zwykłe życie...
Ono też kosztuje.

Aj kłit



Podliczam październik.
38 lekcji gry na pianinie.
Średnia wieku 4.
Do tego umuzykalnienia i inne trele.
Jest dobrze.
Nic to, że żyjemy dosłownie z tygodnia na tydzień.
Mam mocne poczucie, że sytuacja jest dalece rozwojowa.
Że zrobiliśmy dobrze w pewnym sensie 'uciekając' z włoskiego raju.
Sygnały, które do nas docierają nie są dobre.
Najważniejsze to to, że ja wreszcie naprawdę pracuję.
Pracuję i robię to, co zawsze robiłam.
Nie wymyślam siebie nowej na potrzeby kredytu
czy wysokiego jak wieża spadochronowa czynszu.
Pracuję, a nowe zlecenie już w drodze.
Jeszcze tylko zaświadczenie o niekaralności, sanepid i fru.
Od listopada nowe placówki.
Po raz pierwszy w życiu postawiłam sobie czasowo-finansowy cel
i pomimo pokus realizuję go jak taran.
15.30 i aj kłit.
Bo po dzieci, a potem jak nam się zachce to park, spacer,
odwiedziny sąsiadki, tej blond lub tej brunetki z góry.
A jak nam się zachce mniej to bajki i nogi do góry.
Albo fru do pokoju bawić mi się, jazda i już!
Tu pokrzyczę, tam poprzytulam.
Tu energiczniej wyciągnę z auta, bo za pięć ósma.
Tam ścisnę z miłości jak poranną cytrynę do miodzianki.
Wycałuję.
Jeszcze przyjdą czasy na otwarcie knajpy
i ślęczenie do wieczora, albo na weekendowe chałturzenie.
Teraz sorry gregory... mam małe dzieci... jeszcze zbyt małe...
So aj kłit...


piątek, 1 listopada 2013

wtorek, 29 października 2013

Awu+Hu=Po



Awu na chwilę przylatuje z Bru, bo Hu ma wystawę.
Łamię się.
367 słownie trzysta sześćdziesiąt siedem kilometrów
po polskich drogach widzę w mocno przyciemnionych okularach...
Ale przyznam też, że długoweekendowy Poznań kusi...

niedziela, 27 października 2013

Swoje trzy grosze



W piątkowy poranek dzwoni do mnie Magda El.
Moje muzyczne guru.
Mój życiowy autorytet.
Kiedy w 95' grała w finale koncert f-moll,
w ligockim M4 płakaliśmy wszyscy.
Ja, brat, mama i tata.
Wkroczyła w moje życie, kiedy najbardziej tego potrzebowałam.
Do rozemocjonowanej nastoletniej postawy
dorzuciła swoje trzy grosze.
Uświadomiła czym jest sukces
i w jakiej walucie się za niego płaci.
Przygotowała mnie do dyplomu.
Wydała na świat.
Dzwoni więc Magda El w piątkowy poranek,
bo koniecznie chce mi coś powiedzieć.
Bo to niesamowite,
że jeden z najwybitniejszych uczniów,
jakiego wypuściła moja szkoła,
ucznia, w którego pompowano wszystkie
środki finansowe, by mógł bez skrępowania szkolić się
u najlepszych, zaliczając w ten sposób
rekordową ilość master classes
u największych polskich pianistów
i nie tylko, że ten właśnie uczeń zapytany ostatnio
o to, który nauczyciel odegrał w jego
dotychczasowej edukacji najważniejszą rolę,
ten człowiek publicznie wymienił mnie...

poniedziałek, 21 października 2013

Bez kamuflażu



Na bilboardzie duży napis.
Kopa na Cabanę.
Starsza czyta.
Opornie.
Tłumaczę drugie dno i grę słów.
No... przecież wiesz...
To tam, gdzie mieszka Wujek.
Droga jest prosta jak drut,
więc wszystkie moje myśli zbaczają na inny tor.
Czujność wyostrzam tylko przy radarach.
Dobrze nam się ostatnio rozmawiało.
U niego wiosna, u nas jesień.
My po przeprowadzce, on w trakcie.
W maju może się spotkamy.
Może przywiezie męża.
Dla kamuflażu zaprosi też koleżankę z liceum.
Rozmawiam i myślę już
nad rozstawieniem krzeseł.
Wybiegam myślami do przodu.
Maj jest w końcu w Polsce piękny.
Bez kamuflażu...

