czwartek, 8 grudnia 2011

Potęga niemocy

Po nocnym kursowaniu ostatecznie budzę się w łóżku Młodszej.
Z salonu dochodzą mocne promienie słońca.
W myślach planuję już cały dzień. Będzie słońce. Będzie pięknie.
Zaparzam kawę, wstawiam mleko.
Nagle z pokoju dziewczynek dochodzi przerażający płacz Starszej.
Nie może wstać. Boli ją noga.
Pierwsze kilka minut głaskania nic nie daje.
Leją się poważne łzy.
Przynoszę ulubione ciasteczka w gwiazdki.
Nic to nie daje.
Starsza leży jak kłoda, nie chce się w ogóle ruszyć.
Płacze.
Robi się poważniej.
Ból w pachwinie. Twardy brzuch.
Kilkanaście razy na minutę powtarza, że boli.
Zaczynam się niepokoić. Panika.
Zaczynam z nią rozmawiać. Opowiadać o dzieciństwie.
Ból ewidentnie mija i powraca.
W chwilach ataku krzyczy, że nigdy już nie wstanie, że zawsze będzie już w łóżku.
Ta dziecięca szczera rozpacz jak sztylet wbija się w moje serce matki.
Przypominam sobie moje ataki wyrostka i bóle reumatyczne, które dostaliśmy z bratem w genetycznym prezencie od mamy.
Pamiętam wieczorne masowanie kolan. Jedno przy jednym dziecku, drugie przy drugim.
Zastrzyki co trzy tygodnie. Zawsze, regularnie, przez kilka lat.
Czy to rok szkolny, czy wakacje, czy zielona szkoła.
Mijają trzy godziny, a ona cały czas we łzach.
Dzwonimy po lekarza.
W międzyczasie mąż przenosi ją do łazienki...
I nagle wszystko mija.
Dochodzi lekarz.
Starsza wstaje i jakby nigdy nic zaczyna bawić się wózkiem z lalkami.
Tańczy, śpiewa. Opowiada.

Wychodzimy na przewrażliwionych rodziców.
Przez telefon naopowiadaliśmy, że dziecko nie wstaje z łóżka.

Lekarz stwierdza prawdopodobnie kolkę.
Radzi tak czy siak przebadać.

Mnie dopada ból głowy.
Po kilku godzinach wychodzi przerażenie, że mogło skończyć się w szpitalu.
Że wróżki z czarodziejską różdżką nie istnieją.
Że...

Wszystko wraca do normalności.
Jemy spóźniony obiad.
Usypiam Młodszą.
Mąż wystawia w sypialni twarz do słońca.
Starsza ogląda bajkę.
Uciekam na rower.
Wyrzucić gdzieś w pole strach i niemoc.
Pod blokiem zatrzymuję się na dosłownie chwilę.
Patrzę w nasze okna.
Dociera do mnie, że tam, za tą kilkucentymetrową warstwą nieocieplanej ściany jest cały mój świat. Mój wszechświat.
Kruchy ja butelki, które wrzucam do żółtego kontenera.
Trwały jak trwałe może być słowo "na zawsze".
---

A może bolało, ale większa niż ból była radość z zawłaszczenia sobie mnie na ponad trzy godziny, gdy przykuta do łóżka po raz pierwszy od długiego czasu bez pośpiechu czytałam, opowiadałam, rozmawiałam...

1 komentarz:

  1. Z mama obok zawsze boli mniej:)Pieknie napisane. Pozdrawiam, Ania

    OdpowiedzUsuń