piątek, 13 stycznia 2012

Nic się nie dzieje, naprawdę...


Młodsza śpi. Wymęczyłam u niej drzemkę.
Po godzinie usypiania usłyszałam kojące moje uszy równomierne sapanie.
Starsza wycina coś i chodzi z taśmą klejącą i tymi cosiami obkleja wszystkie meble.
Twierdzi, że to dla przyjaciół, jak nas odwiedzą. Nech klei. Niech wycina.
Jest taka kochana. Stara się być cicho.
Na kanapie w salonie podchrapuje mąż.
Sąsiedzi obok jak zwykle robią swoje włoskie casino, bez jakiegokolwiek respektu dla pory siesty.
Inna rzecz, że te ściany naprawdę mają uszy.
Tylko ja czuję się jakoś nie fer.
Ostatnie wieczory minęły pod znakiem mięsa.
Mięsa rzucanego we wszystkich możliwych kierunkach i we wszystkich możliwych dla mnie kombinacjach językowych. Mam do siebie ogromne pretensje o to, że wystarczy kilka dni w zamknięciu, i puszczają mi nerwy. Mam do siebie żal, że starcie kurzy, umycie łazienki i garów, zrobienie kolacji na czas i odczytanie maili stało się ważniejsze od przykucnięcia w pokoju z dziewczynami i chwilowego nic-nie-robienia. Stwierdzam, że nie umiem się bawić z własnymi dziećmi. Nie umiem. Nie potrafię...

5 komentarzy:

  1. Witaj, czytam Cię z zainteresowaniem od jakiegoś czasu,
    również żyjąc na śródziemnomorskiej emigracji i tak jak Ty, chwilowo głównie matką dzieciom będąc. Nie komentowałam do tej pory ale to ostatnie zdanie Twojego postu... ja też tak mam, od zawsze. Pozdrawiam A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, ja po poście, po którym aż sama się przed sobą zawstydziłam wyszłam na rower. Godzina na mieście zrobiła swoje. Tyle tylko, że kolejny raz rozwiązanie "problemu" znalazłam w ucieczce...

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasiu, nie tylko Ty i mam nadzieję, że jest to pokrzepiające…
    Mój starszy synek od zawsze musiał wszystko robić ze mną, przyznam, że dosyć często było to męczące. Do czasu, kiedy na świecie pojawił się Młodszy, cieszę się, że mają siebie, między nimi jest 3 lata różnicy. Bawią się, za chwile posprzeczają, od czasu do czasu pobiją, ale kochają się bardzo, to prawdziwy balsam dla mojej duszy. A ja no cóż, bardzo kocham swoich synów, jednocześnie często czekam, jak już po godz.20 pójdą do swoich łóżek spać, a ja w tym czasie zrobię tysiące rzeczy ważnych i mniej ważnych.
    Pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sylwia: Dziękuję kochana...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale taka ucieczka jest matkom często potrzebna. To zupełnie naturalne po wielu, wielu godzinach spędzonych z dziećmi. Jak mnie ktoś pyta, czy w czymś pomóc, najczęściej odpowiadam "zajmij się Młodym", bo większą pomocą jest, kiedy ktoś inny wyjdzie na spacer, a ja pobędę w domu sama i spokojnie zrobię coś, co zaplanowałam, bez nieustannego "mamaaa".

    OdpowiedzUsuń