wtorek, 27 listopada 2012

Wytrawne krople deszczu

Kap, kap, kap.... Otworzyłam sobie balkon na oścież. Usiadłam na zielonym plastikowym krzesełku z Ikei. Komputer postawiłam na różowym plastikowym stoliku. Mój mały domowy lounge bar w wersji ja i ja. Lubię zapach przewietrzonego pokoju. Do marchewkowo-selorowo-imbirowej zupy wlałam sobie szklaneczkę białego di Romagna docg. Relaks kontrolowany i gwarantowany. Dziewczyny najedzone mają time for tv. Ja time for me. A więc kapie tak sobie ten deszcz. Odpryskuje od blaszanej barierki, za którą apeniny tosco-romagnole drażnią się trochę z sezonową mgłą. Łyk. Kap. Od chmur dzieli mnie tylko prężna łodyga oleandru, co to się w Polsce przyjąć nie chciał, więc wrócił tej jesieni citroenem do Włoch. Tak bardzo lubię rzeźkie powietrze na twarzy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz