wtorek, 29 maja 2012

Nasze przeplatane pogaduszki

Starsza leży na kanapie, odpowczywa, już czuje się znacznie lepiej. Nagle: Mamma, ricordati, sto pensando... Ja: O czym tak myślisz? Starsza: O wszystkim...

Siły chcę...

Od piątku odstawiamy smoczka. Zgubił się, więc nie szukamy... I tak mi się przypomniał trochę mój zeszłoroczny Dukan i kryzysy silnej woli. A może by jednak pójść i kupić... Bo jeśli dwugodzinne drzemki popołudniowe zniknęły na zawsze to tak jakby Włochom odebrać prawo do siesty! I jeśli usypiać ma o 24.00 na skutek ogólnego wykańczania siebie i nas to ja chętnie popędzę do apteki. Kupię nawet ten sam kolor, żeby nie było... Do tego wczorajsze "Mamuś, cierpię" Starszej skutecznie podniosło mi poszczepieniowe ciśnienie, a wysoka gorączka i wymioty na dobre wybudziły gdzieś o drugiej nad ranem. Odliczam po cichutku... Walizkę na razie pakuję w głowie, większość rzeczy jeszcze tylko w wersji "na papierze"... Odstawiamy na bok przedszkole, prawdopodobnie nici z dzisiejszej festy na zakończenie roku. Dzisiejsza polsko-włoska konferencja telefoniczna na skajpie z domowym przedszkolem w tle będzie nie lada wyzwaniem. Już uprzedziłam rozmówców. Będzie dobrze... A tymczasem otwieram balkon, wdycham świeże powietrze i uśmiecham się znad porannej kawy do moich pierwszych w życiu dwunastocentymetrowych szpilek z prawdziwej skóry "made in italy"...

poniedziałek, 28 maja 2012

Antipasto

Mała przystawka. Niedzielny wypad nad morze. Piękne, czyste, zadbane, rodzinne Pesaro. W tle już skalisty przedsmak półwyspu Gargano. Pół godziny dalej... A jednak jest różnica. Region Marche. Taka mniej znana siostra Toskanii. Osobiście uwielbiam. Mogłabym tu zamieszkać. Nawet...

sobota, 26 maja 2012

Sobotnia trauma

Sobota w moim domu zawsze oznaczała sprzątanie. Znienawidzone. I może dlatego tak bardzo tego unikam. Porządki amortyzuję gdzieś w trakcie, między poniedziałkiem a piątkiem. Mąż wczoraj jednak zagadał... - Wiesz, jednej rzeczy to ty jednak nie potrafisz robić... - ???. Zamarłam. Tak przy dzieciach? - Choćbyś nie wiem jak się starała nie wychodzi Ci to i basta... - ???. Czuję jak płonę na twarzy... - Ale nie martw się. Ja też nie potrafię prasować... I tak oto dzisiaj wyprasowałam wszystkie wyprane ubranka dziewczynek. Ułożyłam na kupce i uzmysłowiłam sobie, dlaczego tak często Młodszą biorą za chłopczyka... Poza tym jest Chianti, jest owcze pecorino, jest formaggio di fossa, a przed północą do powieszenia jeszcze drugie pranie. Gdzieś pomiędzy...

Ostatki...

Mój ostatni pełny weekend we włoskim domu. Za tydzień o tej porze będziemy sprawdzać, czy wszystko wyłączone i zamknięte. A potem aż trzy pełne miesiące na walizkach. Z wczorajszej kolacji wyszło niewiele, bo nagle, bez pytania i bez uzgadniania z nami Młodsza zgubiła smoczek. Noc przeżyłam, ale za to teraz parzę już drugą z kolei dużą mokę. To tylko jakieś 4 mocne espresso... Do tego ulubione ciasteczka śniadaniowe, Doemi, polecam, produkowane są w Puglii, ale są na tyle dobre, że sprawnie konkurują na półkach z Mulino Bianco i innymi włoskimi toptenami. Po takim śniadaniu wybaczam wszystkim wszystko...

piątek, 25 maja 2012

Obiecałeś...

Obiecałeś mi dzisiaj świeżego pstrąga z grila. Tak, jak tylko Ty potrafisz. I wino białe, które kupisz po drodze. Z pracy. To ja Ci za to podłogę umyję. A na deser powieszę błękitnawą girlandę. Niech przygląda się dzisiaj naszej randce na balkonie...

Myśli poplątane

Za każdym razem się wzruszam, gdy widzę nowego obserwatora. To trochę tak, jakby do stołu przy kawie dołączała nowa osoba. To takie miłe. Witaj la bionda i wielkie podbolońskie pozdrowienia!

środa, 23 maja 2012

Starsza wypasiona kulturalnie na popisie uczniów klasy fortepianu i wiolonczeli. Trochę mi było niezręcznie, bo na koncercie nagle poczułam zapach wędzonego łososia, którego ze szczególną uwagą rozgniatałam dla Młodszej na kolację... Niespodziewanie ciepły wieczór zachęcił nas do zatrzymania się w centrum na kawę i sok. Starsza bardzo to lubi. Krótki telefon kontrolny. Nie, nie śpi, ale panuje nad sytuacją. Okej, zostajemy, zamawiamy, siadamy na dworze. Słowo daję, daję Młodszej jeszcze rok na ogarnięcie manier i wyjście na prostą. To takie fajne i lekkie uczucie usiąść przy stole z córką...

Przesrane...

Bardzo lubię Włochów. Są generalnie dość mili. Przystępni i dyspozycyjni. A już jak się pojawiam z Młodszą i jej blond loczkami rozpływa się przeważnie pół sklepu. Dziś jednak puściły mi nerwy. Przeważnie nawet jeśli coś mi się nie zgadza podczas zakupów przy kasie, sprawdzam spokojnie rachunek w aucie. Jestem dość skrupulatna i zwykle wiem, jakiej kwoty się spodziewać. Zwykle okazuje się, że jakaś promocja jest nieaktualna. Macham ręką i jadę dalej. Ale dziś nie mogłam popuścić. Młodsza przy kasie wrzuciła mi na taśmę krem przeciwzmarszczkowy. I nie o te zmarszczki tu chodzi, bo pewnie i by mi się taki przydał, koniec końców nie mam już dwudziestu lat, ale o to, że krem miał wartość jednej czwartej moich zakupów. Płacę i pakuję. Ale to nie moje proszę pani. Proszę sprawdzić. Nie, zapłaciła Pani za niego. Ale ja go nie chcę. To pomyłka. Być może córka wrzuciła na taśmę. Proszę cofnąć ten produkt. Nie da się. Jak to się nie da? Mogę Pani tylko dać bon zakupowy. Ale ja nie chcę żadnego bonu. Ja chcę zwrot gotówki. Przecież mam takie prawo jako konsument. U nas nie ma zwrotów gotówki. Jak to nie ma. Przecież to chyba jakieś ogólnoeuropejskie prawo konsumenta. Czy mogłabym rozmawiać z szefem sklepu. Ja jestem szefem tego sklepu i powtarzam Pani, że w moich sklepach gotówki nie zwracamy. Ale przecież ja nawet nie odeszłam od kasy. A gdyby córka wrzuciła perfumy za 100 euro... przecież to absurd. W sklepie zaczyna wrzeć. Ludzie przy kasie się niecierpliwią. Moja do tej pory "bella bambina" stała się nagle niegrzecznym bachorem, który biega po sklepie i nie pozwala matce zrobić spokojnie zakupów. Okej. Wracam do sklepu i za krem przeciwzmarszczkowy kupuję cały zestaw pampersów. Przesrane...

wtorek, 22 maja 2012

Maj 92

Brzęczy mucha. Parzę kawę. Podgryzam torta nocciolata*, którą w niedzielę popełnił mąż. Oddycham równomiernie i napawam się chwilą spokoju. Od kilku dni, oprócz trzęsienia ziemi i bomby podłożonej przed szkołą w Brindisi, cały czas powtarzane są dwa nazwiska... Falcone i Borsellino. Ze wzruszeniem oglądamy wieczorem filmy, fabularne "Vi perdono ma inginocchiatevi"**, dokumentalne "Ho vinto io"***, dziś kolejny..."57 giorni"****. Smutna historia pięknej Sycylii. Wydarzenia sprzed raptem dwudziestu lat. Historie ludzi honoru. Starsza ogląda razem z nami. Jest bardzo ciekawa. Zadaje pytania. Chce wiedzieć, czy ci wszyscy źli panowie są już wyłapani i siedzą w więzieniach. Upewnia się, czy w naszym mieście ich nie ma... Tatuś, a co to jest mafia...
* ciasto wykonane z mąki z orzechów laskowych ** "Wybaczę wam, ale uklęknijcie". *** "To ja wygrałam.". **** " 57 dni"

poniedziałek, 21 maja 2012

Dopadło

Wiedziałam. Wiedziałam, że nie mogę zbyt długo fruwać nad ziemią trzepocząc ochoczo rzęsami. Nie mogłabym biegać maratonu, bo standardowo daję ciała pod sam koniec. Tak już mam. Powinnam już odliczać. Prasować bluzeczki, pakować kostiumy, robić weki... A tymczasem największym sukcesem organizacyjnym jest niezabałaganianie teraźniejszości...

niedziela, 20 maja 2012

Sobota bez planu

Mąż znika na chwilę z telefonem. Wraca po chwili. "Sprawdziłem dziś pogodę w Sienie, co powiesz na tagliatę na piazza del Campo, jeśli nie dziś, to dopiero po powrocie z wakacji, we wrześniu...". Dwadzieścia minut i jesteśmy spakowani. Jedziemy. Nasze miejsce osobistego kultu. Zawsze te same uliczki, prawie zawsze ten sam stolik. To samo menu. Obowiązkowa tagliata. Czerwone wino dobrane przez znajomego szefa kuchni. Niby tak samo, a jednak co roku jest inaczej. Rok temu Młodsza jeszcze nie chodziła. W tym roku obydwie biegały za gołębiami po całym placu, wzdłuż i wszerz. Trzy lata temu była z nami tylko Starsza, Młodsza w sferze planów. Było pięknie, ale marzy mi się Siena tylko we dwoje. Czuję się delikatnie wymęczona. Wczoraj zazdrościłam parom popijającym winko z gwinta nad pizzą z kartonu. Zastanawiam się, kiedy my wejdziemy w etap minimalnej przewidywalności wydarzeń. Bez tego całego amoku. Mamuś, chcę iść do lunaparku. Mamuś powiedziałaś, że kupisz mi sandałki. Mamuś chcę pizzę z frytkami. Nie ma frytek. Ale ja chcę koniecznie z frytkami. Mamuś chce mi się siku. Mamuś boli mnie nóżka. Mamuś jestem głodna. Mamuś, kup mi loda. Młodsza jeszcze niezbyt werbalizuje swoje potrzeby, ale za to funduje wysoce nadprogramowe zmienianie pieluch w najbardziej niewygodnych zaułkach miasta... Dziś boli mnie głowa i drży powieka. Niewyspanie. Zmęczenie. Hałas. Niech i tak będzie czasami...

Trzęsienie

Wytrzęsło mi dziś nad ranem porządnie materac. Przez chwilę, myślałam, że śni mi się, że płynę na łódce podczas sztormu. Potem usłyszałam regularne otwieranie i zamykanie drzwi.... Głosy ludzi na patio. Nad ranem telefon z Polski. Wszystko w porządku tatusiu...

piątek, 18 maja 2012

W co by tu wytrzeć wałek...

Też tak macie? Budzicie się nad ranem i czujecie... ten dzień jest mój. Mocno sprecyzowany kierunek. Przeczucie... Makijaż, fajna bluzka, włosy w koński ogon... Jadę. Przecież mnie tam znają, ostatnio kupiłam kredens. Będą mili, nawet jeśli mała znowu zacznie wyć i wychodzić z wózka, żeby podotykać wszystko co się błyszczy... I nagle w kącie widzę małe, biedne, czarne, kulawe... A do tego za całe cenę kilku kaw...
Jeszcze tylko dokupić trochę białej farby...
zrobić obiad, nakarmić i uśpić Młodszą i mogę zaczynać ... Przy okazji wycieram wałek o kosz wiklinowy...
I oto jest, w modnym kolorze, letni mebelek pod TV...
Wracam do przeglądania i inspiracji...

Grunt to dobra pamięć

... bo stracić wspomnienia, to jakby stracić wszystko, co się ma... Moje wspomnienia to głównie dzieciństwo, bo dorosłość osculyje cały czas jeszcze w ramach teraźniejszości. Wspomnienia to dzieciństwo, a dzieciństwo to wakacje na wsi. Pamiętam jak nie mogłam odżałować, że inni jeżdzą na kolonie, a ja do babci na wieś. Na koloniach ostatecznie byłam raz w życiu i poza drewnianymi miseczkami przywiezionymi znad morza, nie pamiętam nic... A wieś.... a wieś to zapach porannej rosy. To kałuże w ubytkach afsaltu. To letnie przemarsze stonki. To plecione huśtawki w ogrodzie. To regularne wyciąganie kolek. To misternie urządzane sklepów pod jabłonką. To cichutko przebiegająca z samego rana mysz, pod kredensem... To zapach poliwki i tłuczonych ziemniaków z plewami. To regularne chrząkanie prosiąt na znak, że już czas na tzw. "żarcie". To emocje, gdy dziadek spuszczał na chwilę wieczorem Gniadego, żeby mógł sobie pobrykać po całym dniu pracy w polu i podrapać się o korę stojącej na środku podwórka lipy. To rwanie i zajadanie wszystkiego co rosło, agrestu, antonówek, węgierek, wisienek, gruszek, truskawek czy porzeczek. To wieczorne, niemalże rytualne szukanie i wyciąganie kleszczy. To uciekanie przed nietoperzami. To zupa z wisienek, zsiadłe mleko, zalewajka i chleb z cukrem. Tak niewiele, a tak dużo....

czwartek, 17 maja 2012

Dwa kraje, dwa brzegi

Zaczynam powoli mentalnie przygotowywać się do wakacji w Polsce. Jeszcze miesiąc, ale czymże jest miesiąc w skali roku. Aż strach pomyśleć, że ostatni raz w Polsce byłam w sierpniu... Bez szczegółowego grafiku, bo będę mimo wszystko zajęta dziewczynkami, ale w weekendy liczę ufnie na obstawę dziadkowo-ciociowo-wujkową. Jeśli tylko Młodsza w tym roku pozwoli mi się oddalić na kilka...naście godzin lub może nawet na cały weekend, chętnie skorzystam... Zobaczymy. Pierwsza ważna rzecz to festiwal filmowy w Kazimierzu. Do Kazimierza mam z mojej wsi jakąś godzinkę spokojnej jazdy. Odwiedzam go zawsze kilkakrotnie. Uwielbiam tamte tereny. Kocham też Sandomierz i niepowtarzalne ciabatte z wędzonym łososiem w Kordegarcie...
Wieś to babcia, a babcia to wspomnienia, ciągła konfrontacje z mijającym czasem...
A prawie dwumiesięczną rozłąkę z mężem odbiję sobie podczas sierpniowej toskańskiej wyprawy na motorze w wersji "we dwoje"....

środa, 16 maja 2012

Aromaty

Pomidorki ze świeżym oregano. Ziemniaki z rozmarynem. A cukinia z miętą. Marchewka podduszona z cebulką, delikatnie skropiona białym winem. Dziś czekam na męża. I tęsknię...

wtorek, 15 maja 2012

Miło i jadalnie

Za to kocham pozamiasto. Przypadkowe rozmowy z przypadkowymi ludźmi. Czas na zatrzymanie się przy drodze, przy miedzy. Skinienie głową. Pogaduszka. O niczym. O wszystkim. "Niech Pani podejdzie, dam dziecku czereśnie, bio, wysyłamy je na cały świat. A zna Pani nespole? Mnóstwo witaminy C, dobra na wahania temperatury i przeziębienia." Wróciłam do domu obładowana czereśniami i ze słoiczkiem nieszpułki. I z nadzieją, że świat jeszcze nie zwariował...
Maj miesiącem emocji jest. Zdecydowanie. Na wysokim poziomie. Górne ce. Za trzy tygodnie wyjazd, wio! Po włoskim morzu, polska wieś. Planowany powrót - początek września. Trzy miesiące hasania po zielonej trawie i piaszczystej plaży. Będę strażnikiem, opiekunką, mamą, przyjaciółką, przewodnikiem ... Tak się cieszę, że te wakacje ich dzieciństwa mogę spędzać z nimi, bez limitu, bez ograniczeń urlopowych.... A teraz.... teraz znów popijam drugą już kawę. Młodsza jeszcze śpi. Dosypia. Starszą zawiózł mąż. Ćmi mnie trochę głowa. To przez wczorajsze wrażenia. Kilkugodzinny, wieczorny kurs zorganizowany przez Włoski Czerwony Krzyż. Co robić i czego nie robić, gdy dziecko się zachłyśnie. Niby taka bzdura, a co roku we Włoszech ginie w ten sposób 50 dzieci, jedno na tydzień. To tak, jakby co roku znikał z ziemi niemal cały dziecięcy chór Piccolo Coro Dell'Antoniano... Siedzieliśmy wszyscy z gęsią skórką wpatrzeni w instruktora. Ale po złych informacjach nadeszły również te dobre. 80% tak właśnie przeprowadzonych akcji kończy się pozytywnie już po trzech odpowiednio mocnych uderzeniach między łopatkami... Warto się trochę postresować na kursie!

poniedziałek, 14 maja 2012

Sztuka czekania

Rytualna drzemka Młodszej. Cisza. Mieszam sos marchwiowo-pomidorowy. Podcinam uschnięte łodygi balkonowych kwiatków. Zerkam na druciane koszyki zawieszone na ścianie, dla ozdoby. Podczytuję. Milczę. Dopijam kawę. Zerkam na zegarek. Bycie mamą to również sztuka czekania...

niedziela, 13 maja 2012

Ja...

Równowaga w przyrodzie być musi. Piątek zafundował nam doznania natury artystycznej. Wczorajszy dzień natomiast minął pod hasłem sportu i świeżego majowego powietrza.
Starsza brała udział w zawodach z lekkoatletyki. Brakowało tylko słynnego utworu granego podczas olimpiady w Calgary (oczami wyobraźni widzę ósme piętro bloku, meblościankę, komin kopalni, moje dzieciństwo...) . Latałam po trawie jak opętana, pstrykałam zdjęcia, obcierałam spływające po policzku łzy. Boże, to moje dziecko skacze o tyczce, to moje dziecko biegnie w sztafecie. Półtorej godziny wykańczających rozgrywek. Młodsza zaparkowana tymczasowo w piaskownicy.
A potem obiecana wycieczka do miasteczka z okwieconymi balkonami. Santarcangelo di Romagna. Mało znane. Mało odwiedzane. Bo turyści wolą niedalekie Rimini lub majestatyczne San Marino. A ja na San Marino wolę patrzeć z boku, z oddali...
Zamiast standardowej piadiny tym razem zamówiliśmy rożek z zasmażanymi różnymi rodzajami kwiatów. Uczta dla podniebienia. Potem koniecznie spacer. Jako chyba jedyni tego dnia nie zakończyliśmy zwiedzania miasteczka na poziomie restauracji. Koniecznie chcieliśmy dotrzeć do wieży z zegarem i zamku. Kto ma córeczki w wieku mniej więcej 5 lat wie, jak ważne są zamki, balkoniki i inne romatyczne akcesoria. Kolejny dzień z rzędu wracamy około północy. Kolejny dzień z rzędu myję dzieci nad ranem. Korzystam z życia. Rytm nabija mi termometr... Do Santarcangelo wrócę. Z pewnością. Uwielbiam miasta średniowieczne, niepoukładnane, zawiłe, chaotyczne, a jednak przemyślane...

sobota, 12 maja 2012

Był ogień. Był pot. Były drżące kąciki ust po tym, jak po ostatnim akordzie szalonej "Folii" Vivaldiego ktoś spotanicznie wstał i krzyknął "Brave!". Sprawdziła się teoria, że na pewnym etapie grania zasadniczą rolę odgrywa psychika. Gdy byłam uczennicą stres zżerał mnie do tego stopnia, że na pytanie rodziców "Jak poszło?" odpowiadałam przeważnie "Nie wiem, nie pamiętam, mam białą plamę". Wczoraj była pełna współpraca. W arii Bacha z Oratorium Wielkanocnego delektowałam się dosłownie każdym zagranym akordem. Każdy muzyk wie, że najtrudniej grać cicho i wolno. Wczoraj nie było pośpiechu i niepoukładanych myśli "byle do końca". Był wolny, miarowy krok. Potem Bach i Follia. Jak ja kocham takie utwory, w których można pokazać trochę pazura. Follia rozwija się bardzo stopniowo. Na początku słuchacz odnosi wrażenie, że panie przyszły sobie poplotkować przy graniu. Potem powoli rośnie stopień trudności. Przyspiesza tempo. W pewnym momencie byłyśmy jak w amoku, na ziemię sprowadzała nas tylko wymagana pauza na przewrócenie kartki. To co najbardziej lubię w takich utworach to to, że jest bardzo dużo miejsca na improwizację i każde wykonanie jest inne. Nigdy nie wiem, jak zagram następnym razem. Wymyślam na poczekaniu, imituję flety, sama się sobie czasem dziwię... Na koniec Kantata Telemanna. Potęga. Chór i zespół kameralny. Organy. Wszyscy razem. Monumentalnie. Potem już tylko gratulacje. Krótkie "rinfresco" czyli luźne rozmowy przy bufecie pełnym przegryzek. Starsza bardzo podniecona. Cały czas machała mi z widowni. Młodsza niestety wołała "mama" i mąż spędził cały koncert na zewnątrz. Oczywiście były czarne wysokie szpilki i śliczna prosta łososiowo-czarna sukienka upolowana w promodzie. Wyjątkowo rozpuściłam włosy, nigdy tego nie robię, jestem typem rosyjskiej baletnicy, na sam widok zwisającego na czole włosa wszystko mnie drażni. To też oznaka dojrzałości. Kiedyś na koncerty najlepiej przychodziłabym w jutowym worku, żeby tylko nikt mnie nie poznał. Żeby nie zapeszać. Po latach dojrzałam do tego, że to mój moment, że trzeba błyszczeć i rozdawać uśmiechy. Wyprostować plecy... No i wyszło na to, że napisałam sobie sama bardzo pozytywną recenzję. A co mi tam...

piątek, 11 maja 2012

Próbuję...

Próbuję nie panikować. Próbuję robić wszystko, jak co dzień. Próbuję wyjść na poranny rower, potem spacer. Próbuję nakarmić Młodszą czymś sensownym. Sobie serwuję tylko lekką sałatkę i pajdy chleba z ulubionym serem scamorza. Próbuję relaksować się buszując po wnętrzarskich blogach. Popijam wodę z dodatkiem balkonowej mięty. A jednak emocje biorą górę. Fale gorąca i serce w gardle, najczęstsze objawy. W domu nie mam jeszcze instrumentu, więc gram sobie na sucho, na kanapie, w myślach. Przebiegam kolejne akordy, robię ostatnie notatki, gdzie mam uważać na przewracanie kartek swoje i innych. Będą emocje, będą trzesące się palce. Będzie pulsująca skroń. Dziś wystąpię już nie jako studentka czy panna skoncentrowana tylko na sobie i swoim wyglądzie, która koncertem żyła zwykle już dobre dwa tygodnie przed. Dziś wystąpię jako mama, którach w przerwach między utworami wsłuchiwać się będzie w pokasływania widowni, nasłuchując czy przypadkiem Młodsza nie popłakuje lub nie marudzi. Sama nie wiem jak dziewczyny zareagują na mój widok. Trochę sie boję tej nieobliczalności sytuacji. Ale będzie dobrze. To mój wieczór!

czwartek, 10 maja 2012

Jutro nie będzie paniki. Nie będzie bezużytecznego stresu. Po raz pierwszy moje córki zobaczą mnie na scenie. Mój mąż zobaczy mnie po raz kolejny, po dziesięciu latach. Trzymam za siebie sama kciuki. Jest taki sam upał jak dziesięć lat temu w Mediolanie, gdy strajkowało wszystko i wszyscy i na własny koncert biegłam z Fabiolą w sukni przez niemal całe miasto. To będzie takie moje małem muzyczne barokowe podziękowanie. Za wszystko co mam. A mam niesamowicie wiele... A tymczasem popijam kawę, patrzę na pagórki, które wyzierają zza parapetowej petunii. I co i rusz zerkam na biały kredens. Moje domowe spełnienie dziecięcych marzeń. Powrót do dzieciństwa. Szukałam i znalazłam. Wpadłam na bazar tylko na chwilę. Potem już tylko szybka kalkulacja, pytanie "a kiedy Pan może mi go przywieźdź? dzisiaj w południe? znaczy się za jakąś godzinę?". Czyli, że zdążę przemalować i przetrzeć na dwudziestą wieczorem. Zdążyłam....

