piątek, 28 grudnia 2012

Do kitu

Zmywarka ruszyła. Nogi w górę. Przez chwilę przeszło nam przez myśl, żeby wyjechać dziś w nocy, bo męża nosi. Nosi go bardziej niż mnie. Rozładowałam napięcie sytuacyjne kilkukrotnym odkurzeniem dziecięcego pokoju. Zupełnie bez sensu, bo nie odkurza się przecież pokoju dzieciom, które mają koczować w nim cały niemalże dzień.
Jadę do Polski trochę z poczuciem, że jestem do kitu. Do kitu ze mnie matka. Do kitu żona i gospodyni. Do kitu blogerka. Do kitu. Nie będę się silić na spotkania. Zaszyję się w kokonie najbliższych znajomych. Przytyję kolejne dwa lub trzy kilo. Nie posądzam się o rozpłakanie. Coraz trudniej mi to przychodzi. Będzie pewnie parę zrywów. Może nawet więcej niż pare. Wszystko owiane oparami obaw. O! Baw!

Perplessa

Za kilka dni zmienimy cyferkę. Dwójkę na trójkę. Nie spieszy mi się tym razem. Dwójka była dobra. Stabilna. Trójki trochę się boję. Wieczorami chowam się pod kołdrą Młodszej, wtulam się w jej malutkie ramionka i zasypiam, prawie codziennie pełna obaw...

czwartek, 27 grudnia 2012

Włoska opowieść wigilijna

Dwa dni na poukładanie ubrań, poprasowanie i wypranie przemyśleń...
Tegoroczne Święta były inne. Były prawie całkowicie przespacerowane i zjeżdżone.
Potrzebowałam tego. Zostawienia dzieci pod opieką dziadków, zamknięcia masywnych drzwi ze zdawkowym 'a dopo'.

Vieste przywitało nas słońcem i typowym dla siebie wiatrem. Uwielbiam miasta 'po sezonie'. Są takie inne. Puste. Ciche. Widać i czuć wtedy o wiele więcej...




Morze nie zawiodło... Chyba każdy powinien mieć ustawowe prawo do morzoterapii, przynajmniej kilka razy w roku....



Zimą znikają fluoroscencyjne kolory parasoli i ręczników. Jest cicho, nostalgicznie i tajemniczo. To lubię najbardziej...


Znikają auta i żadna 'curva' nie jest już 'pericolosa'.


Można spokojnie przycupnąć na poboczu i przy owczych dzwonkach i zapachu rozmarynu patrzeć, patrzeć i patrzeć...



Moża podziwiać Gargano w rytmie słońca...


I nie przeszkadzały mi nawet niewywożone chwilowo śmieci w mieście...



A 'macchiato' w barze było takie..... kawowe...


I chociaż nie było deszczu, ja wszędzie widziałam tęcze...


A przy stole, oprócz wyśmienitych dań serwowanych przez teściową, królowały białe delikatne bąbelki 'Ferrari'...



Z dłonią w dłoni, padło nawet parę niekontrolowanych pocałunków...


A w Manfredonii cały czas się potykałam, bo jak można iść 'do przodu', gdy z tyłu taki widok...


Przenikającą morską wilgoć neutralizowaliśmy rozmowami w przydrożnych barach...


Było.... inaczej. Trochę bardziej 'zachłannie' i jakby na przekór ogólnym tendencjom 'egoistycznie'...






czwartek, 20 grudnia 2012

Tik tak tik tak


Jeszcze tylko jeden dzień i fruuuuuuuuuuuuu!
A teraz...zaparzony rumianek z odrobiną miodu z dyskretnym szumem pralki w tle.
Starsza walczy z patyczkami. Młodsza bajkuje.
W telewizji włoskiej przeskakują z silikonowej twarzy Barlusconiego na córkę znanego włoskiego piosenkarza, która ze swoją partnerką tuli do piersi cudowne bliźniaczki, wszystko doprawione sosem kryzysowo-emeryturowym. Czekam na Święta...

Maestra di pulpeciki


Z makaronem jestem na bakier. Nie dotrzymuję czasu gotowania, mylę rozmiary garnków...
Dziewczyny są jeszcze na tyle małe, że nie protestują, a maż jak chce makaron, to sobie go sam gotuje. Prosta sprawa. I mam to w nosie.
Ale... pulpeciki to w ostatnim okresie moja specjalność, a miłość do włoskich pulpecików jest tak samo wielka, jak nienawiść do polskich mielonych. I nic na to nie poradzę. Niby to samo, ale zupełnie inne. Chyba wszystko polega na tym, że my w polsce dodajemy namiętnie do mielonego mięsca cebulę, która na etapie smażenia, czy gotowania dodaje mięsu dość specyficzny aromat. Pulpecików robię przeważnie około 25. Znikają wszystkie...


A co jest w środku?
Mięso mielone, jajka, bułka tarta lub wymoczony czerstwy chleb, szczypta soli i to, co w pulpecikach najlepsze czyli kilka porządnych łyżek startego parmezanu... Formujemy pulpeciki i wrzucamy do gorącego sosu pomidorowego...


Coś na ząb

Odkrywam w sobie niezużyte jeszcze pokłady wieczornej cierpliwości i w ostatniej chwili produkuję drobne upominki dla polskich koleżaneczek Starszej. Zaraz po wyprodukowaniu chowam skrzętnie do torby na poddasze, żeby się nie zakochać....


Mr. Dente jest dla małej Kal, albo może dla jej mamy, która już niebawem przekona się o tym, co to jest ząbkowanie!!!

A się zainspirowałam, albo może ściślej byłoby 'zerżnęłam' z tego o to cuda!

I bum!

Taaaa. Dziś śnił mi się jakiś kataklizm. Taaaa. Można, sobie wmawiać, że jest się odpornym na sygnały z zewnątrz, nie włączać telewizora, żyć tylko swoim życiem, dziećmi, pulpetami, pachnącym praniem do uprasowania i 5 sukieneczkami w podwójnej wersji na kolejnych 5 dni świątecznych. Tylko ciekawe dlaczego właśnie 20 grudnia śni mi się moje miasto, aula średniej szkoły muzycznej, koncert, który ma się zacząć, a który zostaje nagle odwołany z powodu huraganu i czegoś w rodzaju trzęsienia ziemi. Pamiętam niesamowicie granatowe niebo i jakiś bardzo donośny głos.... Potem wszystko ucichło i ludzie wyszli na ulice. Tramwaje znowu zaczeły jeździć, a telefony dzwonić...

Wszystko będzie dobrze. Uruchamiam moją oknoterapię....



środa, 19 grudnia 2012

Koryto

Na samą myśl o lodowej sałacie przy tych temperaturach marznie mi nos. Półki z sałatami i rukolami omijam z daleka. Wolę gotowany szpinak, bietole, czy nawet od czasu do czasu kalafior. Ale włączyło mi się czerwone światło, bo mój metabolizm stanął, a ja zdecydowanie bardziej niż końca świata boję się kuchni mojej teściowej i wszelakich produktów regionalnych Apulii. Przed wyjazdem zawsze daję sobie mocno po pysku, a potem i tak jem wszystko i wszędzie. Nie wiem jak to wygląda w innych regionach, ale na południu, poza Wigilią, praktycznie resztę okresu świątecznego spędza się odwiedzając i przyjmując gości. A że niemal każdy robi 'cartellate', czy 'mandorle atterrate' ciut inaczej, to ja za każdym razem to solennie sprawdzam. Jestem obłędnie zakochana w słodyczach bożonarodzeniowych, w serach typu caciocavallo, scamorza, szczególnie tej wędzonej 'affumicata'. Zresztą basta. Siadam do swojego sałatkowego koryta...




I gdy tak jem, patrzą na mnie malutkie wełniane oczy. Myślę sobie, że nie potrafiłabym chyba szyć zabawek hurtowo. Za każdym razem, gdy dorabiam oczy właśnie, zabawka staje się w pewnym sensie 'moja'. Zostawiam tego typu działalności na czasy, gdy będę przymierać głodem. Nie wiem, gdzie będę się starzeć. Podejrzewam, że gdziekolwiek by to nie było, emerytury mieć nie będę. Od dawna zresztą mam taką wizję siebie siedzącej na bujanym fotelu, dziergającej szaliki na szydełku i dającej lekcje fortepianu... Oby...

I nic na to nie poradzę, że gdy zaczynam dziergać stosy naczyć zalegają w zlewie, a Młodszej na obiad serwuje niezmiennie zielone pesto....




wtorek, 18 grudnia 2012

Przybieżeli...


Mąż nadgorliwymi nadgodzinami wyrabia skrupulatnie ostatnie tegoroczne limity.
A mój świat zewnętrzny powoli nabiera blasku...

Produkcja słoni






Nie biegam po sklepach. Prezenty już są, bo wiedziałam, że ten tydzień będzie bezsamochodowy i domowy. Siedzę w domu, gotuję i produkuję słonikowe podgłówki do samochodu. Czeka nas kilka dobrych tysięcy kilometrów podróży...



Na przekór

Otwieram skrzynkę pocztową. Zwykle są w niej już tylko rachunki. Życzenia rzadko. Wiatr rozwiewa klapy płaszcza. Zimno. Wilgotne zimno jest przeszywające. Otwieram kopertę i uśmiecham się. Życzenia od właścieli naszej ukochanej miejscówki wakacyjnej na półwyspie Gargano. Taki sprytny myk marketingowy. Życzenia plus aktualny cennik. Idę po Starszą i uśmiecham się sama do siebie. Przechodzę przez ruchliwą drogę i widzę turkusowe morze. I już mi się chce znowu tej drewnianej werandy i gorącego powietrza o świcie, ciepła, w które teraz tak trudno mi uwierzyć, a które jest równie ciężkie i równie wilgotne i przenikliwe jak to dzisiejsze zimno. A było mi tak...

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Niedziela w poniedziałek

My mamy rosół, a Włosi ragu'. Niedzielny rarytas popełniony przez męża. Mnie jednak najlepiej ragu' smakuje w poniedziałek. Bo nic wtedy już nie trzeba...

Gratuluję!

Majkabally, poranne, zaspane rączki Młodszej wyciągnęły z puszki Ciebie! Jak tylko świeżutki olej przewieziemy z Gargano do Polski, czyli w okolicach Sylwestra, przygotuję Ci przesyłkę! Na maila prześlij mi proszę adres. Gratuluję i ściskam! Kasia

Piri-piri

'Wiesz, strasznie podobają mi się te twoje piri-piri' - pochwaliła moje barokowe ozdobniki wszelakie po wczorajszym występie Paola, sopranistka. 'I w ogóle to pozmieniałaś kilka rzeczy, grałaś jakby trochę inaczej'. Taaaaa. Rzeczywiście, poza paroma ponadprogramowymi piri-piri poszalałam trochę w recytatywach. Choć poszalałam to może zbyt wybujałe słowo... Koncert się udał. Kościół wypełniony. Nie po brzegi, ale wypełniony. Teraz metodycznie ćwiczę Koncert Włoski. Z Bachem to nie przelewki, ' non si scherza'. Zostało nieco ponad miesiąc. Tu rzeczywiście mam motylki w brzuchu na samą myśl o występie. Ostatni raz publicznie Bacha na Steinway'u grałam ponad dziesięć lat temu, na wstępnych. Potem już tylko instrumenty z epoki, klawesyny, organy, klawikordy, fortepiano... A teraz popijam kawę. Karteczki z nickami wrzucone do pudełka czekają na stole na Młodszą, która dosypia....

sobota, 15 grudnia 2012

Prymitywni

Radio na ful. Czuję się jak na Ibizie. Sobotni chillout. Mąż tańczy z dziewczynkami. Ja popijam czerwone Primitivo del Salento. Zrobiłam mam nadzieje ostatnie spożywcze zakupy w tym roku. W piątek wyjeżdżamy. Zaplanowałam z grubsza cały kulinarny tydzień. W tym tygodniu będzie domowa pizza, pulpeciki w sosie pomidorowym, mam też składniki na piadinę, na lasagne i tartę szpinakową. Dzieci zobowiązują...

piątek, 14 grudnia 2012

O groszku i nie tylko

Do groszku mam ogromny sentyment. Lekko podgrzany i polany olejem, za darmo, bez dodatkowych opłat przenosi mnie do roku 2000. Taka piękna, okrągła data w moim życiu. Nieważnie czy wstyd, czy nie wstyd... Do 2000 roku nie wiedziałam na dobrą sprawę co to jest olio extravergine, mozzarella, pomodori pelati, bazylia i parmezan. Że nie wspomnę o prosciutto crudo, bresaola, creme caramel i całej masie tego, co dziś, a w zasadzie właśnie od 2000 roku zaczęło budować moją codzienność. Tak więc jest 2000 rok. Lato. Mam dwadzieścia lat. Jadę na letni kurs włoskiego. Obiady, jak cała reszta studentów z całego świata jadam na uniwersyteckiej stołówce. I tak pozostał sentyment do groszku, najlepiej z cieńkim plasterkiem kurczaka, polanym dosłownie paroma kroplami cytryny... A dzisiaj nie mam ochoty na makaron, w ogóle rzadko na makaron mam jakąś wielką ochotę... Uwielbiam np. łączyć tuńczyka z odrobiną majonezu, albo tak jak dziś po prostu z odrobiną śmietany i szczyptą soli...

Life

Ostatnio złagodniałam. Cyzeluję słowa. Cenzuruję w głowie to, co mam, chcę napisać. Może dlatego, że dużo więcej czytam. Czytuję. Oczywiście głównie w sieci. Skaczę po tematach. Wnętrza, chyba najmmniej kulinaria, ostatnio nowe technologie, wciągneły mnie, te wszystkie mechanizmy, social media. Czytam i nie wierzę. Nie dowierzam. Jak wiele może tak niewielu. Jak bardzo pogłębia się przepaść między reklamą typu szyld, neon, a tym co dzisiaj trzeba brać pod uwagę zakładając biznes, czy rozwijając ten już istniejący. Ale podoba mi się to. To znak czasu. Nie muszę pędzić razem z nim, ale mogę mu się bacznie przyglądać. Lubię się przyglądać. Jesienią i zimą żyję głównie w sieci. Złapałam się, jak ta mucha u Brzechwy. Ale dobrze mi tu. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Jestem ze wszystkim na czasie. Nic mnie w styczniu nie zaskoczy. W głowie powolutku układam scenariusz tych kilku polskich dni. Mam listę do poczytania, do zobaczenia, do zrobienia, do spotkania. I wszystko pod szyldem 'improwizacja w durowej tonacji'. Poza tym chudnę. Lubię siebie z delikatnie wystającymi kośćmi obojczykowymi i burczącym lekko brzuchem. Wczoraj nawet zrobiłam sobie sama kilka zdjęć. Wieczorem, w pełnym makijażu, lekko rozmazanym. Nie było źle. Lubię to uczucie, gdy patrzę w lustro i myślę 'fajna jesteś', lub 'nie jest jeszcze aż tak źle'. Tak się jakoś składa, że najfajniejsza jestem zawsze poniżej 60 kg. Lubię się akceptować. Lubię ten stan. Wtedy jestem z reguły milsza dla innych. No więc jadę dalej. Bez głodówek, dukana i innych. Minimum dyscypliny daje najlepsze efekty. U mnie. Znam swój organizm. Wiem, czego mi nie wolno, na co mogę sobie pozwolić. Staram się po prostu nie grzeszyć.... Wczoraj cały niemalże dzień spędziłam myślami w Warszawie. Polubiłam ja tego lata. I jeśli miałabym wrócić do Polski, to chciałabym chyba właśnie tam. Powodów mam kilka. I prawie wszystkie maja imiona i nazwiska. Bo to, czego nauczyłam sie przez ostatnie dwa lata to fakt, że najbardziej brakuje mi ludzi. Wieczorem zagrzałam sobie porządnie vin brule' i wyłożyłam mężowi moją teorię, mój plan B. Jesteśmy zgodni. A życie toczy się dalej. Tu i teraz... I jest piękne.

środa, 12 grudnia 2012

Gdybanie

Myślę sobie, że w sumie nawet gdybyśmy wrócili do Polski, to nie byłoby tak źle... Co prawda najpierw trzeba będzie znaleźć wóz drabiniasty na wszystkie klamoty, ale potem wszystko i wszyscy byliby tak blisko....

Zupa, ktorej nie było...

Halo. Cześć. Skończył się papier toaletowy. Ok. Ok. To cześć. Cześć. Wczoraj nie poszło o to, że zupa była za słona, tylko o to, że jej wcale nie było. Nic nie było. Bo sobie zastrajkowałam. A zastrajkowałam sobie, bo według mnie to nie jest normalne, że jak facet zostaje sam z dziećmi, to zawsze w pozycji horyzontalnej z napisem na czole 'róbta co chceta, matka przyjdzie to to wyzamiata, wytrzepie, wypierze, zaniesie, zgasi i naprawi'. Więc się nasłuchałam. Później wycedziłam kilka sarkastycznych włoskich zwrotów, a następnie wymościłam sobie wygodne 20cm na półtora metra obok trzylatki...

Porannie

Już nawet nie odliczam... Cały świat dookoła odlicza za mnie, wszyscy odliczają, więc sobie na to wszystko spokojnie popatrzę... popijając herbatkę ze startym imbirem i miodem. Pranie wstawione. Skrzydełka z kurczaka skwierczą delikatnie na lekkim gazie. Poziom satysfakcji z kolejnych kilkunastu gram na minusie podnosi się z każdym dniem wprostproporcjonalnie. Słońce próbuje przekłamać rzeczywistą temperaturę na zewnątrz. Starsza dzielnie poszła do szkoły. Pediadtra orzekła, że angina to nie angina i skąd ja w ogóle znam takie metody jak fiolet... Cri wpadła wczoraj niespodziewanie z zeszytami i pozachwycała się trochę kredensem i innymi wytworami 'fai da te'. I w zasadzie wszystko byłoby pięknie, gdyby nie telefon teściowej i kilkudziesięciominutowa pogawędka o kryzysie...

wtorek, 11 grudnia 2012

Nutella party

Najwyższy czas na uczczenie trzeciego dnia anginy ropnej. Jedno chore dziecko w domu to szpital. Dwójka to już półkolonie.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Na zewnątrz

Głowa podróżuje, wchodzi do klimatycznych kafejek, snuje się wieczorami po nieznanym mieście, buszuje po pchlich targach, wpada do koleżanki na kawę, wertuje w księgarni kalendarze na 2013 rok, a ciało wystawia rosół z indyka na balkon, ratuje się kolejną kawą, zmywa z umywalki krople fioletu po stoczonej walce i poprawia fluidem szary koloryt twarzy...

Pon-pon

A gdyby nagle zabrakło śniegu....
ps. olej czeka....:)

niedziela, 9 grudnia 2012

Observer

Lubię samotne zakupy. I choć nadal każdy płacz dziecka wybija mnie z mojej mantry, a każdy sygnał to sygnał mojej komórki, to jednak jest to dla mnie pewna forma relaksu. Spokojnie odtwarzam w głowie kolejne potrawy. Prawie zawsze mam listę, ale gdy jestem sama lubię powolnie snuć się wzdłuż regałów. Przyglądam się ludziom. Zerkam im do koszyków. Dziś na przykład przepuściłam w kolejce matkę i córkę. Bez większego powodu. Miałam czas. Eleganckie, bardzo włoskie, szczupłe i w miarę niskie. Rozmawiały o ubraniach, o jakości materiału, o fasonach. Potem córka kazała matce przejść do przodu i za wszystko zapłaciła sama. Ten etap też mnie czeka... A olej czeka...

I bęc

Tak. Matka poszalała. Wczoraj było miło, rozkosznie, beztrosko i w ogóle. A dziś ganiałam Starszą z patyczkiem zanurzonym w fiolecie, w nadziei, że może uda nam się uniknąć kolejny już raz antybiotyku. Ósma z hakiem i fru na stanowisko. Mąż wyprosił wyprowadzenie psa. A potem zakupy. Ale zakupy muszą być takie, żeby starczyło na tydzień sensownego odżywiania zdrowego i chorego dziecka. Na męża w tej kwestii nie liczę, bo truflami to one się raczej nie najedzą... I potem się zastanawiam skąd się u mnie biorą stany lękowe, gdy pozwalam sobie na ciut, dosłownie ciut więcej.... ps. Przypominam! Nie olejcie oleju!

sobota, 8 grudnia 2012

Zwykle z niespodzianką w tle....

8 grudnia 2012, wieczór, popijam sobie powolnie drugi, albo trzeci kieliszek czerwonego wina. Kolejny dzień bez kolacji. Już tak mam. I już. Że nagle mnie bierze i potrafię być twarda i niezłomna. Dziś dziewczyny mają wolne od musztry. Bawią się. Rozmawiają. Z pokoju dochodzą szepty porozumienia. Młodsza zaczęła mówić pełnymi, głównie włoskimi zdaniami i zaczynają 'współpracować'.
Czasem, gdy zbiegnie się razem jakieś tysiąć pięćset przychylnych okoliczności uciekam na górę i ćwiczę bachowski 'koncert włoski'. Gram w styczniu. Pod koniec. Barok nie lubi złudzeń. Jest precyzyjny. Nie lubi woalowania i zacierania niedoróbek. Obnaża wszystkie techniczne niedociągnięcia. Ale jest lepszy niż niejedna wizyta na siłowni lub u terapety. Myślę. Sądzę.
'Mamo, wiesz, że jestem bardzo wrażliwa', powiedziała Starsza dziś rano, gdy uruchamiałam ślubne wideo, na jej życzenie. Niebawem, za moment, za chwilę, za progiem, czeka 8 lat małżeństwa, które trwa, które jest, które działa, które pomimo wielu uprzedzeń każdego dnia jest czymś najważniejszym, najistotniejszym, co mnie w życiu spotkało... Obydwie miałyśmy łzy na policzkach. Ja, bo widziałam wiele czupryn, które dziś są ośnieżone, łysiejące, albo w ogóle już ich nie ma. Ona - z tęsknoty... Potem był obiad. Frenetyczne kupowanie ubrań przeciwśniegowych. Ubieranie miniaturki choinki. Naleśniki z pudrem. Trochę krzyku. Gigantyczna kupa do przewinięcia. Kilka 'uffa', 'ma che nioa' i inne dziecięce takie tamy.
A teraz jest jakiś matrix. Berlusconi po raz szósty. Dobrze, że tę włoską rzeczywistość filtruję przez drobne sitko, które, gdy tylko nie ma ochoty na szczegóły zatyka się jak przy cedzeniu śląskiego żuru. Patrzę i nie wierzę. Nie mam zdania. Jestem żoną politologa, ale nie rozumiem z tego zbyt wiele. Nie potrafię tego nazwać... I ostatnia rzecz dzisiejszego dnia. Chciałabym Wam coś podarować. Długo nad tym myślałam. Czy w ogóle? Po co? Ale Święta to dobry moment. Myślałam nad tym, co mogę sama zrobić. Nic. Nic na tyle profesjonalnego, aby prosić Was o odzew. I wpadłam na taki pomysł... Za trzy tygodnie będziemy u teściów w Puglii... i tam od zaprzyjaźnionego Włocha kupimy świeży olej. Najlepszy z najlepszych jaki można sobie tylko wymarzyć. Z Vieste. Z półwyspu Gargano. Z gajów oliwnych leżących nad samym morzem. Cud miód. Co roku od kilku dobrych lat kupujemy kilkadziesiąt litrów. Na cały rok. Dla nas, rodziny i znajomych. I pomyślałam, że taki właśnie olej mogę Wam podarować. Cud natury. Więc wpisujcie się, kto tylko ma ochotę. A niech tam. Mam ochotę na podarowanie tak po prostu komuś czegoś niesamowicie zdrowego. Po prostu napiszcie cokolwiek, do mnie, dla mnie, na co macie ochotę, będzie mi bardzo miło... Ustalmy sobie czas do 16 grudnia 24.00. 16 grudnia gram koncert Bożonarodzeniowy, o którym rok temu marzyłam, na którym byłam i wzruszyłam się do łez i pozazdrościłam tamtym muzykom... Czekam....

piątek, 7 grudnia 2012

Ostatnio...

Ostatnio często o nim, o nas myślę. Gdy byliśmy mali często bawiliśmy się w budowanie miast z klocków. Pamiętam, że czasem takie miasta leżały na podłodze po kilka dni, aż dochodziliśmy do perfekcji i wystarczyło pochylić głowę nad podłogą, żeby na dobrych kilkadziesiąt minut przenieść się do scenerii niczym z Dickensa, krętych uliczek, schodków, półpięter, poddaszy i spadzistych dachów. Ten okres wspominam najmilej. Potem były trudne lata dorastania. Teraz powoli do siebie wracamy, choć za każdym razem ważymy słowa, żeby przypadkiem nie cofnąć się do okresu przemilczania. Jestem z niego niesamowicie dumna. Widzę, jak próbuje nas do wielu rzeczy przygotować. W styczniu skończy magiczne 30 lat. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie miał dzieci. Wiem, że bardzo by chciał. Widzę, jak bardzo kocha moje dziewczyny. Patrzę na październikowe zdjęcia i łza spływa mi po policzku. Jest taki przystojny... Niebawem może kupi mieszkanie. Ma pracę. Ma męża. Jest bardzo szczęśliwy. A ja razem z nim!

Grrrrrrrrrr....

Popijam gorący rumianek z odrobiną cytryny i miodem z okolic Lublina. Wszędzie świątecznie. Wszędzie mnóstwo emocji, egzaltacji, wzruszeń. I dobrze. Sama jestem krucha i ckliwa i sypię się jak ucierane ciastko ze śliwkami... Robi się coraz zimniej. Rano widoczne za oknem pola są pokrytem szronem, a wschodzące słońce jest coraz niżej. Niebawem już w ogóle nie będzie widoczne... A było tak miło pić poranną kawę w czerwonej łunie...

czwartek, 6 grudnia 2012

Przeprosiny

Przepraszam Was moje podczytywaczki. Wiem. Tak się nie robi. Tak się nie robi i basta. Zniknęłam sobie tak nagle bez zapowiedzi. Tak się nie robi. Ale dziś uświadomiłam sobie, że to nie jest fair. Że to tak jak zamknięcie koleżance drzwi przed nosem po tym, jak regularnie spotyka się z nią na kawie. Nie wiem ile was jest, bo tylko kilka z was regularnie komentuje, ale to nie jest istotne. Chciałam sobie trochę pomilczeć. W zasadzie nie chciałam już więcej przynudzać, ciągle na tę samą nutę. Jestem. Wracam. A do 58kg już ciut bliżej...

środa, 5 grudnia 2012

Wyznam

Powiem tak... w takich dniach jak dziś marzę tylko o wrześniu 2013, o tym momencie, gdy odstawię wreszcie obydwie córy do instytucji i wrócę do domu sama. S.A.M.A. Otworzę spokojnie, bez tików nerwowych maszynę do szycia, poćwiczę na pianinie, spokojnie wydrukuje materiały do lekcji, albo wyrwę po prostu na miasto w poszukiwaniu inspiracji. Marzę i odliczam. Marzę, a jednocześnie boję się snuć wybujałe plany, bo nigdy nic nie wiadomo... Macierzyństwo zmieniło mi perspektywę. To, co normalne dla szarego pospolitego przechodnia jest drogą do pracy, dla mnie jest marzeniem. Spokojny spacer przez miasto? Bez jęku? Płaczu? Żądań? Marzę....

Uspokojona

Jak dobrze, że niskiej temperaturze towarzyszy przeważnie bezchmurne niebo i słońce. Siędzę we względnej ciszy. Piję pierwszą kawę. Myślę już drugiej. Wczoraj było zebranie. Pierwsze indywidualne spotkanie z nauczycielami. I wyszłam absolutnie spokojna, bo nie odkryto nic nowego, wszystko, co mi powiedziano o mojej córce wiem, widzę, obserwuję każdego dnia.... Nic mi nie umknęło...

wtorek, 4 grudnia 2012

Na chwilkę

Przez chwilę muszę pobyć sobie sama ze sobą. poukładać sobie pewne sprawy. Daję sobie trochę czasu. Trochę wolnego. Wrócę oficjalnie, gdy zejdę do 58kg... Tak to sobie sprytnie obmyśliłam. Promesso...

Citamy...

Polubiłyśmy ten rytuał... Dziewiąta z hakiem, skaczemy do łóżek, książka i via! Ostatnio na tapecie Krasicki i Mickiewicz. Starsza nie zawsze rozumie. Podpytuje. Dopytuje. Sama się łapię na tym, że stawiam czasem źle akcenty, albo gdzieś nagle urwę zdanie. Mówię jej o tym, że kiedyś Polski nie było. Po dziecięcemu opowiadam o emigracji, o germanizacji itd. A ona mi na to, że gdyby ona żyła w takim kraju, gdzie zakazuje się polskiej mowy, stanęła by sobie w kąciku i po cichutku powtarzałaby sobie polskie wyrazy...Potem już tylko buziaczek, dobranoc i buonanotte...

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Credo

Szum. Szumi lodówka. Szumi ogrzewanie. Szumi komputer. Szumi samolot gdzieś tam w chmurach. Moja głowa też szumi. Poniedziałek to dobry dzień. Bo mam zajęcia. Bo nie jestem w tym dniu tylko panią od pulpetów i kurzu pod łóżkiem. Moja pasja - moją pracą! Wiem, że tak będzie.... I tyle....

niedziela, 2 grudnia 2012

Pod górkę...

Tu nie chodzi o jakąś desperację. Chodzi o powzięcie wszystkich możliwych środków, o rozruszanie zastanych kości, o to, żeby móc się przemóc. W piątek mąż z pracy przyniósł mi żółtą papierową tekę, a w niej kiladziesiąt moich wydrukowanych cv. Taka jesteś mądra? Że za wszelką cenę? Tu, wśród tych pagórków i cyprysów i winnic? To proszę. Okres świąteczny. W sklepach pewnie szukają dodatkowego personelu. Więc się wzięłam i zawzięłam i pół soboty spędziłam na bieganiu od sklepu do sklepu i z uroczym uśmiechem, z blond rozpuszczonymi włosami, za każdym razem gdy przekraczałam kolejny próg czułam, jak wchodzę na kolejny osobisty mont everest...