poniedziałek, 2 stycznia 2012

Obuchem w łeb

Dziewczyny moczą tyłki w wannie pod nadzorem taty.
Ja włączam Możdżera i piszę, ostatnich kilka minut przed etapem "zasypiamy razem", który ze względu na świąteczne rozregulowanie przedłużył się wczoraj do północy.
Wpisuję możdżer na youtube, biorę pierwsze z brzegu.
God bless you youtube.
Więc, od czego zacząć.
Obuchem w głowę dziś dwa razy dostałam, raz wirtualnie, raz realnie.
Rak.
Dotknął osobę, którą znam.
Męża mojej bardzo bliskiej przyjaciółki.
Za kilka dni poród.
A ostatnie trzy miesiące jak w matriksie.
Trzymam wszystkie możliwe kciuki.
Musi być jakoś. Niech nie będzie super, niech po prostu będzie.
Bo być musi, bo są dzieci, nie jedno, a dwoje, za chwilę.
Przemknął gdzieś w tle, w kamerze skype'a, kiwnął głową, uśmiechnął się do kamery,
ze łzami w oczach wydukałam, żeby się trzymał, że ma wsadzić cały ten 2011 do kosza i wyrzuć, że teraz nowe nadchodzi, nowe życie ich czeka, i dosłownie i w przenośni.
Człowiek wygląda głupio. Głupio patrzeć w takich sytuacjach na swoją kretyńską gębę w kamerze skajpowej.
Pytam, dopytuję, bez analizy sytuacji, czy takt, czy nietakt.
Na szczęście i nieszczęście to bliska mi osoba, więc wali prosto z mostu.
Opowiada, rozmowę telefoniczną, jak płakał po wizycie u lekarza, jak dziecko, jęczał do słuchawki. Że podobno komórek rakowych już nie ma.
Nie ma. Nie ma...

---
Drugie - wirtualnie.
Mogłabym powiedzieć za byłym-poetą "nie wiem, nie znam".
Ale powiem "nie znam, a jednak mnie dotknęło".
Trzymaj się Kochana. Apeluję.
Nie na Twoim blogu, bo tam już cała lista apeli.
Apeluję tu, w moim ogródku.
Modlę się.
W jakimś sensie Cię polubiłam.
Nie jesteś filmem czy serialem, jesteś prawdziwa, choć wirtualna dla mnie.
Twoje to życie prawdziwe, z prawdziwym synem i partnerem.
Prawdziwym kotem i prawdziwym bólem i strachem.
Brak słów, brak liter na klawiaturze.
Można pomóc?
Można.
Trzeba.
Dziś będę o Tobie myśleć całą noc.
Nie tylko ja.
Dziesiątki, setki innych, którzy Cię spotkali na wirtualnym spacerze.
Będzie dobrze mała.
Trzymaj się.
Będzie dobrze.
Twoje succes story czeka na kolejne akapity...

1 komentarz:

  1. Straszny kawal skurwysyna ten rak.
    Trzymaj sie !
    Ja wczoraj tez nie moglam zasnac...

    OdpowiedzUsuń