sobota, 7 stycznia 2012

Bez ceregieli

Pierwsza taka naprawdę odczuwalna nasza rocznica.
Rok temu on był tu, ja tam.
Dwa lata temu leżałam z brzuchem jak foka na lodowej krze.
Trzy lata temu nie pamiętam.
Cztery i pięć lat temu też nie.
Nie czujemy sie wszyscy zbyt dobrze.
Nie było więc żadnej wymyślnej kolacji, bo moje dzisiejsze zakupy były bardzo pragmatyczne czyt. tak zrobić zakupy, żeby na wypadek rozwinicięcia się choroby (narazie jeszcze nie ustaliliśmy co komu jest, ale, że coś wisi w powietrzu to oczywiste) móc wyżywić rozsądnie i zdrowo całą czteroosobową rodzinę przynajmniej do piątku.
A że Młodsza ma kryzys żywieniowy i co i rusz woła "meko" i w zasadzie na tym "meku" jedzie już grubo od tygodnia, capnęłam smakowicie wyglądające kiełbaski, a nuż się skusi.
Potem wino Nero d'Avola i obowiązkowo ser Winzer Delice, a na deser moje ukochane creme caramel. Tyle w temacie kolacji.
Po kolacji, z kieliszkami wypełnionymi winem przenieśliśmy się przed ekran, żeby po raz pierwszy chyba obejrzeć film ze ślubu.
Szczerze nie chcieliśmy filmu, miały być tylko zdjęcia, i to tylko do momentu zaślubin.
Ktoś tupnął mocno i powiedział, że film ma być. I powstał.
Nakręcony przez absolwenta wydziału radia i telewizji wyszedł oszałamiająco.
Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam niektóre kawałki, zrozumiałam dlaczego ludzie ciągną do hollywood. To takie próżne patrzeć na siebie upięknioną, w odpowiednim świetle, ujęciu, spowolnieniu, z muzyką w tle.
Starsza oniemiała. Gdy zobaczyła moją suknię i welon, uwierzyła, że księżniczki z bajek istnieją. A mnie w głowie zaszumiało.
Wielu osób już nie ma. Wielu związków już nie ma.
Liczba wypadniętych włosów męża równoważy się z liczbą moich nabytych kilogramów.
Przez głowę przemknął mi mały bilans.
W zasadzie niewiele rzeczy udalo nam się w te 6 lat zrobić.
Wiele się po prostu nie udało.
Bo brakło odwagi.
Bo cisnęli rodzice, a pępowina była jeszcze nie do końca odcięta, tudzież labirynt zależność był tak skomplikowany, że nie można było postawić do końca na swoim.
W zasadzie jedyne, co nam wyszło naprawdę to dzieci...

4 komentarze:

  1. Bardzo lubie Twojego bloga. Jest taki cieply i prawdziwy. Kiedy tak czytam Twoje posty odnajduje w nich jakby moje mysli, spostrzezenia. Ja tez zawsze w rocznice slubu mysle sobie ..W zasadzie jedyne, co nam wyszło naprawdę to dzieci...
    Ale jak patrze potem na nie to mysle
    Czy naprawde az TYLE mi sie udalo?
    Pozdrawiam,
    L

    OdpowiedzUsuń
  2. L, miłe słowa na początek niedzielnego poranka :) dziękuję..a dzieci? ja też powinnam była chyba napisać w poście "JEDYNE"...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz, nam sie czesto wydaje ze malo osiagnelismy, nic ciekawego, godnego uwagi nie zrobilismy, niewiele potrafimy, i tak naprawde nasze zycie nie jest godne uwagi.
    Tylko jedno Ci powiem: guzik prawda :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. jasne, że guzik, a nawet tuzin guzików :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń