sobota, 22 września 2012

Domówka

Domówki są fajne. Dzisiejsze święto Starszej przejdzie do historii. W katalogu imprez i wydarzeń wszelakich zakoduję je jako to niezwykle udane. Narobiłam się jak wół, bezsprzecznie. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Sałatek było ze sto. Etat z nadgodzinami spędzony w kuchni, z dwójką małych dzieci i mężem z bólami krzyża to istny wyścig z czasem. Nie obyło się bez niespodzianek. Wymarzony tort z nutellą stwardniał w czasie pieczenie tak bardzo, że podczas imprezy obstawialiśmy co z niego lepiej zrobić, czy zegar naścienny, czy dysk do rzucania na boisku. Tort awaryjny zrobiony z resztek miał takie rozmiary, że przy podziale zamiast mówić "kto chce kawałek?" wołałam "kto chce tortowe tapaz?". Jestem z siebie dumna. Tak po prostu. Dzieci szalały. Śpiewały. Tańczyły. Skakały na łóżku. Na koniec zrobiłam im mały fortepianowy konkurs muzyczny i kompletnie oczarowane słuchały muzyki z różnych bajek. Nie spodziewały się chyba, że "mama Z." tak potrafi... Na poddasze co i rusz zaglądali zaciekawieni rodzice. Ach, jak to dobrze gdy życie towarzystkie tętni. Gdy ma się kogo zaprosić, dla kogo przygotować kolację. Jutro nowy dzień. I spotkanie. Miłe. Dobranoc

4 komentarze:

  1. ano, fajnie :)a ju z jak ktoś wynosi chciwie twoje sałatki do domu to dopiero satisfaction :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, tak, znam to. Najpierw mega-stres, a potem wszyscy wniebowzieci i nawet nie trzeba ich specjalnie namawiac, zeby zabrali ze soba paczuszki i pakuneczki tony jedzenia ;-) Brava
    Agula

    OdpowiedzUsuń
  3. ale lubię takie sobotnie czekanie na gości, zapach imprezy, mieszkanie ma wtedy zupełnie inną aurę...

    OdpowiedzUsuń