czwartek, 3 maja 2012

Kryzys

Po roku mieszkania we Włoszech kupiliśmy telewizor. Trochę pod naporem dziadków, że izolujemy dziewczynki, że muszą wiedzieć co się dzieje na świecie i takie tam inne duperszwance. No to mamy samograja. Stoi w salono-jadalnio-kuchni i uświadamia mi codziennie, jaki to mamy tu ogromny kryzys. A już od 1 maja o pracy, a w zasadzie jej braku (9,8% bezrobotnych, wśród osób młodych aż 36%) trąbią non stop. O babciach rzucających się regularnie z balkonu bo renta za mała, o przedsiębiorcy co to się pod urzędem skarbowym podpalił na znak protestu, o młodych zdolnych potrójnych magistrach, którzy odbierają sobie życie, bo niezgadzają się na ten cały burdel. Oczywiście, jest mi bardzo przykro, gdy widzę zdruzotanego ojca opowiadającego historię Normana. Łza mi się w oku kręci. Ale pcha mi się też na język niestety trochę wulgarne: W dupach wam się wszystkim poprzewracało!!! Mam 31 lat. Dwójkę dzieci. Jestem magistrem od prawie dziesięciu lat. Od roku jesteśmy rodziną żyjącą w jednym z najdroższych regionów Włoch z jednej pensji. Dodam - absolutnie przeciętnej. Według danych podawanych w telewizji włoskiej powinnam mieszkać pod mostem i mieć depresję z powodu niezrealizowanych marzeń. Taka rodzina jak ja nie ma prawa wyżyć bowiem za mniej niż 2500 euro!!! (sic!) Oczywiście, nie latam po mieście w markowych ciuchach z papierowymi torbami Emporio Armani, i nie kupuję mężowi polo za ba 30/40 eurasów. Jeśli wydam, to raczej na dobry podkład i dobrą szynkę i wino, raz na jakiś czas. Kawa w barze lub cappuccino z brioche też nie jest u nas codziennym rytuałem. Ale pijemy lavazzę i domowej roboty ciasteczka na śniadanie, oczywiście w domu. Nie każdy wolny dłuższy weekend to last minute i wypady do stolic europejskich, ale piknik za miastem lub wypad do pobliskiego miasteczka na przystawkę i wino o zachodzie słońca jak najbardziej. Nie wypełniam koszyka z zakupami kinder bueno i innymi uwielbianymi przez włoskie dzieci merendinami. Chętnie za to wydam na dobre lody, gdzie prawie każdy składnik ma końcówkę DOC. Chwilowo marzenia i aspiracje odstawiłam na bok. Jesteśmy tu kompletnie sami i szybka kalkulacja pozwoliła nam na podjęcie takich a nie innych decyzji. Zostaję z dziećmi w domu. Nie jest to łatwe, ale dzieci rosną. Już teraz Starsza znika na całe dnie. Młodsza rośnie. Za chwilę nie będę im już aż tak potrzebna. Powoli wysiewam to, co mam nadzieję, za kilka miesięcy przyniesie wymierny efekt w postaci kilku godzin zajęć tygodniowo. I to wystarczy. Bez gonitwy, logistycznych łamigłówek. Nadal chcę zachować ten rytm życia. Rodzina, wspólne regularnie posiłki. Taka higiena życia można by rzec. No i przede wszystkim spokój. Mój i moich bliskich. Zapewniam, da się. Z pełnym poczuciem spełnienia i szczęścia. Nie wiem, dokąd brną, co chcą tym młodym ludziom przekazać. Widzę natomiast jedno. Kompletny brak krytyki. Masz magistra? Okej. To się chwali. Ale skoro nie ma pracy w twojej branży zakasaj rękawy i wio do roboty. Bar, restauracja, magazynier. Żadna praca nie hańbi. Moi znajomi Polacy w okresie studiów i czasem chwilę po brali się za wszystko, co przynosiło pieniądze. Zdobywali szlif. Poznawali języki. Analizuję moją klasę z liceum. W mieście rodzinnym na studiach zostały chyba tylko dwie osoby. Cała reszta ruszyła w świat. Spora część poza granice kraju. Dziś nie znam ani jednego bezrobotnego. Większość jest zamężna lub żonata, pojawiają się też pierwsze lub drugie dzieci. A tutaj? Mówią mi o młodzieży i pokazują prawie czterdziestoletniego fircyka w okularach z napisem DG i w koszulce Lacoste, mieszkającego z mamusią i krytykującego obecny stan rzeczy, oczywiście bezrobotnego...

5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. dzięki za ten wpis. tak po prostu (piszę to ja - nie bezrobotna, ale z pewnych względów "robotna dorywczo", bezdzietna, narzeczona, lat 30, z magistrem, żyjąca z jednej pensji, myśląca o potomstwie i czasami czująca się jak alien, bo uważam, że "żadna praca nie hańbi"). wartość - ciekawe słowo, ostatnio zaskoczona odkryłam, że może mieć wiele znaczeń.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana! ty we włoskiej skali jesteś jeszcze ragazzina! :) buzka K

    OdpowiedzUsuń
  4. mam nadzieję, że to nie damska wersja opisanego przez Ciebie "czterdziestoletniego fircyka" ;)

    OdpowiedzUsuń