poniedziałek, 7 maja 2012

Poruszające "Nie ruszaj się"

Polecam, polecam, polecam. Kiedy rok temu przyjechałam do Włoch, w nowo wynajętym domu na półce ktoś przypadkowo zostawił książkę. Jedną, jedyną. Otworzyłam i pochłonęłam. Była druzgocąco autentyczna. Dawno nie dostałam za darmo takiej dawki emocji. Wczoraj, krótko przed północą, gdy słałam sobie jadalnianą kanapę, na której od kilku już nocy waruję, po tym jak Młodsza nad ranem wczołgała się bezszelestnie na czworakach na poddasze, odruchowo zmieniłam kanał. Po zaledwie jednej sekundzie kadru już wiedziałam, że znam tą scęnę. Wmurowana w kanapę naderwałam kolejną noc. Polecam. Bardzo. Matkom. Żonom. Obraz rodzicielstwa i poemat o małżeństwie, w którym wszystko jest tak pozornie piękne i ułożone, że napisane drukowanymi literami na plaży "zgwałciłem inną kobietę" zostaje kompletnie niezauważone przez pluskającą się w morzu idealną żonę. "Non ti muovere" czyli "Nie ruszaj się".

niedziela, 6 maja 2012

Przepis na szczęście numero uno

Mityczna piosenka głosi, że " felicita' e' un bicchiere di vino con un panino". Jak najbardziej się zgadzam, szczególnie na Piazza del Campo w Sienie, w Panitotece na pierwszym piętrze z widokiem na okazały magiczny plac, gdzie włoskie kanapki zastąpią z powodzeniem niejedną wykwintną kolację przy świecach (swoją drogą właśnie wpisałam do kalendarza weekend w Sienie, moje must be przed wyjazdem do Polski, kto mnie zna, wie, że Siena to mój talizman, to moje miejsce na ziemi, to balsam, to najpiękniejsze miasto na moim świecie...). Dziś jednak szczęscie przybrało inną twarz. Moje dzisiejsze szczęście to deszcz, który na moment przytrzymał nas w donu, to makaron strozzapreti z szafranem i kiełbaską, do tego wino Chianti, a skoro Chianti to nie mogło zabraknąć ciasteczek cantuccini. Na dopełnienie wszystkiego wspólna, spokojna, narazie niczym niezaburzona zabawa moich dziewczynek. Dziękuję ci deszczu za te domowe chwile...

sobota, 5 maja 2012

Księżycowo

Laptop na kolanach, głowa w tymianku, łyk piwa na parapecie. Turkot pracowitego traktora, który zdążyć chce przed jutrzejszą zapowiadaną burzą. Księżyc wpraszający się do salonu, taki piękny, taki okrągły. Łososiowe paznokcie na powitanie lata. Na stole resztki pizzy. Dziewczyny z tatą oglądające program o bakteriach, a ja chcę tylko tak trwać i wdychać wieczór...

Kolorowo mi

Samograja przestawiłam na funkcję radio. Nogi uniesione lekko odpoczywają na krześle. Starsza na tablicowej kartce wyrysowywuje symbole starożytnego Egiptu. Młodsza siestuje z mężem na poddaszu. Szumią topole i śpiewają ptaki. Lodówka błaga o wypełnienie, ale nie chce nam się do miasta, do sklepów, do ludzi...

piątek, 4 maja 2012

Ballando

Czuję jak wypływam na głęboką wodę macierzyństwa. Młodsza to jeszcze etap kup w pieluchach i butelkowego mleka na dobranoc. Starsza zaczyna pytać, zaczyna się wzruszać, zaczyna odróżniać. Wygrzebałam w aucie mityczne "Dangerous". W drodze do szkoły puszczam ulubioną piątkę i siódemkę. Na pełny full. A co mi tam. Po bokach zielone wzgórza jak u Ani, szumiące zboża. Pędzimy! Dziewczyny kołyszą się jak pałki w stawie. Młodsza wrzeszczy, że mam tańczyć "Mamma, balla, balla!"! Potem pada pytanie Starszej, a kto to, kim on był, a co i jak, a opowiesz mi o jego życiu, a dlaczego umarł. Pokazuję teledyski. Tłumaczę, opowiadam... Widzę jej ciekawość, przejęcie. Czuję się taka odpowiedzialna za to, że mam tak niesamowity wpływ na postrzeganie rzeczywistości przez inną osobę...

Buongiorno

Poranek. Pierwszy raz odkąd się tu przeprowadziliśmy mam moje 5 minut przy kawie i laptopie. Niższe temperatury sprzyjają spaniu, a ja spać uwielbiam. Jestem z tych, którzy potrzebują 8 pełnych przespanych godzin. Siedzę tak sobie i patrzę, i wzdycham, i oczy uśmiechają się do błękitnego kuchennego nieba. Kolejny piękny, spokojny, zwykły dzień przed nami. Pozdrawiam wierne czytelniczki trzy :)

czwartek, 3 maja 2012

Mydło i powidło

Blog spełnił swoją funkcję. Muszę przyznać. Regularne, codziennie, czasem dość gęste wylewanie goryczy pomogło. Razem z wiosną przyszła nowa ja. Przeprowadzka i słoneczna pogoda. Pierwsze takie nasze miejsce na ziemi jak do tej pory. Chwilo trwaj! Jeszcze tylko 4 tygodnie i wyjeżdżam z dziewczynkami nad morze. A potem dwa miesiące na polskiej wsi. Znowu będzie niezmierna tęsknota. Jak rok temu, gdy tak pochopnie pojechałam już w maju, a wróciłam dopiero w sierpniu. Ale te wakacje będą inne. Inaczej będę patrzeć na emaliowe garnki, stare wiklinowe kosze, spękane wykrzywione krzesła i odrapane obrazy z myśliwym i zającem. To będzie. A teraz żyję chwilą. Młodsza śpi po zabawie w daleką podróż w wiklinowym koszyku. Bakłażany czekają na farsz, a indyk delikatnie skwierczy i się lekko zabrązawia. Jutro przedostatnia próba przed koncertem. Mam w nim swój dość spory udział. Przed próbą mały wywiad do lokalnej gazety, przy kawce, w barze obok. Nic ważnego. Jedna z przedszkolnych babć prowadzi rubrykę o cudzoziemncach. Poprosiła. Czemu nie. Dom. Dom cieszy nas niezmiernie. I choć nadal śpimy na materacach, bo przez szkody jakie wyrządziło początkowe zalanie niestety będą nam zrywać parkiet i prawdopodobnie malować niektóre pomieszczenia, to jednak od przeprowadzaki zmieniła się jakość naszego życia. Trudno mi to dookreślić. Jest jasno, słonecznie, po naszemu, tak jak chcemy. Czuję się, szczególnie teraz gdy jest ciepło, jakbym była w jakimś wakacyjnym wynajętym mieszkaniu.
Oczywiście zaraziłam się juz kompletnie wybielaniem i poszarzaniem ciemnych dodatków i akcesoriów. Tu naścienna skrzyneczka na klucze kupiona podczas ostatniego weekendu na południu Włoch za całe 5 euro.
Uczę się pielęgnować balkon. Wysiewam, doglądam, podlewam, dokupuję.
Zawsze, gdy wchodzę na poddaszę podziwiam moją szafę, wyciągnietą po 15 latach z garażu teściowej. W bieli zyskała nowy cudowny wygląd.
Oczywiście nie popuszczę też żadnej drewnianej skrzynce. Przy obecnym deficycie mebli bardzo się przydają. Tu chwilowo w roli szafki na buty.
W zasadzie nie mamy tutaj przedpokoju. Jego rolę pełni częściowo ściana bezpośrednio przy schodach.
Cały czas brakuje firanek, zasłon i innych drobnych rzeczy. Jest jeszcze dość goło, ale ponieważ facetom to absolutnie nie przeszkadza, więc strasznie trudno mi wyciągnąć męża na większe zakupy. Sama nawet nie myślę o wyjechaniu na włoskie autostrady.