piątek, 19 października 2012

Jak to ciele...

No i jestem. Wyspana, bo usnęłam z dziewczynami zaraz po kąpieli. Rzeźka, bo po porannym spacerze. Na wczorajszą rozmowę pojechaliśmy wszyscy, tak z ostrożności. To w końcu tylko ogłoszenie, który każdy mógł był spreparować... Czarne szpilki, elegancko upięte włosy, sweterek w kolorze zgniłej zieleni... Miasteczko małe, biuro w samym centrum, obok zamku i parku. Nieźle, myślę. Przerwę obiadową mogłabym spędzać aktywnie, na spacerze, w plenerze... Podchodzę do kamienicy, wchodzę w podcienia. Kamienica elegancka. Powoli wynurza się eleganckie, zadbane patio. Fajnie, myślę. Otoczenie robi wrażenie. Wchodzę na patio i szukam... I nie znajduję. Powoli cofam się w kierunku ulicy. W podcieniach dostrzegam przeszklone, ale zasłonięte szarmancko upiętą firanką drzwi. Pukam. Wchodzę. Klitka trzy na trzy. Sprawia wrażenie ex-portierni. Brak okien. Wysokie regały sięgają sufitu i zasłaniają światło dochodzące z jedynej w tym pomieszczeniu jarzeniówki. Każą mi czekać. Czekam. Po kilku minutach wchodzi podstarzały Włoch, ubrany w luźny beżowy przepocony t-shirt. Szybko przechodzi do rzeczy. Wyciąga teczkę i tłumaczy o co w całej tej zabawie chodzi. Pokazuje tabelki, cmr-ki i inne dość standardowe dokumenty towarzyszące każdej pracy typu import-export. My tu proszę pani importujemy cielaczki. Niech się pani nie przejmuje, bo to produkt jak każdy inny. Ołówki, butelki czy zlewarko-wysysarki. Ja? Ja się w ogóle nie przejmuję proszę pana. Przechodzi do rzeczy. Sprawdza moje zdolności, jak to ładnie określił, mentalne. Zadanie z treścią. Do roboty. Liczę mu więc koszt jednego cielaczka przy założeniu, że ciężarówka kosztuje 4000 euro, a cielaków jest 219, przy czym 70 sztuk waży 400, a pozostałe.... i tak dalej i tak dalej. Zdałam. no to idziemy dalej. Bo wie pani, może się zdarzyć, że np. w sobotę o 2 w nocy dostanie pani telefon, że ciężarókwa utknęła gdzieś na granicy, to tylko jakieś 3% przypadków, ale się zdarzają, i wtedy pani musi obdzwonić włoskich klientów. Oczywiście telefon ma pani firmowy. Acha... No i te sobotnie poranki to nie dlatego, że mi się tak podoba, tylko, że w piątki mamy transport, a cielaki z uwagi na kwestie sanitarne nie mogą być w ciężarówce więcej niż 19 godzin, więc sama pani rozumie, trzeba przyjechać do biura i przerobić sprawy formalne, to jakieś 2, 3 godzinki roboty, ale sama pani rozumie, cielak zamknięty w przyczepie siedzi... Tak, rozumiem, oczywiście rozumiem... A tu? Wiem pani, biurem niech się pani nie przejmuje, chodzi nam o minimalizowanie kosztów. Bo wie pani, my jesteśmy pierwsi na rynku włoskim. Cała baza logistyczna w Polsce, pod Warszawą. Tutaj sprawy sanitarne i obsługa włoskiego klienta, czyli telefon i komputer. Taaaa.... A ja patrzę w to okno na ścianie, którego nie ma i oczami wyobraźni widzę siebie stukającą szpilkami i chodzącą z koleżankami z pracy po korytarzu, którego nie ma i ... już czuję się jak cielak zamknięty w przyczepie o wiele dłużej niż 19 godzin...

20 komentarzy:

  1. ;-) A volte i problemi si risolvono da sè.
    Pozdrowienia,
    Agula

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że podczas szukania pracy nie tylko ja trafiam na ciekawe przypadki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ten zaliczyłabym do przypadków trudnych...

