niedziela, 11 grudnia 2011

Odbyło się...

Sobotni nasz włoski wieczór.
Jedenaście osób.
Sześcioro dorosłych i pięcioro dzieci.
Młyn w mieszkaniu i młyn na stole.
Z założenia miało być prosto, więc zdecydowaliśmy się na piadiny.
Do tego szynka gotowana prosciutto cotto, surowa słodka san daniele, i bardziej słona nostrana, nie mogło zabraknąć mortadelli i popularnego tutaj ciccioli, czyli ichniego salcesonu oraz równie popularnego gorzkawego sera do smarowania o pięknej nazwie squacquerone. Zaserwowałam też ozorki. Jak zwykle okazuje się, że Włochom wbrew moim obawom takie rzeczy bardzo smakują. Na dodatek była oczywiście rucola i bakłażany według przepisu teściowej czyli aglio, olio e prezzemolo znaczy się czosnek, olej i pietruszka. Na zagrychę nasze polskie ogóreczki konserwowe i grzybki w zalewie.
Belgijka przyniosła grillowane zielone papryki i cukinie.

Dla osłody michałki, kasztanki, krówki, śliwki w czekoladzie i domowej roboty cantuccini przyniesione przez Pam.

Zapomniałabym...
Wszystko zakrapiane pysznym polskim niepasteryzowanym piwem w różnych odmianach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz