czwartek, 26 stycznia 2012

Ochota na świństwa

Od kilku dni łazi za mną jak cień ochota na zjedzenie jakiegoś świństwa.
Maka, hamburgera, czegoś-nie-wiadomo-co chińskiego, smażonego, słodko-kwaśniego.
Wczoraj wieczorem już prawie skończyło się wyskokiem w pojedynkę do pobliskiego fastfoodu.
Wytrzymałam.
Chęci poddusiłam dawką jogurtu z otrębami.
Kilka minut temu dzwoni mąż.
Wraca z trasy i .... zamawia dla mnie chińszczyzne.
Mój slow-foodowy mąż grzeszy dla mnie z miłości ...:)

2 komentarze:

  1. U nas to ja jestem slow a mój mąż bardzo fast, zachcianki jeśli mam to na słodkości, ostatnio dowodem miłości mojego męża były regularnie przynoszone ze sklepu nocnego lody. Niestety ta sielanka nie mogła trwać długo, dziś mija szósty dzień diety soutch beach, na topie jest teraz natka pietruszki;) Pozdrawiam Ania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, nocnych sklepów tutaj niet, więc zachcianki muszą być wysoce programowane. Świństewko chińskie przyjechało i zostalo ekspresowo spożyte. Co do diet ... hmmmm, jedyną do tej pory, którą rzeczywiście zastosowałam i rzeczywiście schudłam była dieta białkowa. nie jest to jednak jak dla mnie wykonalne na włoskiej ziemi, więc z ewentualnym drugim podejściem muszę poczekać na wakacje na polskiej wsi, gdzie rzeczywiście w lodówce głównie wędliny i twarożki. powodzenia!

    OdpowiedzUsuń