      Usuń
  3. Ech kurcze, jakoś przykro byłoby mi liczyć te cielaki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiem wiem, na początku też o tym pomyślałam... w tym regionie jest tylke różnych firm ceramicznych, automotive itd a tu się akurat cielaki musiały nawinąć...

      Usuń
  4. Oj Cielaczku,
    transport i spedycja to niestety i moja branza,
    jak nie musisz to nie polecam :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tarsis, szczerze, jeszcze parę godzin temu chciało mi się z tego wszystkiego śmiać, a teraz zbiera mi się na płacz i gdyby nie to, że muszę o 16.30 wyjść po Starszą to wypiłabym chyba całego niepasteryzowanego Kasztelana przywiezionego przez rodziców, żeby odfrunąć na moment parę cm nad ziemię ... Odbyłam długą rozmowę ze znajomą i określiła to tak ' wyfruniesz z jednej klatki do drugiej'... bo chodziło o wyjście do ludzi, o lancze i pogaduszki z koleżankami z pracy, o koleżaki z pracy w ogóle, a tu klita i jakiś jeden chłop, który minimalizuje koszty i sprowadza robotę do 4 obskórnych ścian... mam szczerą nadzieję, że nie zadzwoni...

      Usuń
    2. Powiedzialabym: spokojnie, powoli.
      beda lepsze oferty, nie ma sensu robic niczego na sile.
      To jest juz sama w sobie niewdzieczna branza, wiec chociaz ludzie i biuro powinny byc w miare zadowalajace.
      Jak zadzwoni to powiedz zeby liczyl te bidne cielaczki sam, i spadal na drzewo :-) a wieczorem kasztelan, albo nalana od serca lampka wina :-)

      Usuń
  5. się robi, mam kawałek sera pecorino, mam szybkę surową, mam chleb zrobiony przez Męża Wu, będzie i kasztelan... pozdrawiam cieplutaśnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie powiem, dolaczylabym bardzo chetnie, moglabym przyniesc troche oliwek z pestkami, czosnku marynowanego w ziolach, i malych nadziewanych patisonkow z serkiem ala filadelfia :-) Wszystko zakupione u ulubionego Turka :-)

      Usuń
  6. bardzo lubię sytuacje, kiedy ważna decyzja sama się za mnie podejmuje. bo się sama podjęła, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przynajmniej wiesz, ze to nie to :) Moze dla kogos innego bedzie ok. Nie martw sie, znajdziesz napewno cos lepszego :))
    A lunch chetnie bym z Toba zjadla, jakbym byla w poblizu :). Pozdrawiam :))
    Ps. A telefonu sie nie obawiaj, tylko grzecznie odmow i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosianna, jeśli kiedykolwiek zdarzy Ci się być w okolicach rimini, bologni, ferrary, a nawet florencji, pisz! Zjemy lunch razem!:)

      Usuń
  8. Heeej! Nie rzucaj tylko slow na wiatr ;), bo moge sie wybrac specjalnie w Twoje strony :)), dwa razy mi nie trzeba mowic ;). Bylam nawet raz w Riccione - dokladnie 9 lat temu jak z bata strzelil! To chyba jakis znak czy co?!
    No to do zobaczenie some day! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) zy ja Ci wyglądam na kogoś, kto rzuca słowa na wiatr? co najwyżej na bloga :)

      Usuń
  9. Sorry, ja chyba zle uzylam tego wyrazenia ;), za dlugo juz mieszkam poza krajem... chodzilo mi o to, zebys nie kusila mnie zbytnio mila perspektywa lunchu :))...czy uwazala z zaprosinami, bo kiedys chetnie skorzystam :)). A moze i skorzystam, kto wie? Bo ochote owszem mialabym cos tak czuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) no to w takim razie przestaję kusić, a życie i tak pewnie samo nam przyniesie niezliczone okazje....:)

      Usuń