niedziela, 19 lutego 2012

Strach ma sucho w gardle

Zastanawiam się, czy owoce, czy warzywa.
Patrzę na jakość materiałów, kolory, szycie.
Na rękach Młodsza.
Mąż kontrolnie zerka na Starszą, buszującą między regałami wypełnionymi zabawkami.
Nagla Starsza znika.
Panika.
Multum ludzi.
Jescze większe multum dzieci.
Ja czuję jak zaczyna mi skakać ciśnienie.
Robi mi się słabo.
Puls rośnie z sekundy na sekundę.
Rozdzielamy się, on do tyłu, ja do przodu.
W kierunku toalet i baru.
Dzwonię, nie ma. Nie ma jej. Boże mój. Gdzie jest moje dziecko, moja córunia?
Lecę do personelu. Zgłaszam zaginięcie pięcioletniej dziewczynki w niebieskim golfie, dżinsach, o kasztanowych włosach.
Wszystko staje w miejscu.
A jeśli ktoś już ją gdzieś wyprowadził.
Pani uspakaja mnie, że właśnie blokują wyjścia, że już zawiadomili ochronę.
Czuję jak schnie mi w gardle.
Ostatni raz tak gardło wyschło mi podczas porodu.
Wszystko wiruje.
Jestem w takim stanie, że nie panuję kompletnie nad sobą.
Biegam, przysiadam na chwilę, Młodsza zsuwa mi się z rąk.
Nagle milknie, jaby rozumiała powagę sytuacji.
Dzwonię do męża.
Jest strasznie głośno, przerywa, nic nie słyszę.
Po paru sekundach dociera do mnie, że ma ją.
Została zatrzymana przez personel, który też już uruchomił odpowiednie procedury.
Wszystko trwało około 10-15 minut.
Świat mi się zatrzymał na kwadrans...

12 komentarzy:

  1. kiedys mi tak corka zniknela z oczu w supermarkecie. to prawda, zatrzymuje sie wtedy swiat.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeżyłam to sześć lat temu w Castoramie, z minuty na minutę narastał paraliżujący strach, który w pewnym momencie podpowiadać zaczął, że może to już na zawsze, że może w tej właśnie chwili zaczął się największy w naszym życiu koszmar. Wszystko dookołą było jak na zwolnionym filmie, twarze ludzi, muzyka, puściły mi wszystkie hamulce, darłam się na całe gardło wołając córkę po imieniu. Kiedy ją wreszcie usłyszałam, a trochę to trwało, nogi się pode mną ugięły. Na koniec płakaliśmy wszyscy, mój mąż, ja i córeczka. Do tej pory czuję zwierzęcy strach tamtych chwil. Pozdrawiam A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, dokładnie tak samo... stałam, nie krzyczałam, bo miała tak sucho w gardle, że nie byłam w stanie wydobyć z siebie słowa. W głowie mi szumiało i pomyślałam, tak jak ty, a co jeśli nie wróci, i ten nasz stan, a przede wszystkim ona płacząca gdzieś tam będzie już naszą codziennością. Dzisiejsza noc nieprzespana. Rozbolały nas głowy. Najpierw był płacz i ulga, ale potem puściły nerwy i były krzyki i kłótnia. Wiem, że długo tam nasza noga nie postanie...

      Usuń
  3. Potem przyjdzie moment, że sama pójdzie do sklepu, sama wróci ze szkoły.. To też jest przeżycie, za każdym razem. Nie da się tego uniknąć, nie da się nie pozwolić. Niełatwo być mamą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oliwko.... nie wspominając o samodzielnych wakacjach itd.
      To są dopiero emocje! Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  4. Scena jak z filmu, tylko tu się tv nie wyłączy przed strachem! Współczuję tej guli w gardle.
    Niestety, ciągle "najlepsze strachy" przed nami. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ksena, w myśl wszystko dobre co sie dobrze kończy traktuję to jako kurs przygotowawczy do tego, co będzie w przyszłości:) Oby jak najrzadziej...

      Usuń
  5. miałam tak na ogródku jordanowskim. najpierw zginął mi Zabon, a jak już go odnalzałam (jeszcze na spokojnie), to potem wsiąkła Laura. to był pierwszy i ostatni raz, gdy wyszłam sama z nimi na ten ogródek. ech, to na dłuższą notkę temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Foksal, z jednej strony dobrze szybko zapomnieć, bo krew się mrozi w żyłach, z drugie warto na przyszłość pamiętać o oczach i uszach do okoła głowy...

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mi moja mała Łucja zniknęła na 6 godzin z życia... jak miała 11 lat, wtedy sama mogla wracać już do domu poszła do koleżanki, mama tej koleżanki mnie nie poinformowała jak zawsze robiły ro mamy które zabierały Łucję ze szkoły do siebie, Łucja nie miała telefonu kom. i tak szukałam ja tyle godzin po ludziach wydzwaniając tu i tam, zwolniłam się z pracy dalejże do domu, a to 30 km od Warszawy...
    jak już dojeżdżaliśmy to zadzwoniła ze jest w domu i że przeprasza ale zapomniała powiedzieć że idzie do koleżanki a ja jak możesz sobie wyobrazić już ją widziałam w najgorszych scenariuszach, nie opieprzyłam jej nie krzyczałam, tylko wytłumaczyłam co przeżywałam, ale w środku byłam ruina człowieka, w te 6 godzin schudłam z nerw 2 kg,potem gdzieś w kacie swoje wypłakałam i wiem jedno nikomu, nigdy nie życzyłabym nawet 1 minuty tego strachu, może to koszmar nie z tych największych ale postarzałam się o parę lat... wiem co czułaś przez te długie minuty kochana
    uściski ślę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 6 godzin?
      nie wiem, czy bym przeżyła...
      a może, jak to zresztą już nie raz pokazało życie, dostałbym kopa do działanie, nie ulega jednak wątpliwości, że uczucie, które towarzyszy wtedy matce, niezależnie od czasu trwania "Całej akcji" jest tak jak to pięknie opisałaś DEGRADUJĄCE. pozdrawiam cieplutko!

      Usuń