środa, 31 października 2012

Świat według krasnali

W świecie krasnali zwykły podbramkowy wyjazd autobusem do miasta z powodu braku pampersów jest wielką wycieczką. Duże okna autobusu są kinem, a przystanek placem zabaw. Ja z kolei pierwszym kupionym biletem autobusowym odkąd przyjechalismy do Włoch, cieszyłam się jak dziecko. Tego mi było trzeba. Przejścia na pieszo przez 'moje miasto' wzdłuż i wszerz. Zwyczajnego pooglądania witryn sklepowych z pięknym musztardowym kolorem w roli głównej. Pstryknięcia kilku zdjęć, z tą różnicą, że rok temu o tej porze nikt nie zatrzymywał auta i nie machał do mnie wołając na całe centrum 'Ciao Caterina!'.... Człowiek zamknięty w czterech ścianach głupieje, traci kompletnie kontakt z rzeczywistością. Nie akceptuję stanu, w którym jedynym moim oknem na świat staje się 'windows'. Wracam do świata krasnali...

wtorek, 30 października 2012

E via!

Wczoraj przyszły wyniki. Pocztą. Kopertę widziałam już rano, ale nie miałam odwagi otworzyć. Kilka minut po czwartej wszedł mąż. Trzęsącymi się rękami rozerwał papier. Dwa kamyki, 3 i 6 mm. Chwilowo odetchnęliśmy z ulgą. Na reszcie opisu po prostu się nie znamy, ale telefoniczna konsultacja z lekarzem potwierdziła to samo. Nie czekamy. Jutro jedziemy nacieszyć się sobą na południe, do teściów. Autostrada Adriatica ma na nas zawsze wpływ terapeutyczny...

Rakolekcje

Dziękuję... Nic więcej wykrztusić nie potrafię...

poniedziałek, 29 października 2012

Naprawa związku

Mam tylko nadzieję, że nie wkroczyliśmy w tę fazę związku, w której błędy popełnione w ciągu dnia potrafimy naprawić już tylko nocą...

piątek, 26 października 2012

Re-akcja

Dziś śnił mi się On. Jot. Śniła mi się estakada i ładniejsza część mojego miasta, po której zwykliśmy byli spacerować. Śniła mi się moja z Jot rozmowa w jakiejś księgarni. Jakieś targi książek wydanych chyba przez blogerki. Tak, dużo fajnie ubranych i uczesanych blogerek w jednym miejscu. Ten sen z nim w roli głównej to chyba jakaś podświadoma reakcja na wczorajszy jazgot i kłótnie o niewyprowadzanie psa, o dbanie tylko o siebie i własne podstawowe męskie potrzeby, o myślenie tylko o porannej kawie, wyprasowanych koszulach do pracy i gotowej ciepłej kolacji, o niedzieleniu się obowiązkami przy dzieciach. Noc przespałam w pokoju dziewczyn. I śniłam. I byliśmy tak w tej księgarni, ja i Jot, chyba nawet trzymaliśmy się za ręce. I nagle weszła świetna dziewczyna. Świetnie wystylizowana, piękna... spojrzałam na Jot, otworzyłam drzwi, a zanim wyszłam powiedziałam 'Idź...podejdź do niej, jestem pewna, że to właśnie ona'... I jak to zwykle już od ponad dziesięciu lat w moich snach bywa, wyszłam i wróciłam do męża...

środa, 24 października 2012

Konkursowo

Dzisiaj minimalizm. Stawiam na szybkie pesto. Zresztą nie mam wyrzutów, bo to ostatnio ulubione danie Młodszej. Stanęłam w internetowe szranki konkursowe. Tak, dla zabawy. Żeby zająć czymś umysł w oczekiwaniu na... Oceńcie sami...

Oj! Nieładnie...

Miałam taki niefajny okres w moim życiu, gdy wszystkiego wszystkim zazdrościłam. Wiem, nieładnie. Każdy niemalże wyjazd kończył się taką moją małą osobistą frustracją. Bo szkoda, że ja tam nie mieszkam, szkoda, że ja nie mam takiego ogrodu, takiego balkonu, takiej kamienicy w centrum miasta, takiego poddasza, takiego wzgórza... Czas robi z nami jednak niesamowite numery. Dzisiaj wiem, że większość rzeczy dobrze i przyjemnie jest oglądać z pewnej odległości, obserwować z daleka, mijać, patrzeć na nie, a nie koniecznie je mieć...

Czas nieubłagalny

I gdy tak stałam wczoraj na parkingu, czekając na niego, aż wydzie ze szpitala, pomyślałam 'ciekawe czy taki on, trochę osiwiały, zdecydowanie łysiejący, zrobiłby na mnie to samo niesamowite wrażenie jak to, prawie 13 lat temu na dworcu w Sienie, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy'. A później wyszedł. I już o niczym innym nie myślałam, tylko o tym, żeby wieści były dobre....

Do you like me?

Kto ma ochotę, niech mnie polubi. Ojej, ojej, ojej.... basta, na moment odkładam zdjęcia, bloga, fb, bo już mi się wszystko miesza, ten zna, ten nie zna, ten o moim blogowaniu nic nie wie i niech tak pozostanie.... a dom zarasta kurzem i drugi wieczór bez ciepłej kolacji się szykuje...

wtorek, 23 października 2012

Kreatywnie

Odbyłam dziś budującą rozmowę z kimś bliskim. Kilka cennych rad, kilka spostrzeżeń. Stworzyłam na szybko bloga z moimi zdjęciami, zebranymi w jednym miejscu. Wiem, profesjonalistą nie jestem. Ale właśnie z profesjonalistą w tej branży rozmawiałam i bardzo mnie zachęcił. Bo.... bo sam tak zaczynał. Więc zaczynam. Nie będę liczyć cielaków. W żadnym biurze. Nawet takim z oknami. Zaczynam przygotowywać powoli podkładkę pod przyszły rok, żeby przez 8 godzin dziennie, gdy dziewczyny będą w placówkach szkolno-wychowawczych nie koncentrować się na brudnych fugach w łazience. A o fotografowaniu zawsze marzyłam. Zmieniłam też nick. Na KappaZeta czyli moje inicjały. No i pojawił się też nowy mail do mnie... Kibicujcie!

poniedziałek, 22 października 2012

Włoskie piękne favelas

Szybka, żeby nie powiedzieć błyskawiczna decyzja. Bo wiesz... dzwoniła Ka, jest u mamy przez kilka dni, może moglibyśmy urządzić sobie mały wypad nad morze, w okolicach Rzymu? Tak? Naprawdę masz ochotę? No tak, racja, rzeczywiście, już dwa miesiące siedzimy na miejscu... ale ten czas leci. Ale jak ty się czujesz? Jesteś pewien? To długa podróż. Będziemy zmęczeni... Ok....
Szybkie piątkowe pranie. Nie ma czasu na szukanie prezentów, więc robię nocną porą domowe muffinki, przynoszę z garażu sok z malin i dżem z jabłek domowej roboty. Wyjeżdżamy. Mijamy Toskanię, mijamy Umbrię, wjeżdżamy do Lazio. Boże, jakie te Włochy piękne. Widzę zjazd na Sansepolcro i myślę podświadomie o Anicie, gdzieś przemyka nazwa Cortona i myślę o Oliwce. Męczy nas to niespodziewanie mocne październikowe słońce. Gps co i róż wydłuża nam podróż, nie wiedzieć dlaczego. Po 7 godzinach dojeżdżamy. Całkiem inne Włochy... Małe, zupełnie współczesne miasteczko nad morzem, niedaleko Rzymu. Lekko uśpione na czas jesienno-zimowy. Opustoszałe drugie domy. Niektóre tylko zahibernowane, inne na sprzedaż. Gdyby nie to, że przychaliśmy tu dla Ka, zobaczyć małą Kal, odstawić na chwilę naszą codzienność, przespać się w innym łóżku, wypić kawę z innego kubka... Gdyby nie to, pewnie byśmy stąd uciekli. Ale nie uciekliśmy. Dziewczyny wybiegały się na prawie pustej plaży. Ja z Ka przegadałyśmy prawie 24 godziny, z przerwami na namiastkę snu. Mąż odpoczął. Dobrze robi taka zmiana perspektywy...

piątek, 19 października 2012

Rzymskie krótkie wakacje

Popijam polskie niepasteryzowane piwo. W piekarniku ziemniaki z rozmarynem i miszmasz z kapusty i cebuli. Dziewczyny z radością posegregowały pranie. Jutro.... jutro spontaniczny wypad nad rzymskie wybrzeże... Bo słońce, bo plaża, bo przyjaciółka do przytulenia i do pogadania, bo....

Jak to ciele...

No i jestem. Wyspana, bo usnęłam z dziewczynami zaraz po kąpieli. Rzeźka, bo po porannym spacerze. Na wczorajszą rozmowę pojechaliśmy wszyscy, tak z ostrożności. To w końcu tylko ogłoszenie, który każdy mógł był spreparować... Czarne szpilki, elegancko upięte włosy, sweterek w kolorze zgniłej zieleni... Miasteczko małe, biuro w samym centrum, obok zamku i parku. Nieźle, myślę. Przerwę obiadową mogłabym spędzać aktywnie, na spacerze, w plenerze... Podchodzę do kamienicy, wchodzę w podcienia. Kamienica elegancka. Powoli wynurza się eleganckie, zadbane patio. Fajnie, myślę. Otoczenie robi wrażenie. Wchodzę na patio i szukam... I nie znajduję. Powoli cofam się w kierunku ulicy. W podcieniach dostrzegam przeszklone, ale zasłonięte szarmancko upiętą firanką drzwi. Pukam. Wchodzę. Klitka trzy na trzy. Sprawia wrażenie ex-portierni. Brak okien. Wysokie regały sięgają sufitu i zasłaniają światło dochodzące z jedynej w tym pomieszczeniu jarzeniówki. Każą mi czekać. Czekam. Po kilku minutach wchodzi podstarzały Włoch, ubrany w luźny beżowy przepocony t-shirt. Szybko przechodzi do rzeczy. Wyciąga teczkę i tłumaczy o co w całej tej zabawie chodzi. Pokazuje tabelki, cmr-ki i inne dość standardowe dokumenty towarzyszące każdej pracy typu import-export. My tu proszę pani importujemy cielaczki. Niech się pani nie przejmuje, bo to produkt jak każdy inny. Ołówki, butelki czy zlewarko-wysysarki. Ja? Ja się w ogóle nie przejmuję proszę pana. Przechodzi do rzeczy. Sprawdza moje zdolności, jak to ładnie określił, mentalne. Zadanie z treścią. Do roboty. Liczę mu więc koszt jednego cielaczka przy założeniu, że ciężarówka kosztuje 4000 euro, a cielaków jest 219, przy czym 70 sztuk waży 400, a pozostałe.... i tak dalej i tak dalej. Zdałam. no to idziemy dalej. Bo wie pani, może się zdarzyć, że np. w sobotę o 2 w nocy dostanie pani telefon, że ciężarókwa utknęła gdzieś na granicy, to tylko jakieś 3% przypadków, ale się zdarzają, i wtedy pani musi obdzwonić włoskich klientów. Oczywiście telefon ma pani firmowy. Acha... No i te sobotnie poranki to nie dlatego, że mi się tak podoba, tylko, że w piątki mamy transport, a cielaki z uwagi na kwestie sanitarne nie mogą być w ciężarówce więcej niż 19 godzin, więc sama pani rozumie, trzeba przyjechać do biura i przerobić sprawy formalne, to jakieś 2, 3 godzinki roboty, ale sama pani rozumie, cielak zamknięty w przyczepie siedzi... Tak, rozumiem, oczywiście rozumiem... A tu? Wiem pani, biurem niech się pani nie przejmuje, chodzi nam o minimalizowanie kosztów. Bo wie pani, my jesteśmy pierwsi na rynku włoskim. Cała baza logistyczna w Polsce, pod Warszawą. Tutaj sprawy sanitarne i obsługa włoskiego klienta, czyli telefon i komputer. Taaaa.... A ja patrzę w to okno na ścianie, którego nie ma i oczami wyobraźni widzę siebie stukającą szpilkami i chodzącą z koleżankami z pracy po korytarzu, którego nie ma i ... już czuję się jak cielak zamknięty w przyczepie o wiele dłużej niż 19 godzin...

czwartek, 18 października 2012

Ogarniam

Zaczynam powoli układać moje własne puzzle. Nic jeszcze się nie wydarzyło, ale w mojej głowie wczoraj zrobiłam spory porządek. I to dzięki Wam w dużej mierze drogie wirtualne koleżanki! Poustawiałam regały, poodkurzałam myśli, wywietrzyłam pomieszczenie. Starsza, nic nie wiedząc, nic nie słysząc, a może jednak przeczuwając lub wyczuwając po trosze, po szkole zaczęła segregować zabawki w pokoju, bez nakazów, kiwających palców, podniesionego głosu. Wczoraj w Starszej przez moment zobaczyłam siebie samą. Rośnie. A moje skrzydła wcale nie muszą jej przygniatać, przede wszystkim mają ją chronić...

wtorek, 16 października 2012

Jak to upchnąć?

Wstaję przed siódmą. Parzę podwójne espresso. Posyłam rutynowe 'come stai?'. Lecę ze Starszą do szkoły. Po drodze wstępujemy na obiecanego porannego pączka. Wracam. Wychodzę z Oną. Wracam. Po wyjściu męża odbywam długą rozmowę z teściową. Słońce ogrzewa mi plecy, ale jednocześnie razi w oczy. Na skajpie pisze Tata. Tłumaczę szybko jakiś handlowy tekst. Dzwonię umówić się na spotkanie w sprawie pracy. Czwartek 17.00 jest ok. Zapsiuję. Ogarniam pokój dziewczynek. Wietrzę, zamiatam. Wstawiam zupę marchewkową z cynamonem i imbirem. Rozmrażam polskie maliny na podwieczorkowy koktajl. Lecę na poddasze obszyć firankę, bo odkąd mamy psa i chodzimy na pole, zauważyliśmy, że jesteśmy absolutnie 'odkryci' dla przeciętnego przechodnia. Wieszam firankę. Lecę z Młodszą po Starszą. Wracamy. Ostrym głosem rozkazuję zaczekać na ławce pod domem. Wbiegam po psa. Schodzę z psem. Idziemy na spacer. Siadam na ławce. Wystawiam twarz do słońca. Dziewczyny biegają. Co jakiś czas wbiegają na prywatną działkę. Trudno. Najwyżej ktoś wyjdzie i zaprotestuje. Daję sobie maksymalnie 30 minut słońca. Wracamy. Wstawiam makaron. Jemy. Chwila względnej zabawy. Biorę się za czekoladowe muffinki. Potem przygotowuję zapiekankę z bakłażanów, cukinii, mozzarelli i szynki San Daniele na dzisiejszą kolację. Wstawiam ciasto. Miksuję koktajl. Starsza robi zadanie. Wrzeszczę. Wyciągam ciasto. Wstawiam zapiekankę. Wreszcie po 10 godzinach chodzenia siadam. Piszę. I zastanawiam się, jakby to wszystko wyglądało, gdybym tak nagle zniknęła na 10 godzin do pracy...

poniedziałek, 15 października 2012

My

Punktualnie szesnasta. Cisza. Pies śpi. Młodsza śpi. Wymęczony mąż śpi. Za tydzień powrót do szpitala na kolejne badanie. Niby nic złego, ale coś jednak jest nie tak, skoro pobolewa... Zobaczymy. Uzbrajam się w gruby pancerz ochronny na trudnawe dni. Mamy tutaj tylko siebie. My, nasze dzieci i nasz pies. Nasz mikrokosmos...

Zanim

A tymczasem, zanim wybudują mi przed nosem czwarty segment, każdego ranka oglądam zupełnie inne przedstawienie. Ciepła herbata z cytryną i imbirem w cenie abonamentu...

piątek, 12 października 2012

Nadzieja, że...

Idę z psem w pole. Jest mgliście. Nie widzę ani pagórków, ani cyprysów, ani winnic. Potykam się tylko o kasztany, zbieram, bo jadalne. Mam tylko nadzieję, że niedługo je razem upieczemy i razem wypijemy do nich czerwone grzane wino, że dzisiejsza wizyta w szpitalu będzie tylko wizytą...

środa, 10 października 2012

Znak

Wyślij. Wysłane. Po wczorajszych badaniach Męża, po których niewiele wiemy, ale przynajmniej wiemy, że niczego ewidentnego nie dostrzegł nawet sam lekarz, odetchnęłam z ulgą. Narazie. Diagnoza nadal trwa, bo wyniki nie były zbyt dobre. Więcej, wyniki dobre nie były. Wczoraj milczałam. Dziś jestem pobudzona. Belgijka podesłała mi link do ogłoszenia o pracę. Potrzebują. Niedaleko stąd. Z językiem polskim. Trochę inne wykształcenie, ale doświadczenie zdobyte podczas prowadzenia szkoły dało mi dużo wiedzy praktycznej, więc wysyłam. Z rumieńcem na twarzy, bo co jak zadzwonią? Co zrobię z Młodszą, kto to wszystko połapie logistycznie. Przecież ja cały czas wchodzę, wychodzę, odprowadzam, wyprowadzam. Mam ich wszystkich pozamykać, w kojcach, świetlicach? No i dzieci z kursu, dopiero co zaczęłam... Ale, jako że nic w życiu bez przyczyny się nie zdarza, maila Belgijki odbieram jako znak. Wysyłam.

A skoro już ...

A skoro już mamy skakać, tańczyć i śpiewać to konieczne będą woreczki wypełnione grochem...

Naturalny przyrost

Niepostrzeżenie, bez stawiania większych warunków, gratis, bez zbędnych teorii, skomplikowanego projektowania, z dnia na dzień sobie rośnie...

Przemyt

A nieoficjalny przemyt polskich jabłek do Włoch trwa w najlepsze...

Mama, patrz, opsy!

Jest Ona, więc budzę się kilka minut wcześniej i kilka minut później chadzam spać. Jest Ona, więc spaceruję. Spacerujemy. Trzeba to wszystko jakoś sensownie obmyślić, zaplanować. Bo tutaj psie odchody się sprząta. I nawet jeśli ty tego nie dopatrzysz, inni dopatrzą za ciebie. Ona przywiązana do wózka z kolei przy szkolnym ogrodzeniu wzbudza mieszane uczucia. Tu wszystkie dzieci wychodzą o tej samej porze. Psy tego nie lubią. Do tego dziecko trzeba odebrać przy furtce osobiście. To se ne da. Nadrabiam zatem spacery popołudniowym wypadem na pole w wersji ja, dzieci i pies. Po raz kolejny, ale już ostatni nabieram się na wersję bez wózka. Efekt końcowy - tu listek, tam kasztanki, mamuś, a którę są jadalne, a które nie? Te są jadalne. A mogę zjeść? Nie!!! Nie teraz, upieczemy je w domu! Ale ja chcę! A to jedz!... Nagle zza krzaka dobiegają dwa ogromne wilczury. Rzucają się na Oną. Starsza wrzeszczy, Młodsza wrzeszczy. Ja krzyczę - Ooooo, psy!!!!!!!!!! I tak już chyba zostanie.... Uwaga na opsy!

poniedziałek, 8 października 2012

Życie w wersji 2+2+1

Biorę się za siebie. Pierwszy miesiąc za nami. Ochłonęłam już powakacyjnie. Przywitałam się wielokrotnie z piadiną, najlepszymi lodami w mieście i crostatą z przepisu teściowej. Sponsorem regularnych porannych spacerów zostaje od dzisiaj oficjalnie Ona. Nareszcie z nami. Po ponad rocznej rozłące.
Pełna pozytywnej energii, naładowana rodzinnym spotkaniem po latach, uśmiechem mamy, zadumą taty, młodzieńczym spojrzeniem brata, planuję kulinarnie ten tydzień. Planuję to może jednak zbyt wybujałe słowo. Szukam inspiracji. W tym tygodniu będą gołąbki. Wróć. W tym tygodniu mam ochotę na gołąbki. W Polsce nigdy ich nie robiłam. A i nie byłam też ich zbyt wielką zwolenniczką. A skoro wczesna jesień jest najlepszym okresem na kapustę, to pokornie słucham Tessy-Capponi, z tym że zrobię je według przepisu Sigrid Verbert. A dzisiejszej poniedziałkowej szarości za oknem mówię kulturalnie: Ma vaff..... !!!

niedziela, 7 października 2012

O.D.N.A.L.E.Z.I.E.N.I

Odnaleźliśmy się po latach. Chyba ponad dziesięciu. Jedliśmy razem piadinę przy zamku. Piliśmy cappucino przy fontannie Neptuna. Jedząc lasagne patrzyliśmy na Piazza Maggiore. Przypominaliśmy sobie najpiękniejsze wspólne wakacje z czasów naszego dzieciństwa z widokiem na jędną z wież. Było pięknie. Szczęście w najprostszej postaci. Rozłożone na części pierwsze. Czyste. Widoczne. Namacalne. Rodzice i my...

środa, 3 października 2012

Znalezione pod domem

Spacer zawsze robi mi dobrze. Bezpłatny lek na ból głowy...

Osierociłam...

Półtora roku temu moją szkołę, moją pierworodną oddałam w nowe ręce. Przyglądałam się z zazdrością z boku. Możnaby rzec wręcz - podglądałam. W najgorszych zapaściach, gdy obijałam się o bandę lodowiska i prawie przewracałam w depresyjnym amoku na śliskiej tafli włoskiej rzeczywistości przypominałam sobie kolorowe i intensywne lata w Polsce. Gdy zaczynaliśmy w jednym z pokojów naszego mieszkania, po roku wynajmowaliśmy już salkę, a po dwóch przejęliśmy spory lokal w centrum, na ulicy, która zawsze wzbudzała u mnie pewne rozrzewnienie, zwłaszcza o zachodzie słońca, gdy balkony wypełnione pelargoniami, zwłaszcza oglądane od strony dworca pkp wyglądały jak balkony kamienic w Portofino... no może nie do końca, ale dla mnie wtedy to była najpiękniejsza ulica w centrum. Dlaczego o tym piszę? Bo od kilku dni szkoła ma nowego właściciela. Biedna, osierocona, przechodzi z rąk do rąk. Dziś dostałam maila od byłej pracownicy: K.... wróć!.

R.A.Z.E.M.

Zupa pyrka. Słońce razi w zaspane oczy. Mąż osłabiony chrapie na kanapie. Starsza po porannym buncie zaprowadzona do szkoły. Młodsza coś wycina. Narazie nie wchodzę. Nie chcę widzieć co takiego tnie, czyt. co takiego niszczy? Jutro przylatuje brat i przyjeżdżają rodzice. Spędzimy kilka zaledwie dni razem. R.A.Z.E.M.

wtorek, 2 października 2012

A dzisiaj się podzielę....

We wtorki i czwartki Starsza przynosi drugie śniadanie z domu. Włoskie półki urywają się od ilości wszelkiej maści "merendine" czyli nazwijmi to podwieczorków. Rogaliki, ciasteczka, babeczki, nadziewane, bez nadzienia, marchewkowe, bezcukrowe, bezglutenowe... Kończy się zawsze tak samo. Wszystko wcinam ja, bo Starszej nic nie smakuje. Wczoraj zrobiłam ciasto sama. Nazwijmy je "Ciastem Cristiny", bo przepis dostałam w ubiegłym tygodniu od Cristiny właśnie, tej od Claudii i Govanniego. Ciasto powaliło mnie na kolana. Jogurt sprawia, że jest wilgotne. Takie jak lubię. Dzielę się, bo takie wypieki nie zdarzają mi się nazbyt często... - ok. 250 gr jogurtu (ja użyłam smaku stracciatella, a Cristina naturalnego) - 1 jajko - 100 gr oleju słonecznikowego (Cristina użyła masła, ja masła raczej unikam) - 150 gr mąki pszennej - 200 gr cukru - 1 torebeczka wanilii - szczypta soli - 1 łyżeczka proszku do pieczenia - 50 gr gorzkiego kakao - na koniec ok. 8 łyżeczek letniej wody Wszystko wymieszać i wlać do formy uprzednio natluszczonej i posypanej mąką. Piec ok 30 minut w 170/180 stopniach. Po wyciągnięciu posypać cukrem pudrem. Dziś po południu wyszłam na balkon, zrobiłam sobie earl grey, ciasto polałam ikeowską marmoladą z jagód i czułam się jak za dawnych czasów, podczas naszych śląskich kulinarnych desperackich poszukiwań, w jednej z ekskluzywnych kawiarni w moim rodzinnym mieście...

poniedziałek, 1 października 2012

Kompletnie bez sensu

Poniedziałek. Kolejny poniedziałek. Już nie wrześniowy. Słońce wprasza sie do salonu. Wie, że dziś nie powinno, bo nie mam nastroju na odsłanianie każdego zakurzonego kąta. Wyganiam je. Zasuwam rolety. Odprowadziłam Starszą do szkoły i zaraz potem usnęłam z Młodszą na kanapie. Czy można być zmęczonym już w poniedziałek? I to w poniedziałek rano? Chwilę po przebudzieniu? Można. Jestem zmęczona. Jestem zmęczona nadmiarem czasu. Czasu, który codziennie muszę zapełniać, żeby nie zwariować...