piątek, 20 stycznia 2012

W zasadzie czemu ja się dziwię

Ostatnio przypomniała mi się taka historia.
Podstawówka. A jak podstawówka to i podstawówkowa przyjaciółka.
Wyższa i mądrzejsza.
Prawie jak starsza siostra.
Dziesiątki odprowadzań po szkole, tam i z powrotem, ja ciebie to teraz ty mnie, do rzeczki, do mostku, no weź, jeszcze tylko do sklepu...
I tak codziennie.
Wspólne ulubione kolory, muzyka, gadżety.
Rozmowy przede wszystkim o niespełnionej miłości.
O planach. O tym co będzie, jak będzie i gdzie...
Potem liceum.
Trach.
Kontakt się urywa.
Nie ma maili, nie ma komórek.
Jest co najwyżej stacjonarny.
Ale po co, skoro w liceum obydwie zachłystujemy się nowym towarzystwem.
Spotykamy się po latach, przypadkiem w autobusie.
Streszczamy sobie nasze nowe życia.
Wymieniamy się mailami.
Potem regularnie dostaję pocztówki.
Na święta, urodziny, często w wakacje.
Miło.
Mija znowu kilka lat.
Pewnego dnia otwieram skrzynkę internetową i czytam, że teraz to ona mi to może wreszcie napisać, że całe życie żyła w moim cieniu, że czuła się zawsze gorsza, niespełniona, ale teraz już się spełniła i może mi to wszystko ot tak nawrzucać.
Z grubsza mówiąc mail pełen nienawiści i zawiści.
Nie pamiętam co odpisałam.
Maila wyrzuciłam.
A teraz, gdy samo życie zrobiło mi taką wyrwę w moich wieloletnich, pielęgnowanych znajomościach myślę sobie o tym ile z nich chętnie wysmarowałoby mi taką notkę...
Przykre...

7 komentarzy:

  1. Ten mail był dla niej autoterapią.
    Pomyśl o tym, poczujesz się lepiej i będziesz tylko współczuła.
    A po zimie jest zawsze wiosna. Głowa do góry!
    Pozdrawiam naprawdę serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. może tak... aczkolwiek zupełnie absurdalnie i po babsku mam ochotę ją odnaleźć i po latach zapytać...
    a może to tylko taka moja próba autoterapii :)
    pozdrawiam z mglistej romagni

    OdpowiedzUsuń
  3. a po cholerę się w tym babrać? No, chyba że zależy by sobie wyjaśnić. Osobiście potraktowałabym to na zasadzie: popatrzcie jak inaczej postrzegamy rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
  4. inaczej, zostawię to losowi, nie raz nie dwa zdarzyło mi się spotkać np w metrze w mediolanie lub na deptaku w dublinie kogoś, kogo unikałam w polsce... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja po latach roznych przygod, doszlam do wniosku, ze juz lepiej spedzac czas samemu, niz bawic sie w znajomosci, ktore nie przynosza satysfakcji, a nie daj boze wysysaja energie...

    OdpowiedzUsuń
  6. święta prawda... tyle tylko, że nie każdy się lubi na tyle, żeby umieć spędzać czas tylko ze sobą, ja jestem z tych co to lubią mieć dawców i biorców różnych emocji, choć może nadszedł czas na zmiany...

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz co, u mnie to jest temat rzeka, a nie chce zanudzac. U mnie bylo (i w sumie po czesci dalej jest ) tak samo, nie lubilam przebywac sama ze soba, i po prostu nmie umialam. Powoli sie tego ucze. Ucze sie doceniac bycie "samemu". DO tej pory prawdziwi przyjaciele, i osoby na ktorych mi bardzo zalezy sa kilkaset kilometrow odemnie oddalone. Dlugo, bardzo dlugo sie miotalam, zeby znalezc choc namiastke tutaj. DO tej pory sie nie udalo, a ja odpuscilam. Jeszcze niedawno wychodzilam z domu, nawet jezeli nie mialam ochoty, wsciekle szczesliwa, ze ktos chce sie ze mna spotkac, nawet jezeli moj zapal byl niewielki. Tak jak mowie, odpuscialm, i jestem o wiele spokojniejsza.. Ciezko to wszytsko opisac w kilku zdaniach, i jeszczy zeby nie wyjsc na madrale :-P

    Trzymaj sie !

    OdpowiedzUsuń