wtorek, 24 stycznia 2012

Gioco...

"Gioco" to po włosku zabawa.
Wtorki i środy są kryzysowe.
Mąż wraca ni mniej ni więcej na kolację...
Odpowiedni rozkład sił.
Głęboki oddech.
Drzemka. Kawa. Spacer. Nic na siłę.
Nie będzie krzyku.
Bo i nie ma o co.
Wtorki i środy zwykle kończą się odwiedzinami koleżaneczek.
Albo u nas, albo u nich.
Belgijka ma pełne ręce roboty, więc biorę M. do siebie.
Dziewczyny się bawią.
Skaczą i szaleją do muzyki z dzwonnika z notre dame.
Nie interweniuję. Czuwam.
Za ścianą.
Szykuję kolację, bo dziś mój dzień.
O 21.00 próba chóru.
Spontaniczna zabawa zza ściany co jakiś czas wywołuje u mnie spontaniczny grymas na twarzy, nazwijmy go uśmiechem...
I tak oto przychodzi mi do głowy tekst przeczytany gdzieś w jakimś centrum zabaw, autorstwa Bruno Tognolini:

Fammi giocare solo per gioco
senza nient’altro, solo per poco,
senza capire, senza imparare,
senza bisogno di socializzare,
solo un bambino con altri bambini,
senza gli adulti sempre vicini;
senza progetto, senza giudizio,
con una fine ma senza l’inizio,
con una coda ma senza la testa,
solo per finta, solo per festa,
solo per fiamma che brucia per fuoco.
Fammi giocare solo per gioco.


Moja absolutnie luźna taka sobie wersja:

Pozwól mi na zabawę dla samej zabawy
bez zbędnych rzeczy, na krótko,
bez pojmowania, bez uczenia,
bez konieczności uspołecznienia,
samo dziecko z innymi dziećmi,
bez dorosłych będących zawsze w pobliżu,
bez planu, bez oceniania,
bez końca, ale i bez początku
bez ogona, ale też bez głowy,
tak na niby, dla zabawy,
dla płomienia, co płonie dla ognia.
Pozwól na zabawę dla samej zabawy.

3 komentarze: