czwartek, 26 kwietnia 2012

Małe wycieczki czyli wielkie sprawy

Starsza jest taka mądra. Wdrapuje się bez ociągania na szczyt wzgórza, żeby zobaczyć panoramę okolicy. Przy każdym zakręcie wzdycha: Mamuś, jak tu pięknie. Dziękuję Ci za to, że mnie tu przywiozłaś. A ja się uśmiecham pod nosem. Na baranach dźwigam Młodszą, która coraz częściej ucieka nam z wózka, więc wózek coraz częściej zostaje w bagażniku. Małe średniowieczne jakieś tam nikomu nieznane włoskie miasteczko. Pół godziny od domu. Rzut beretem rzec by można. Piękne. Z zawiłymi średnowiecznymi uliczkami. Z przepięknym placykiem. Z kolorowymi pastelami fasad. Bez zbędnych reklam i etykiet. Bardzo surowe. Pod koniec jak zawsze jedzenie all'aperto, pod gołym niebem. Dziewczyny rysują na serwetkach. Starsza księżniczkę na wieży, Młodsza zamaszyste cośtam. My popijamy czerwone wino domowej roboty. Zagryzamy piadiną pociętą w trójkąty i rozkoszujemy się wędlinami i serami. To jest według nas prawdziwe szczęście i tego się trzymajmy.

2 komentarze:

  1. Mam bardzo podobną definicję szczęścia:) Pozdrawiam! AT.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czess DC I Ania T z Caramba. Pozdrawaiam Was goraco. To tez i moja definicja szczescia. Dzieki za te optymistyczne notki. ide obiad gotowac. L

    OdpowiedzUsuń