Autumn

Jestem.
Rozedrganą emocjonalnie kobietą po trzydziestce.
Nie wiem, czy to hormony,
czy dwie ciąże, czy przeprowadzki,
czy brak stabilizacji finansowej,
czy wszystko razem do kupy.
Staram się z całych sił
stworzyć poczucie bezpieczeństwa
i stabilizacji.
Co wieczór czytam 'Dzieci z Bullerbyn'
i robię domowe zupy kremy.
Dbam o aktywne życie w plenerze
i doznania natury estetycznej.

Ale serce i tak mi dudni bezwolnie...

niedziela, 20 października 2013

Miejskie sobotnie

Jeśli zabierasz się do pisania
spontanicznych notatek przy kawie
konturówką do ust,
to znaczy, że jesteś wyczilowana...



Uwielbiam miejskie szlajanie...



Pod ciepłą rękę z mężem...



Bez planu a,b i c...



Być w październikowym sercu miasta...



I nic nie musieć ...





sobota, 19 października 2013

Dilemmi

Zbyt mało, żeby spokojnie opłacać rachunki.
Zbyt wiele jednak, żeby znowu wszystko rzucać
i się sztucznie przekwalifikowywać....

środa, 16 października 2013

Względnie...



Dla niektórych mało to tak wiele...

Bez komentarza



Nie wiem, co powiedzieć.
Trudno mi cokolwiek pisać.
Patrzę na zdjęcia i widzę cudowny październikowy weekend,
spędzony z rodzicami na wsi.
Czuję jeszcze na ustach smak zwęglonego ziemniaka
i zapach dymu.
Widzę nostalgiczne malwy i wytęsknione za ciepłem cynie.



Ale słyszę też dzwonek telefonu i głos G.
z głuchym ' nic jeszcze nie wiesz?'.



I może to, że w drodze powrotnej wylądowałam w szpitalu pod Zawierciem
na nieodgadnione 'niewiadomoco',
które najpierw zadudniło mi w klatce piersiowej,
potem zamrowiło w rękach i nogach,
a na końcu prawie zwaliło z nóg
w pobliskie leśne przydrożne runo z zawrotami głowy
i uczuciem, jakbym już odpływała gdzieś tam na zawsze...
może to efekt przejęcia, stresu...
Oby....



Bo nie można tak po prostu uwierzyć,
że kilka miesięcy temu grało się ślubnie arię na strunie g,
a teraz kolejnej koleżance przygrywają tę samą arię
w ostatniej drodze na podczęstochowski cmentarz.
I aż trudno wyobrazić sobie, co musi czuć
młody człowiek, który postanawia skończyć ze sobą
w cudowny październikowy poranek 2013 roku,
gdy mamy wszyscy trochę ponad trzydzieści lat.
15 pięter nie daje nikomu żadnej szansy...



Więc dzwonię dziś pędem do przychodni.

Bo mam dla kogo żyć...






poniedziałek, 7 października 2013

AA



Myślę i przemyśliwuję na lewo i prawo.
Wzdłuż i wspak.
Na wznak i opak.
I zgadzam się.
Brakuje mi tego katalizatora.
Myśli się kłębią pod czachą.
Obrazy same pstrykają.
Rzeczy same włażą w kadr, a słowa same pchają na usta.
Niewinne spisywanie rzeczywistości stało się moim osobistym
kronikarstwem, które stanowi ogromną wartość.
Przede wszystkim dla mnie samej.
Wracam.
Autentycznie, bo anonimowo...